„Jeszcze wygrasz te zawody!” – recenzja filmu Wszystko dla mojej matki

Tofifest Film Festival jest już wspomnieniem. Bardzo pięknym wspomnieniem, pełnym radosnych chwil, ciekawych rozmów i projekcji filmowych, które na długo zapadną w mojej pamięci. Jedną z nich, jest z całą pewnością debiut fabularny Małgorzaty Imielskiej pt. Wszystko dla mojej matki. Bardzo długo zbierałam się do napisania recenzji tego filmu, bo prawdę mówiąc, nie za bardzo wiedziałam, jak ją „ugryźć”. Przede wszystkim było tak dlatego, że nie jest to ani kino wybitne, które odkrywa przysłowiową Amerykę, ale też nie można powiedzieć, że nie skłania ono do refleksji. To film, który porusza, który skłania do myślenia i który – co tu dużo mówić – bardzo mnie wzruszył.

Wszystko dla mojej matki

Wszystko dla mojej matki jest historią o nastoletniej dziewczynie, która w wieku bodajże 6 lat, została odebrana matce. Tak naprawdę, przez większą część filmu, nie wiemy, co się stało. Wiemy jedynie, że na skutek rozłąki z matką, nasza bohaterka, Ola, trafiła do domu dziecka. Stamtąd, za liczne ucieczki i kradzieże, została przeniesiona do ośrodka wychowawczego dla dziewcząt i to w tym momencie rozpoczyna się ta historia. Już od pierwszych scen widzimy, że nasza bohaterka nie jest z gruntu zła. Raczej obserwujemy to, że próbuje po prostu przetrwać w środowisku, które zdecydowanie jej nie pasuje. Odskocznią a jednocześnie największą pasją naszej bohaterki jest… Bieganie. Wierzy ona, że jeśli będzie intensywnie trenowała, jej mama o niej usłyszy i na pewno ją odnajdzie. Ta wiara w odnalezienie mamy i powrót do niej, są jedynym i najważniejszym celem w życiu Oli.

Nie będę opisywała bardziej szczegółowo fabuły. Skupię się natomiast na tym, jak dobrze została przedstawiona cała historia, nie tylko pod względem narracji, ale też oddania realiów panujących w zakładzie poprawczym. Reżyserka odrobiła lekcje, a doświadczenie dokumentalistki bez wątpienia ma swoje przełożenie na to, jak finalnie wygląda jej debiut fabularny. Rzeczywistość zakładu poprawczego, zachowania zarówno podopiecznych, jak również administracji czy relacji, które tam panują, w moim odczuciu, zostały pokazane bardzo wiarygodnie. Powiem więcej, nie raz i nie dwa, złapałam się na tym, że oglądając Wszystko dla mojej matki, nie widziałam aktorów i aktorek, a realne postaci. Dobranie do tych, bądź co bądź, bardzo trudnych ról, dziewczyn, które są w trakcie kończenia szkoły filmowej, lub też dopiero co ją skończyły, było odważne, ale też – jak się okazało – przyniosło bardzo dobry efekt. To nie były opatrzone twarze, co tylko zadziałało na korzyść całej produkcji.

Trzeba przyznać, że żadna z ról, szczególnie podopiecznych zakładu poprawczego, nie należała do łatwych. Chociażby wypracowanie mikrogestów, które są charakterystyczne dla wychowanków takich placówek i zagranie ich tak, aby wyglądały naturalnie, nie było łatwe. Nie mówię już o emocjach, o scenach przemocy czy wymianach zdań pomiędzy bohaterkami. Zachowanie w tym wszystkim spójności, wymagało niezwykle dużej pracy – zarówno aktorów jak i reżyserki. Przez moment nawet zastanawiałam się, czy część scen nie jest przypadkiem improwizowana, bo wychodziła bardzo naturalnie. Reżyserka odpowiedziała, że nie mieli szans na takie eksperymenty – nie tylko przez bardzo ograniczony czas na planie zdjęciowym, ale też przez budżet, który zwyczajnie nie pozwalał na to, aby zdjęcia się przeciągnęły. Kiedy usłyszałam tę odpowiedź na spotkaniu, które miało miejsce po projekcji, mój podziw dla pracy reżyserki jak również całej ekipy filmowej, wzrósł jeszcze bardziej.

To, co jest znamienne, jeśli chodzi o Wszystko dla mojej matki, to sposób prowadzenia narracji. Już od pierwszych scen, kamera jest bardzo blisko głównej bohaterki. Co więcej,Ola jest niemalże w każdej scenie filmu, co potęguje odbiór jej emocji przez widza. Mało tego, dzięki takiemu sposobowi prowadzenia narracji, reżyserce udało się uzyskać efekt, który w książce mógłby zostać rozwiązany za pomocą narracji pierwszoosobowej. Wiadomo jednak, że taki rodzaj tekstu kultury, jakim jest film, rządzi się nieco innymi prawami. Stąd też, prowadzenie kamery tuż przy głównej bohaterce zadziałał tutaj w dwojaki sposób. Nie dość, że bardzo silnie odczuwamy jej emocje, to dodatkowo cały czas jej kibicujemy. Jest to o tyle ciekawe, że zachowania Oli nie zawsze są godne pochwały. Zosia Domalik, która wcieliła się w postać Oli, została nagrodzona za tę rolę Złotym Lwem na festiwalu w Gdyni, za najlepszy debiut aktorski. W mojej ocenie – nagroda ta jest jak najbardziej zasłużona. Mam też niejasne przeczucie, że tak samo, jak miało to miejsce w przypadku Karoliny Bruchnickiej, tak i o Zosi jeszcze będzie głośno i to w jak najbardziej pozytywnym sensie.

Mimo, że przez większość filmu to postać Oli jest na pierwszym planie, nie możemy zapominać o innych postaciach, nie tylko tych drugoplanowych, ale też i trzecioplanowych. Z pewnością należy pochwalić Marię Sobocińską, która wcieliła się w postać Agnes. Bohaterka ta jest w pewnym sensie antagonistką naszej głównej bohaterki. Jednakże to, co zdecydowanie korzystnie zadziałało na całą produkcję, to sposób w jaki ta relacja się rozwijała i jak też została zakończona. Mimo początkowej wrogości, na skutek pewnych wydarzeń, relacja dziewczyn zmienia się. Co jest jednak bardzo dobre, wszystko jest w filmie uzasadnione i nie mamy poczucia, że dzieje się tak po prostu. Nić porozumienia, która nawiązuje się pomiędzy bohaterkami, jest pokazana nie tylko subtelnie ale też i w taki sposób, że widz od razu wszystko rozumie. I co więcej, przyklaskuje takiemu obrotowi spraw.

Nie mogę też przejść obojętnie wobec postaci pani psycholog, która – choć pojawiała się stosunkowo rzadko w filmie i nie odgrywała jakiejś mega kluczowej roli, bardzo wyraźnie odcisnęła swoje piętno w całej produkcji. To chyba tak naprawdę jedyna, w stu procentach pozytywna postać kobieca, która się tam pojawia. Dobroć oraz chęć pomocy tym dziewczynom przebijała niemalże z każdej sceny, w której się pojawiała. Pani psycholog była takim „dobrym duszkiem” ośrodka i nie ma się czemu dziwić, że Ola czy inne podopieczne nie miały najmniejszego problemu ze zwróceniem się do niej o pomoc.

Znalezione obrazy dla zapytania wszystko dla mojej matki imielska

Nie jest jednak tak, że nie mam absolutnie żadnych zarzutów, jeśli chodzi o Wszystko dla mojej matki. Jakkolwiek można o tym filmie powiedzieć dużo dobrego, tak z całą pewnością balans pomiędzy pozytywnymi postaciami męskimi a żeńskimi nie został tu w żaden sposób zachowany. Reżyserka pokazuje, że w jej historii praktycznie nie ma dobrych mężczyzn. Być może tak właśnie było, niemniej jednak, trochę mnie ten kontrast raził. Jedyną taką postacią męską, był trener, który pomagał Oli w treningach lekkoatletycznych. Poza tym, ciężko szukać postaci męskiej, która byłaby tak naprawdę w każdym calu pozytywna.

Kolejnym zarzutem, który także mnie raził, ale ponownie – być może wynikał z historii – jest powszechność pewnego zjawiska, które w filmie było wręcz nagminne. Na spotkaniu, na pytanie odnośnie tego zjawiska w kontekście rodziny zastępczej i tego, czy takie rodziny nie są w żaden sposób weryfikowane, Małgorzata Imielska odpowiedziała, że owszem, nie są. Zdziwiło mnie to niesamowicie, ale nie mam też absolutnie żadnych podstaw, aby nie wierzyć w tę odpowiedź. Niemniej jednak, miałam poczucie, że zjawisko, o którym mówię, a którego celowo nie nazywam, aby uniknąć spoilerów, pojawiało się w filmie stanowczo za często.

Znalezione obrazy dla zapytania wszystko dla mojej matki imielska

Mimo tych zarzutów, nie mogę w żadnym wypadku powiedzieć, że Wszystko dla mojej matki, jest filmem złym, czy szkodliwym. To świetnie opowiedziana historia, która wciąga, która budzi emocje. Jest dokładnie tym, czego ja osobiście w kinie szukam. Zmusza do refleksji, wzrusza. Przyznaję bez bicia, że dwa razy w czasie seansu, bardzo mocno spociły mi się oczka. Poziom emocji, to, jak doskonale zostały one pokazane, naprawdę robi niesamowite wrażenie.

Film, mimo bardzo ciężkiego tematu, mimo wszystko daje nadzieję. Nie będę mówiła, jak się kończy, bo to bez sensu. Wspomnę jedynie, że nie jest to zakończenie, którego się spodziewałam, a które zaskoczyło mnie w pozytywny sposób.

Bardzo cieszę się też z tego, że Wszystko dla mojej matki, najpewniej trafi na ekrany kin i to nie tylko studyjnych. Być może już w styczniu będzie można tę produkcję obejrzeć, do czego bardzo zachęcam. A żeby nie być gołosłowną, przytoczę tutaj to, co powiedziane zostało przez jedną z uczestniczek spotkania z twórcami po projekcji filmu. Pani powiedziała, że seans Wszystko dla mojej matki, przypomniał jej czym jest kino: że nie jest ono tylko i wyłącznie po to, aby włączyć film przed snem i na nim zasnąć, ale żeby obejrzeć, i przede wszystkim poczuć, świetną historię. I dokładnie takie jest Wszystko dla mojej matki.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close

Tu mnie znajdziesz! Lajkuj, obserwuj - będziesz na bieżąco!