„Wyszczekani” ale wcale nie tacy groźni

To już chyba reguła, że kiedy do kin wchodzi „film familijny ze zwierzętami” to ja siłą rzeczy się na niego wybiorę. Nie, żeby zaraz uważać się za fankę kina familijnego – bez przesady. Nadal uważam, że to jest bardzo specyficzny gatunek, który nie każdemu będzie pasował. Sama mam alergię na dubbing w filmach aktorskich, a niestety kino familijne zwykle nie ma wersji 2D napisy. To oczywiście zrozumiałe, jeśli weźmiemy pod uwagę, kto jest targetem takich filmów – czyli dzieci w przedziale wiekowym od 4 do mniej więcej 13 lat. Albo czasem nawet i starsze. Jednakże w przypadku produkcji Wyszczekani, możemy mówić zdecydowanie o filmie, który skierowany jest do młodszych widzów.

Umówmy się, Wyszczekani przekonali mnie do tego, aby się na nich wybrać w zasadzie tylko tym, że jest to film o psach. Plakaty nie zachęcały, trailer w sumie też nie specjalnie mi się podobał i nie będę ukrywała, ze szłam do kina z nastawieniem na „familijnego potworka”. Jak bardzo byłam zaskoczona, kiedy film się skończył, a ja…Nie miałam poczucia zażenowania. A przynajmniej nie w takim stopniu, jak sądziłam, że będę.

Wyszczekani mimo bardzo prostej i niesamowicie przewidywalnej fabuły, poruszają kilka dość ważnych kwestii, jeśli chodzi o obcowanie z psami. Cała historia dotyka bowiem tematu przemytu i handlu zwierzętami. Temat dość aktualny, zwłaszcza w obliczu tego ile mówi się teraz o pseudo-hodowlach. To jednak nie wszystko. Oprócz tego, twórcy postanowili też uwrażliwić najmłodszych na budowanie relacji przewodnik – pies oraz zerwanie ze stereotypowym podejściem do psów wystawowych. Kwestie dość poważne, wydawać by się mogło że bardzo trudne do zrozumienia przez najmłodszych, a mimo wszystko zostały one podane w takiej formie, że widz po pierwsze: nie jest w stanie się znudzić, zaś po drugie – film jest nawet, co prawda momentami, ale nadal, zabawny.

Nasz główny, psi bohater, Max, jest Rottweilerem bez rodowodu i na co dzień pracuje jako pies w policji. Nie przywiązuje za bardzo wagi do psiej etykiety, nie jest to najlepiej ułożony pies na świecie. To, co jednak trzeba mu oddać, to fakt, że twórcy akcentują jego jedną, bardzo ważną cechę, która możemy sprowadzić do zwrotu: Mądre psisko. Max jest mądry, ponad wszystko ceni sobie służbę w policji, a łapanie przestępców jest jego nadrzędnym celem. Dlatego też, kiedy w ramach działania „pod przykrywką”, na trzy dni musi stać się psem typowo „wystawowym”, jest to dla niego dość trudne. Co więcej – jego przewodnikiem ma być agent FBI, z którym miał dość nieprzyjemne starcie. Nie ma jednak za dużego wyboru – zadanie, jakie zostaje tej dwójce powierzone, musi zostać wykonane: przemytnicy zwierząt muszą zostać schwytani i ukarani.

Cała fabuła, poza tym, że nie ma jakichś szczególnych błędów fabularnych, obfituje w nie najgorsze gagi. Niestety, w dużej mierze są to gagi w których uczestniczą psy. W sumie – czego innego mielibyśmy się spodziewać po filmie o psach. Niemniej jednak, liczyłam na nieco więcej akcji z udziałem ludzi. Problem jest jednak taki, ze twórcy dość dobrze poradzili sobie z przedstawieniem „psiej perspektywy” za to zupełnie nie umieli pokazać perspektywy ludzkiej. Problem, z jakim boryka się nasz agent FBI oraz Max, to kwestia współpracy. Akcent, przynajmniej przez tygrysią część filmu, położone są na to, że to nie pies nie wie jak w relacje, a właśnie jego przewodnik. Trafne spostrzeżenie, bo to właśnie niewiedza osób, które posiadają psy, jest najczęstszym powodem, dla którego zwyczajnie nie wiemy, jak z naszym czworonogiem współpracować. Sęk w tym, że Max jest w tym konflikcie nieco idealizowany, co z kolei nie jest najlepszym posunięciem. Oczywiście – w finale wiele rzeczy się wyjaśnia, padają mądre zdania o współpracy na linii człowiek – pies, jak również nasi bohaterowie zaczynają rozumieć co zrobili źle. Niemniej jednak, tak niefortunne zaakcentowanie przywar bohaterów, w dodatku konsekwentnie utrzymywane przez 70% filmu, nie jest najlepszym posunięciem.

Co do postaci antagonisty, to też nie jest ona najlepiej pomyślana. Ja rozumiem, że nie o to chodziło, rozumiem, że ta fabuła to tak naprawdę pretekst do tego, aby pokazać pewne mechanizmy, ale naprawdę twórcy mogliby się tutaj odrobinę bardziej wysilić. Ja miałam wrażenie, że po pierwsze – coś im się gdzieś pogubiło – bo „zmyłka” widza zupełnie nie wyszła. Po drugie – jeśli chcemy pokazać organizację, to na litość boską, pokażmy ją całościowo, a nie fragmentaryczne. Ja rozumiem, że Wyszczekani nie są o tym tak do końca, ale kurcze, zazgrzytało mi to.

Nadal pamiętam o tym, ze kino familijne ocenia się przez nieco inny pryzmat, natomiast nie mogę przejść obojętnie wobec takich małych głupot, które sprawiały, że Wyszczekani bardzo dużo tracili w moich oczach. Pomysł na wprowadzenie tam trzech, durnych, jak nie wiem co, gołębi, to jakaś kompletna pomyłka. Okej, miały swoją rolę życia, ale to nie usprawiedliwia w żadnym stopniu ich głupich i – co tu dużo ukrywać – bez sensownych dialogów. Jestem świadoma tego, że część żartów, z pewnością lepiej brzmi w języku angielskim a to, ze moje uszy krwawiły jak ich słuchały, jest efektem tego, ze tłumacz najpewniej też płakał, jak tłumaczył. Niemniej jednak, spokojnie można było odpuścić te gołębie. I to wcale nie chodzi o to, że ja gołębi zwyczajnie nie lubię.

Nie będę się za bardzo rozpisywała o wadach produkcji, jaką są Wyszczekani, bo generalnie nie ma to większego sensu. Dość, że będzie sequel. Nie wiem tylko, czy jest on potrzebny. Tak czy tak, film jest w porządku – nie jest wybitny, nie jest też jakoś tragicznie żenujący. Widać też, że psy, które brały udział w filmie, miały niejednokrotnie frajdę, a przynajmniej tak to zostało przedstawione. Nikt mi nie wmówi, że scena w której pies może bezkarnie jeść parówkę, nie jest dla niego szczęściem. I nikt mi też nie wmówi, że możliwość wytaplania się w wodzie nie jest dla psów czymś fajnym. Okej, Rogal niekoniecznie lubi być mokry, ale znam takie psy, które do basenu wskoczyłyby bez najmniejszego wahania. Sam wydźwięk jest pozytywny, daje małym widzom do myślenia, uwrażliwia na to, że pies jest taką samą żyjącą istotą jak każda inna i, że należy o tym pamiętać. Jak dla mnie, to całkiem spoko przesłanie, jeśli pamiętamy o tym, kto dokładnie jest targetem produkcji. Myślę też, że niektórym rodzicom także nie zaszkodziłaby taka lekcja.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close

Tu mnie znajdziesz! Lajkuj, obserwuj - będziesz na bieżąco!