Wotum nieufności czyli moja uczciwość wobec powieści Mroza

Remigiusz Mróz nieustannie dostarcza nam emocji – czy to związanych z jego serią o dwójce prawników – Chyłce i Zordonie, czy to kryminałami osadzonymi w klimatach noir. Prawdą jest, że jest to pisarz bardzo poczytny i bardzo popularny, co zdarza się niezwykle rzadko, a jeśli dodatkowo weźmiemy pod uwagę fakt, że ma on zaledwie 30 lat, to trzeba przyznać, że sporo już osiągnął. Co jest tym ciekawsze, jego książki – każdą w zasadzie – czyta się niemalże jednym tchem. To mistrz, przynajmniej jeśli chodzi o rynek polski, jeśli chodzi o konstruowanie fabuły w taki sposób, aby wciągnęła ona czytelnika bez reszty. Jego najnowsza powieść, Wotum nieufności, jest jednak czymś zupełnie innym, jeśli chodzi o dotychczasową twórczość autora. Przyznam szczerze, że miałam spory problem z tą książką. Nie tylko jeśli chodzi o jej ostateczną ocenę, ale także o to, jak mi się ją czytało.

Wotum nieufności, określane jest jako polskie „House of Cards”. Serial widziałam, podobał mi się, nawet bardzo. Nie jestem jednak skłonna przyznać stuprocentowej racji temu właśnie określeniu w odniesieniu do najnowszej książki Remigiusza Mroza. Ciężko jest bowiem przenieść realia polityki USA na nasze, polskie podwórko. Zawsze będą się one różniły, chociażby tym, że mamy zupełnie inny system parlamentarny, zupełnie inaczej działa u nas władza. Nie oznacza to jednak, że Wotum nieufności, jest książką złą, czy nieciekawą. Wprost przeciwnie! Skłonna jestem nawet powiedzieć, że jeśli chodzi o gatunek, a mianowicie popularne tak bardzo ostatnimi czasy „political fiction”, to jest to pozycja bardzo ciekawa. Co nie oznacza, że jest ona pozbawiona błędów.

Chyba pierwszy raz, odkąd zetknęłam się z książkami Remigiusza Mroza, powiem na ich temat coś krytycznego w kontekście negatywnym. Nie jest mi łatwo, ale niestety, jeśli miłość do książek danego autora ma być wiarygodna, nie może być ona całkowicie bezkrytyczna.

Zacznijmy jednak od samej fabuły. Mamy główną bohaterkę, marszałek Sejmu Darię Seydę. Książka zaczyna się w momencie, kiedy budzi się ona w zupełnie nieznanym sobie miejscu, a co więcej, kompletnie nic nie pamięta, jeśli chodzi o to, co działo się z nią poprzedniego wieczora. Wedle tego, co podaje książka, Daria Seyda, nie pamięta ostatnich dziesięciu godzin, które miały miejsce zanim obudziła się w podwarszawskim motelu. Sytuacja jest o tyle dziwna, że nasza bohaterka, kreowana jest jako osoba twardo stąpająca po ziemi, taka, która ma swoje zasady i wydaje się być przy tym ostatnią „normalną” osobą, jeśli mowa o polityce. Jak nietrudno się domyślić, sprawa oczywiście zostaje wyjaśniona i wbrew pozorom, wcale nie jest ona tak oczywista, jak mogłoby się wydawać.

Mamy też drugiego bohatera, prawicowego polityka, Patryka Hauera. Hauer stanowi totalne przeciwieństwo Seydy. Zarówno, jeśli mowa o jego poglądach, jak również, jeśli weźmiemy pod uwagę jego życie prywatne oraz to, jak podchodzi on do polityki. To młody polityk, który cieszy się uznaniem ludzi młodych. Popularność zyskał on między innymi dzięki swojej obecności w social media, a także – kreowaniu swojego wizerunku publicznego, za którym stoi jego żona, Milena. Hauerowie są małżeństwem, które jest niemalże najbardziej możliwym, z realnych odzwierciedleń małżeństwa z House of Cards. Mowa oczywiście o małżeństwie Underwoodów. Na tym jednak porównania do popularnego serialu się kończą.

Nasza dwójka bohaterów, zostaje postawiona w sytuacji, kiedy w Polsce ogłaszane są przyspieszone wybory prezydenckie. Obecny rezydent Pałacu przy Krakowskim Przedmieściu, oznajmia bowiem, że jest nieuleczalnie chory, a co za tym idzie – nie jest w stanie w dalszym ciągu sprawować władzy. Marszałek sejmu, tymczasowo przejmuje fotel prezydencki, jednakże właściwe wybory także mają się odbyć. Nie jest dla nikogo żadną tajemnicą, że nasza dwójka bohaterów startuje do tej walki i tym samym – że nie jest to walka ani łatwa, ani…Z góry przesądzona.

Sama fabuła książki, oscyluje na granicy realności jak również pewnej fantazji. Nie jestem w stanie bowiem niektórych rzeczy tutaj kupić, jak chociażby tego, w jaki sposób przebiegają prace komisji śledczych, czy też – jak politycy załatwiają sobie różne rzeczy, z wywiadami na czele. Nie jest dla mnie też rzeczą realną to, co dzieje się z dziennikarzami. W Polsce, takie sytuacje w ogóle nie przeszłyby bez echa, zaś w Wotum nieufności, są one albo zupełnie pominięte – nie ma w zasadzie żadnej reakcji mediów, albo też – bagatelizowane i nie wyjaśnione. Oczywiście, jak najbardziej rozumiem ideę książki, wiem, że jej głównym zadaniem było obnażenie pewnych mechanizmów, natomiast wydaje mi się, że sposób w jaki to zrobiono, jest lekko przerysowany.

Jest jednak rzecz, za którą Remigiuszowi Mrozowi należy się olbrzymi szacunek. Chodzi tu o to, jak olbrzymi research musiał on wykonać, zanim w ogóle książka ujrzała światło dzienne. To, jak zostały opisane systemy partyjne, to, jak została pokazana polityka zagraniczna – to wszystko ma tutaj swoje realne odzwierciedlenie. Duże brawa należą się też za całkowitą bezstronność, jeśli mowa o pokazanych poglądach politycznych. Autor w żaden sposób nie ujawnia swoich, jest obiektywny do ostatniej strony powieści. To bardzo ważne, ponieważ w ten sposób, książka staje się jednak dla nas bardziej wiarygodna i tym samym, sami jesteśmy w stanie wyrobić sobie na jej temat zdanie. Sami też wybieramy, po czyjej stronie ostatecznie się opowiemy, a wierzcie mi, nie jest to wcale taki oczywisty wybór. Tutaj, właśnie dzięki obiektywnemu przedstawieniu całej sceny politycznej, jest to jak najbardziej możliwe. Co więcej, autor nie boi się poruszać w swojej powieści tematów, z którymi nasz kraj aktualnie się zmaga. Są odniesienia do uchodźców, są odniesienia do tego, jak postrzegana jest Rosja, czy Ukraina. Co więcej – są nawet komentowane niektóre z haseł, które chyba już na zawsze zostaną w naszej polityce, jak chociażby „dobra zmiana”. Nie obyło się też bez umieszczenia pewnych smaczków. Szczególnie podobał mi się fragment związany z podpisywaniem ustaw i czytaniem ich. Nie zdradzę zbyt dużo, ale serio, końcówka powieści i ten smaczek…Tak, mordka mi się ucieszyła. Ale nawet w takich przypadkach, autor pozostawał bezstronny. A zakładam, że nie było to wcale takie łatwe.

Sam jeżyk powieści, jest jak zwykle w przypadku Mroza bardzo charakterystyczny. Pojawiają się pewne określenia, które znamy już z przygód Joanny Chyłki i tym samym, stają się one rozpoznawalne, jeśli chodzi o tego autora. Ważne jest to, aby autor, niezależnie od tego, co pisze, miał w swoim stylu coś charakterystycznego. W przypadku Mroza, z całą pewnością jest to, ukochane przeze mnie, słowo „hucpa”. Warto jednak zwrócić uwagę na to, że książka jest mocno przegadana. Co mam dokładnie na myśli? Otóż w dużej mierze chodzi mi o ilość dialogów i opisów reakcji, aniżeli samej w sobie fabuły. Mam wrażenie, że tutaj proporcja gdzieś się zatraciła. Oczywiście, polityka tego wymaga, ciężko jest o niej pisać, jeśli pomijamy emocje, które jej towarzyszą. Mam jednak wrażenie, że tutaj szala nieco się przechyliła i to w tę niekoniecznie dobrą stronę. Brakowało mi takiego charakterystycznego opisu akcji samej w sobie. Dostałam za to aż w nadmiarze całe spektrum różnych reakcji na bodźce zewnętrzne oraz wartkich i dobrze poprowadzonych dialogów.

Nie mogę też przejść obojętnie wobec projektu okładki. Jest chwytliwy, owszem, ale zupełnie nie jest oryginalny. Mam niejasne wrażenie, że inspiracja House of Cards posunęła się tutaj odrobinkę za daleko. Znaczy, to nie jest tak, że mi się nie podoba. Podoba, pasuje i w ogóle. Ale… Ale już to gdzieś widziałam. W zestawieniu z innymi okładkami książek Mroza, tutaj mamy wrażenie, ze jest to coś, co zostało powielone w jakiś sposób, a jeśli nie powielone, to przynajmniej mocno inspirowane. Nie twierdzę tym samym, ze okładka nie jest adekwatna do tego, co zawiera powieść. Warto byłoby jednak pomyśleć nad jej modyfikacjami przy kolejnych wydaniach, a zakładam, że takie się pojawią.

Po Wotum nieufności, możecie spokojnie sięgać. Jeśli ktoś mnie zapyta, czy polecam, to jasne, że tak – Mroza, zawsze. To zawsze szansa na to, że ktoś, tak jak ja zwyczajnie pokocha jego twórczość, a czas na oczekiwanie kolejnej powieści będzie odliczał nie mniej niecierpliwie niż ja to robię. Warto jednak w tym wszystkim być uczciwym i rzetelnym. Prawdziwa miłość, nawet ta książkowa, nie może bać się krytyki. Nie może bać się powiedzenia, że są tutaj jakieś małe zgrzyty, że to czy tamto mi się nie podobało. Jeśli jesteśmy wobec kogoś uczciwi, to zawsze powiemy prawdę, choćby nie wiem jak niewygodna ona była.

Za książkę bardzo dziękuję księgarni internetowej Woblink

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close

Tu mnie znajdziesz! Lajkuj, obserwuj - będziesz na bieżąco!