Zimna wojna, a jednak na sercu jakoś cieplej

Na film Pawła Pawlikowskiego, pt. Zimna wojna, czekałam bardzo długo i z dużym zniecierpliwieniem. Pierwsze recenzje na festiwalu w Cannes, brzmiały obiecująco i choć trailer nie pokazywał zbyt wiele, to jednak wystarczająco dużo, aby wzbudzić moje zainteresowanie. O fabule nie było wiadomo dużo– poza tym, że będzie to historia miłości z muzyką i wojną w tle. A przynajmniej tyle mówiły opisy dystrybutora filmu. Jak dla mnie, nie trzeba było więcej. Kiedy bowiem okazało się, że Zimna wojna otrzymała Złotą Palmę za reżyserię w Cannes, byłam pewna, że jeśli ten film nie będzie w mojej ocenie wybitny, to z pewnością będzie bardzo, bardzo dobry. Nie pomyliłam się w tym przypadku ani trochę.

Zacznijmy może od tego, że jeśli chodzi o film Zimna wojna, to z czystym sumieniem muszę powiedzieć, że fabuła jest mocno pretekstowa. Ot, losy dwójki bohaterów, pomiędzy którymi nawiązuje się romans. Ona – marzy o karierze wokalnej, on – jest muzykiem, który pomaga przy stworzeniu zespołu Mazurek. Nawiązanie do kultowego „Mazowsza” jest oczywiste, jednak nie o to tutaj chodzi. Zula zostaje dostrzeżona przez Wiktora na jednym z przesłuchań. Pawlikowski, bardzo umiejętnie, bez zbędnych słów, a posługując się jedynie grą gestów i spojrzeń, pokazuje, ze pomiędzy tym dwojgiem nawiązuje się uczucie. Widz nie potrzebuje, aby wszystko mu o tej relacji opowiedzieć od a do z. Wiele zostaje tutaj w sferze domysłów, co w żadnym wypadku nie jest wadą. Co więcej, nie śledzimy też losów naszych głównych bohaterów z dokładnością równą szwajcarskiemu zegarkowi. Akcent położono tutaj na rozwój emocjonalny, nie zaś na wydarzenia, które temu rozwojowi towarzyszą. W zasadzie na tym opiera się cały film – wydawać by się mogło, że są to przesłanki do tego, aby film zwyczajnie się nie udał. Pawlikowski jednak bardzo dobrze wie co robi, a w efekcie Zimna wojna wciąga widza już od pierwszych ujęć.

Najmocniejszymi punktami, jeśli chodzi o Zimną wojnę jest aktorstwo a zaraz po nim – wszystkie możliwe do wymienienia kwestie techniczne. Fabuła tak naprawdę odgrywa tutaj najmniejszą rolę. Joanna Kulig, która moim zdaniem, została doskonale dobrana do roli, wypada wspaniale. Jest nieco szalona, nie ma też urody „pięknej kobiety” – wprost przeciwnie. To „zwykła dziewczyna”, która nie wyróżnia się niczym z tłumu. Ma jednak osobowość, która nie pozwala przejść wobec niej obojętnie. Pawlikowski daleki jest od idealizowania bohaterki, w którą wciela się Kulig. Zula jest obcesowa, krnąbrna, a dodatkowo – cholernie utalentowana. To klasyczny przykład femme fatale – kobiety która sama nie do końca wie, czego chce, a kiedy uda jej się osiągnąć jakiś sukces – zwyczajnie ją on nudzi. Dotyczy to zarówno kariery zawodowej jak i uczuć. Zula niejednokrotnie podkreśla, że kocha Wiktora, jednakże jej działania i zachowanie zdają się temu zaprzeczać. Sama twierdzi, w jednej ze scen, że „w siebie wierzę, ale w ciebie to już niekoniecznie”. Pomimo tego, że zachowanie bohaterki jest – co tu dużo mówić – niewłaściwe, widz mocno z nią sympatyzuje. Co więcej – zdarzają się momenty, kiedy naprawdę Zula jest mocno irytująca, ale mimo wszystko nie zmniejsza to naszej sympatii do niej. W dużej mierze jest to wynik konstrukcji postaci. Pawlikowski – jak już wspomniałam wcześniej – w żadnym stopniu jej nie idealizuje. Pokazuje ją jako kobietę z krwi i kości, taką, która z jednej strony jest bardzo zagubiona, z drugiej – chce odgrywać rolę pewnej siebie i silnej kobiety.

Podobnie rzecz się ma, jeśli chodzi o postać graną przez Agatę Kuleszę. Mimo iż w całej produkcji jest jej stosunkowo niewiele, bo pojawia się ona tylko w pierwszej połowie filmu, to jednak odgrywa ona znaczącą rolę dla całości filmu. Co więcej, postać Kuleszy jest też celnym komentarzem do tego, co dokładnie zaczyna się dziać z Mazurkiem. Początkowo zespół, który miał śpiewać pieśni ludowe – bliskie sercom wiejskiego ludu, zaczyna stawać się narzędziem w rękach władz. Kulminacyjnym momentem tego procesu, jest koncert, w trakcie którego zespół dla grona dostojników partyjnych śpiewa pieśń ku chwale Stalina. Irena Bielecka, czyli postać grana przez Agatę Kuleszę, jest od samego początku przeciwna takiemu kierunkowi. Wyraz swojego niezadowolenia daje wówczas, kiedy podczas wspomnianego koncertu, nie bije braw, tylko wychodzi z sali bez słowa. To, ile mówi jej twarz, jej spojrzenie, nie wymaga nawet jednej linijki tekstu. Widz doskonale wie, dlaczego bohaterka zachowuje się w taki a nie inny sposób, wie też, co dokładnie myśli o całej sytuacji. Jeśli dobrze pamiętam, scena z koncertem ku czci Stalina jest ostatnią, w której widzimy Kuleszę.

Zimna wojna to jednak nie tylko doskonale skonstruowane postaci kobiece, ale i męskie. Tomasz Kot, wcielający się w rolę Wiktora, to kompletnie inna postać od wszystkich tych, w których mieliśmy okazję go do tej pory podziwiać. To trochę taki amant z filmów wojennych, trochę zagubiony artysta. W żadnym wypadku nie możemy powiedzieć o tym bohaterze, że jest on silny psychicznie. To romantyk z krwi i kości, artysta, który jest bez pamięci zakochany w swojej muzie, czyli Zuli. Wiele jest w stanie jej wybaczyć, zrobi dla niej wszystko, byle by tylko była szczęśliwa. Co więcej – przez blisko 15 lat nie wiąże się na stałe z żadną kobietą, bo czeka na Zulę.

Tomasz Kot nie jest ani trochę „tym Tomaszem Kotem”, którego możemy kojarzyć chociażby z „Najlepszego” czy „Skazanego na Bluesa”. Aktor musiał zdecydowanie mocno nad nią pracować, widać też, że Paweł Pawlikowski bardzo czuwał nad ostatecznym kształtem postaci. Podobnie jak postać Zuli czy Ireny, tak również postać Wiktora jest na wskroś prawdziwa. Tutaj także reżyser daleki jest od idealizowania swojego bohatera. Co więcej, niektóre jego zachowania mogą się nam wydawać niedopuszczalne, choć doskonale rozumiemy, dlaczego bohater zachowuje się tak, a nie inaczej.

Dość dużym zaskoczeniem okazała się dla mnie postać grana przez Borysa Szyca. W zasadzie powinnam napisać, że sam Borys Szyc, który – o dziwo – gra bardzo dobrze, jest dla mnie tutaj niemałym zaskoczeniem. Nie ukrywam, że nie darzę aktora jakąś szczególną sympatią. Kojarzy mi się on z rolami w średniej jakości komediach „z białym plakatem”, a kiedy już zagra coś innego, to rola też nie jest specjalnie zapadająca w pamięć. W przypadku filmu, jakim jest Zimna wojna, przekonujemy się, że Szyc grać potrafi, tyle tylko, że musi mieć CO GRAĆ. Postać aparatyczka – karierowicza, w którą się wciela, teoretycznie nie powinna budzić w nas żadnych cieplejszych uczuć. Szyc jednak jest w tej roli doskonały. Mimika bohatera, jak również frazesy o ojczyźnie i oddaniu narodowi i partii, są dla niego niczym, jak tylko sposobem na rozwój kariery. Nie dba specjalnie o to, co stanie się z Mazurkiem. Ważniejsze dla niego są korzyści, jakie on sam będzie mógł czerpać z działalności zespołu. Lech Kaczmarek, bo tak nazywa się bohater grany przez Szyca, jest bezwzględny, oziębły i zmanierowany. To doskonały przykład osoby, która jest tak bardzo oddana partii oraz polityce, że zapomina w tym wszystkim o tym, co tak naprawdę powinno być dla niej ważne. W ostatecznym rozrachunku, współczujemy Kaczmarkowi. Z jednej strony, jesteśmy w pełni świadomi tego, że sam jest sobie winien. Z drugiej zaś – szczególnie w scenie, w której trzyma małe dziecko na ręku – wiemy, że nie do końca chciał, aby właśnie tak wyglądało jego życie.

Aktorstwo, to jak już wspomniałam, zaledwie jedna z wielu zalet, jakie Zimna wojna posiada. Kolejnym aspektem, który został zrealizowany wprost mistrzowsko, są zdjęcia. U Pawlikowskiego nie ma kadrów, które nie zostały przemyślane od a do z. Co więcej – to, w jakich sytuacjach i w jaki sposób pokazywani są bohaterowie, bardzo dużo nam o nich mówi. Zdjęcia pełnią tutaj także role narratora. Symetryczne, kadry, na których scenografia zdaje się być szczątkowa czy detale, które tak naprawdę odgrywają największe znaczenie – to wszystko znajdziemy w Zimnej wojnie. Zimna wojna, to film, w którym taniec i śpiew odgrywają rolę znaczącą. Sztuką jest zrobić naprawdę dobre ujęcia tańca, czy w ciekawy sposób pokazać ruch zespołu na scenie. Łukasz Żal, który odpowiedzialny jest także za zdjęcia do nagrodzonej Oscarem „Idy”, po raz kolejny pokazuje klasę. Obraz u Pawlikowskiego odgrywa rolę najważniejszą i bardzo dobrze jest to widoczne. Nie ma chyba żadnego ujęcia, które miałoby w moim mniemaniu jakąkolwiek wadę. Ale wiecie, film widziałam dopiero raz. Z pewnością nie ostatni, więc BYĆ MOŻE, coś tam znajdę.

Podobnie rzecz się ma, jeśli chodzi o muzykę. To, co jest dość ciekawym zabiegiem, w filmie nie ma innej muzyki, niż ta, która obecnie „gra”. Jeśli zatem mamy sceny, które rozgrywają się w pomieszczeniach, w których jest cicho, to rzeczywiście jest cicho. Słyszymy muzykę jedynie w trakcie występów czy rautów, na których bywają bohaterowie. Niewątpliwie zabieg odważy, aczkolwiek – znowu – zrealizowany doskonale. Takie rozwiązanie dźwiękowe, pozwala widzowi jeszcze bardziej wejść w historię, która jest mu opowiadana. Piosenki – bo to głównie one pełnią rolę muzyki – stają się też poniekąd narratorem. Powtarzająca się co jakiś czas piosenka „Dwa serduszka, cztery oczy”, z pewnością długo będzie jeszcze nucona przez widzów. Ja z kolei odkryłam, że mam w domu płytę z piosenkami Magdy Umer i na tej właśnie płycie ta piosenka figuruje. Domyślcie się sami, czego słucham od wczoraj wieczór.

Jeśli poruszam kwestie techniczne, nie mogę też przejść obojętnie wobec montażu, który w przypadku produkcji, jaką jest Zimna wojna, także ma duże znaczenie. Sposób prowadzenia kamery jest powolny, ujęcia są długie, a jej ruch – minimalny. To wszystko sugerowałoby, że rytm i narracja produkcji także będą szły w tym właśnie kierunku. Nic bardziej mylnego. Kontrast, pomiędzy sposobem prowadzenia kamery a chociażby ruchem bohaterów, jest ogromny. Dzięki temu, reżyserowi udało się osiągnąć ciekawy efekt: Z jednej strony stworzył on film, którego akcja obejmuje blisko 15 lat, z drugiej – poprowadził akcję w taki sposób, że nie dość, iż zamyka całość w zaledwie 90 minutach, to jeszcze cały czas jest w stanie skupić uwagę widza. Przyznaję, że mam tendencję do nudzenia się na filmach – zwłaszcza, jeśli są momenty, kiedy „nic się nie dzieje”. U Pawlikowskiego, mimo bardzo statycznego prowadzenia kamery, montaż oraz ruch sceniczny bohaterów sprawiają, że na taką nudę zwyczajnie nie ma miejsca.

Na sam koniec, chciałabym jeszcze poruszyć kwestię tytułu. Ona także nie jest bez znaczenia. Zimna wojna dotyczy tak samo sytuacji politycznej, która jest tłem historycznym naszych bohaterów, jak również…Ich relacji. Cały czas obserwujemy zmagania Wiktora i Zuli. Widzimy jak ich uczucie rozkwita, by za chwilę, niczym rzucona w gniewie szklanka czy talerz, roztrzaskać się z hukiem o podłogę. Ich miłość, to z jednej strony próba przeciwstawiania się przewrotnemu losowi, z drugiej zaś – chęć zaspokojenia tak podstawowych potrzeb człowieka, jakimi jest obecność drugiej osoby. Osadzenie w konkretnych realiach tej miłości, potęguje to wrażenie. Deportacje, przynależność do kraju, obywatelstwo czy wreszcie – pozorowane małżeństwa, byle tylko móc być w danym kraju legalnie, to tylko niektóre działania, które podejmują nasi bohaterowie, aby ich miłość wreszcie mogła na dobre zakwitnąć. Mimo iż, pozornie nie widzimy z ich strony potrzeby stabilizacji, mimo iż bardzo dobrze dopasowują się oni do zastanej sytuacji, to jednak widz doskonale wie, że oni cały czas walczą: zarówno ze sobą, swoimi ideałami, jak również z aparatem partyjnym. Finał tej historii, wcale nie jest oczywisty. Napięcie budowane jest do samego końca.

Zimna wojna, to jeden z tych filmów, które zostają z człowiekiem na bardzo, bardzo długo. To też ten rodzaj kina, który zdecydowanie kocham – zabawa obrazem i dźwiękiem, skupienie się na emocjach bohaterów a nie na samej fabule. Pawlikowski udowadnia, że w kinie wcale nie historia jest najważniejsza. Ważne jest to, jak się ją opowiada. Przypuszczam, że nawet z pozornie nieciekawej historii, takiej, jakich w kinie widzieliśmy już mnóstwo, reżyser byłby w stanie stworzyć arcydzieło. Myślę, że to właśnie powinien być wyznacznik dobrego kina – sposób w jaki historia jest opowiedziana, zaangażowanie widza oraz emocje, które śledzeniu losów bohaterów towarzyszą. Dla mnie, to są wystarczające powody, aby obejrzeć tę samą historię nie raz, a na przykład 5. Bo w kinie chodzi przede wszystkim o emocje, a tych w Zimnej wojnie nie brakuje.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close

Tu mnie znajdziesz! Lajkuj, obserwuj - będziesz na bieżąco!