Znaki, czyli całkiem udana wycieczka w Góry Sowie

Czasem zastanawiam się, pod jakimi kamieniami ja siedzę, że omija mnie tyle dobra popkulturowego. Bardzo często zdarza się, że dowiaduję się o jakimś serialu, kiedy wszyscy już zdążyli go obejrzeć. Co więcej, odkrywam nierzadko ze zdumieniem, że zachwyty osób, z którymi rozmawiałam na temat danej produkcji, wcale nie są bezpodstawne. Nie bez przyczyny poruszam moją kwestię przysłowiowego siedzenia pod kamieniem. Dokładnie tak samo było z moją przygodą z polskim serialem Znaki, który miał zdaje się w piątek swoją premierę na Netflixie, ale o wiele wcześniej można było go obejrzeć na AXN. Na szczęście, lub – w tym wypadku – nieszczęście – nie posiadam telewizji, dysponuję jedynie dostępem do platform streamingowych – aktualnie są to Amazon Prime i Netflix. W każdym razie – Netflix bardzo chciał mnie namówić do obejrzenia serialu Znaki, więc jak kolejny raz wyrzucił mi zwiastun po otworzeniu aplikacji, stwierdziłam, że „No dobra Netflixie, skoro tak bardzo chcesz mnie przekonać do tego serialu, to ja się dam namówić. Oby był dobry!”

Włączyłam bez większego przekonania pierwszy odcinek i pierwsze, co mnie złapało za serducho, to zdjęcia. Ja wiem, że niekoniecznie powinno zaczynać się recenzję od aspektów technicznych, ale zwyczajnie nie umiem przejść obojętnie wobec tego, jak pięknie wszystko w tym serialu wygląda. Nie zrozumcie mnie źle – to nie tak, że mamy tam idealne wnętrza etc. Nie, to zdecydowanie nie ten rodzaj produkcji. Zdjęcia mają znaczenie z zasadniczo jednego powodu – akcja serialu Znaki rozgrywa się w Górach Sowich. Tym samym, jeśli mamy do czynienia z serialem w którym krajobrazy odgrywają mimo wszystko dość istotną rolę, to fajnie byłoby jakby zdjęcia zostały wykonane w odpowiedni sposób. I w tym przypadku zadanie to zostało zrealizowane w każdym calu.

Wróćmy jednak na właściwe tory recenzji. O czym właściwie są Znaki? Z pozoru, to historia taka, jakich wiele: mamy małe miasteczko o nazwie Sowie Doły (śmiem przypuszczać, że tak naprawdę to Bielawa, ale mogę się mylić), w którym wiele lat temu zamordowana została młoda kobieta. Oczywiście śladów żadnych nie ma, morderca bardzo dokładnie „wyczyścił” teren, a co za tym idzie – nigdy nie został złapany. Do Sowich Dołów przybywa nowy komendant policji i – zupełnie przypadkiem – wraz z jego przybyciem, dochodzi do kolejnej, niemalże identycznej zbrodni, jak miało to miejsce 10 lat temu. Tym razem ofiarą jest przyjaciółka jednej z policjantek miejscowego posterunku. Komendant Trela – w tej roli Andrzej Konopka – musi zatem rozwiązać zagadkę i znaleźć zabójcę. Nie jest chyba też niczym odkrywczym fakt, że mieszkańcy miasteczka niespecjalnie darzą sympatią nowego komendanta. Prawdą jest też, że on tak ogólnie niespecjalnie da się lubić.

Sami zatem widzicie – trzon fabularny serialu, jest taki, jakich wiele już w popkulturze powstało. Czy zatem mogę teraz spokojnie zakończyć recenzję i powiedzieć, że w sumie to taki sam serial, jak każdy inny o podobnej tematyce? Otóż nie.

Poza bardzo schematycznym trzonem fabularnym, Znaki nie trzymają się absolutnie żadnego schematu. Co oczywiście zaliczam na plus. Dość, że przez cały sezon, czyli 8 odcinków, miałam wrażenie, że twórcy bardzo mocno bawią się z widzem w kotka i myszkę. Wiecie, ja trochę kryminałów w życiu przeczytałam, kilka filmów kryminalnych i seriali też mi się zdarzyło obejrzeć. Tym samym, z reguły nie mam większego problemu z wytypowaniem zabójcy i z reguły ten proces ma miejsce bardzo szybko. W przypadku Znaków, do samego końca nie miałam pojęcia, kto i przede wszystkim dlaczego mógł zabijać. Co oznacza, że przez 8 odcinków bawiłam się całkiem nieźle.

Reżyser serialu, Jakub Miszczak, zdaje się doskonale wiedzieć, jak stworzyć serial kryminalny, który nie tylko będzie dobrze zagrany, w którym nie tylko dostaniemy całkiem porządne dialogi ( a z tym zawsze jest ciężko) ale też wie on, jak zafundować widzowi zagadkę, której rozwiązanie nie będzie ani łatwe, a jak już się dowiemy, kto zabija, to ta wiedza wbije nas w fotel (albo w poduszkę z jednorożcem, jak to miało miejsce w moim przypadku). Jak zatem udało się taki efekt osiągnąć? Jak się okazuje, recepta jest dość prosta: wystarczy, że nasza zbrodnia będzie okraszona tajemnicą z czasów Drugiej Wojny Światowej. Dobrze też dodać całkiem ciekawą siatkę połączeń i relacji, które obowiązują w małej społeczności. Na sam koniec, dodajemy ze dwie czubate łyżki nieoczywistych motywacji bohaterów i już – mamy gotową wciągającą i nieoczywistą intrygę.

Paradoksalnie, nagromadzenie wątków i spraw, które spowijają Sowie Doły, jest bardzo dużo. Mamy wątek zbrodni popełnionej w czasach II Wojny Światowej i tajemnicy z tym związanej. Mamy burmistrza, który za wszelką cenę próbuje sprawić, że miasteczko stanie się Europejską Stolicą Wszystkiego i wreszcie mamy prywatne sprawy mieszkańców miasteczka, które jednak – jak ma to miejsce w przypadku małych społeczności – są sprawami, o których wie każdy. Wbrew pozorom, taki zabieg mógł spokojnie okazać się strzałem w kolano i mielibyśmy przerost formy nad treścią a w gratisie pogubionego widza. Miszczak jednak wie, jak prowadzić wątki, aby po pierwsze, każdy z nich w jakiś konkretny sposób rozwiązać, a po drugie, doskonale wie, o czym opowiada. Nie chcę używać zbyt wygórowanych porównań, ale ze Znakami, pod tym względem, jest trochę jak z Parasite – mamy bardzo świadomego reżysera a w efekcie dostajemy spójną i dobrze opowiedzianą historię.

Ogólnie, to ja bardzo lubię historie „z małym miasteczkiem w tle”. Znajduję dużą przyjemność w śledzeniu wątków poszczególnych mieszkańców i czuję się trochę tak, jakbym podglądała ich przez okno. Wiecie, ten brzydki nawyk, że jak idziecie wieczorem na spacer z psem, czy w ogóle skądś wracacie i patrzycie się w okna i mimowolnie obserwujecie to, co widać przez te okna, które nie mają rolet czy zasłon. Znaki trochę takie są. Wnikamy bardzo głęboko w przeżycia bohaterów i w ich prywatne dramaty. Co więcej, bardzo szybko jesteśmy w stanie wyrobić sobie zdanie o poszczególnych bohaterach, wzbudzają naszą sympatię lub po prostu działają nam na nerwy, ale są jacyś. Nie są obojętni. To bardzo ważne, nie tylko w przypadku opowiadania historii w serialu, ale w przypadku opowiadania każdej historii.

Moją szczególną uwagę przykuła relacja komendanta Treli i jego córki Niny. Im dalej zagłębiamy się w historię, tym więcej dowiadujemy się o tym, co ta dwójka przeżyła, ale też nie dostajemy na wszystko gotowych odpowiedzi. Do tej pory nie wiem, co się stało z matką Niny. Nie mam pojęcia, co dokładnie wydarzyło się w Krakowie, gdzie wcześniej mieszkali, poza tym, że najpewniej miał miejsce pożar. Nie wiem w końcu, dlaczego Nina tak naprawdę zdecydowała się zamieszkać z ojcem i mam niejasne wrażenie, że jego alkoholizm, to tylko przykrywka. Sami zatem widzicie, że wątków i tematów do rozważania Znaki dają nam bardzo dużo.

Czy coś mnie irytowało w tym serialu? Tak, zasadniczo jedna rzecz. Relacja Niny i córki burmistrza, Agaty. Ja doprawdy nie rozumiem, czy to był celowy zabieg (pewnie tak), żeby dwie, tak skrajnie różne od siebie osoby, stały się najlepszymi przyjaciółkami. Mam niejasne wrażenie, że twórcom serialu zabrakło odwagi, aby tę relację poprowadzić w nieco innym kierunku. W pewnym momencie, całkiem ładnie nam się tam kreował wątek miłości dwóch dziewczyn, ale w jednej scenie został on przysłowiowo zdeptany. I okej, sama scena jest bardzo dobra i wiarygodna, ale absolutnie nie rozumiem, dlaczego się wydarzyła. Trochę bez przyczyny, trochę na przymus. Relacja tych bohaterek – Niny i Agaty – po porzuceniu pomysłu na wątek miłości lesbijskiej, jak dla mnie straciła swój sens i z ciekawej, stała się po prostu bardzo mocno toksyczna. Cała relacja, w mojej ocenie wygląda tak, że na początku, ktoś bardzo chciał ugotować kaczkę w pięciu smakach, ale finalnie wyszedł z tego kurczak z sosem ze słoika z marketu na B.

Znaki są wszystkim tym, czym była Wataha w pierwszym sezonie i czym Rojst bardzo chciał być, ale mu nie wyszło. Mamy ciekawą historię, mamy wątki tajemnicy miasteczka i wreszcie – mamy całkiem nieoczywiste rozwiązanie zagadki. Wszystko okraszone bardzo ładnymi ujęciami Gór Sowich, niezłymi dialogami i bardzo dobrą grą aktorską. W efekcie, całość ogląda się bardzo przyjemnie i… Szybko. Jak dla mnie to trochę za szybko, ale jak się siedzi do 2 i ogląda seriale, to potem tak jest. Innymi słowy, polecam bardzo. Dla fanów seriali kryminalnych – naprawdę nie lada gratka i to w dodatku z naszego rodzimego podwórka. Dla fanów gór wszelakich – pozycja obowiązkowa.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close

Tu mnie znajdziesz! Lajkuj, obserwuj - będziesz na bieżąco!