Bo to Cudna Kobieta była

Nigdy nie umiałam się opowiedzieć po którejkolwiek stronie w dyskusjach pt. Marvel czy DC. Mam swoich ukochanych bohaterów zarówno z jednego jak i z drugiego uniwersum, podobnie, jak mam też i takich, których średnio lubię. I tak, w przypadku Marvela jak uwielbiam Black Widow, Hulka czy Kapitana Amerykę, tak nie znoszę po prostu Spidermana. W przypadku DC oczywistym jest, że moje serce należy do Batmana, a zaraz po nim do Harley Quinn, zaś Superman zupełnie mi nie leży. Dlatego też, nie umiem jednoznacznie określić, które uniwersum jest mi bliższe.

Daleka jestem też od tego, aby w jakikolwiek sposób porównywać ze sobą oba uniwersa. W dużej mierze dlatego, że są one od siebie zupełnie różne, jeśli mowa o konstrukcji bohaterów. W Marvelu, bohaterowie są bardzo ludzcy. Mają wady i zalety, a sprawa, której bronią czy o którą walczą, nie zawsze jest korzystna dla wszystkich. Marvelowe postaci, mają bardzo często dość egoistyczne pobudki, jeśli mowa o „walce ze złem”. Zazwyczaj jest to jakaś misja, która zwykłych obywateli nie dotyczy (no chyba, że mowa o efektach ubocznych walk, to co innego). W przypadku DC, bohaterowie są zawsze szlachetni, walczą w imię wyzwolenia narodu, a ich osobiste motywacje, zazwyczaj są w pełni kompatybilne z tym, co jest dobre dla narodu. DC kreuje swoich superbohaterów na obrońców narodu a Marvel – po prostu jako bohaterów, czy też – agentów specjalnych – którzy w założeniu mają służyć narodowi.

Przyznam szczerze, że pewnymi obawami szłam na Wonder Woman. Bez znaczenia było tu samo uniwersum. Nie ukrywam jednak, że patrząc na to, jak złym filmem był BvS, moje obawy były w pełni uzasadnione. Trzeba bowiem przyznać, że jeśli bierzemy uniwersum Marvel i DC, to w filmach, znacznie lepiej wypada Marvel. Nie wybitnie, ale jednak lepiej. Na całe szczęście, już na samym początku filmu, mogłam schować moje obawy do kieszeni.

Wonder Woman, w stu procentach realizuje założenia konstrukcyjne superbohaterów kreowanych przez DC. Diana jest szlachetna, chce bronić niewinnych, walczy w imię pokoju na świecie i chce położyć kres wojnie. I okej, ten koncept kupuję, podobnie jak kupuję koncept, który zakłada osadzenie akcji Wonder Woman w realiach konfliktu zbrojnego. Z tym, że jeśli już porywamy się na te właśnie realia, bądźmy w tym konsekwentni. Jeśli choć trochę mamy pojęcie o I WŚ- bo to ona jest tłem – to wiemy, że w tym konflikcie nie było jednego, konkretnego winnego. Wszyscy mieli „swoje za uszami”, nie było bezpośredniego agresora. Dlatego też, wojna sama w sobie jako tło dla Wonder Woman tak, ale niekoniecznie I Wojna Światowa. W tym kontekście, idealizm Diany, staje się trochę inwalidą. W pierwszej kolejności jest tak dlatego, że jeśli mamy pojęcie o tym, jak skonstruowana jest Wonder Woman, to I Wojna Światowa, nie jest kompatybilna z jej charakterem. Jeśli przyjmiemy, że ma ona bronić niewinnych, to w przypadku I WŚ, powinna bronić dzieci i kobiet, które w tym konflikcie najbardziej cierpiały. Tymczasem Diana zakłada, że niemiecki generał Ludendorff, jest mitycznym Aresem i to właśnie on odpowiada za cały konflikt. No nie, tak nie jest. Tym bardziej brak konsekwencji widać w kwestii związanej z pomocą Brytyjczykom. Film zdaje się rzucać w nas w tym momencie tezą, że Brytyjczycy, to tacy niewinni i wszystko co złe to Niemcy. W porządku, tylko to nie ta wojna.

Realia w których ma miejsce akcja Wonder Woman, to zasadniczo mój pierwszy problem z tym filmem i, zapewniam Was, nie jest to jedyny problem. Filmy o superbohaterach, zazwyczaj charakteryzują się widowiskowymi efektami specjalnymi – albo przynajmniej takimi, które są porządnie zrobione. W przypadku Wonder Woman, to nie do końca zadziałało. Pomijam już fakt spamowania slow motion. Serio, liczyłam na dynamiczne, widowiskowe walki amazonek, kopanie tyłków i ogólną rozpierduchę, a dostałam rozpierduchę w 90% opartą właśnie na slow motion. Czuję się teraz trochę tak, jak dziecko, które weszło do sklepu, kupiło Kinder niespodziankę z nadzieją na super figurkę, a w jajku były puzzle, czy jakieś inne coś, zupełnie niewartego uwagi.

Podobnie rzecz się ma, jeśli chodzi o głównego antagonistę (nie mylić ze złolami). Ares i jego uosobienie są koszmarne. On jest tak niekonsekwentnie napisany, że to aż boli. Mniej więcej w połowie filmu, jesteśmy się w stanie zorientować o co chodzi. I okej, sam fakt postawienia Aresa jako odpowiedzialnego za wojnę i jako kusiciela i podjudzacza do złego, jest w porządku. Zwłaszcza, że takie poprowadzenie postaci, staje się też furtką do znalezienia w filmie tropów, które prowadzą do Biblii. Ale nie ma to racji bytu, kiedy Ares jest tak bardzo nijaki, a cała jego rola sprowadza się do napierniczania na prawo i lewo, średniej jakości piorunami. Idę o zakład, że znajdziemy co najmniej kilka lepszych rozwiązań, na poprowadzenie tej postaci. I na to, aby dać ładną scenę po napisach, która na przykład mogłaby zwiastować kolejny film. Ale nie, po co. Pokażmy wszystko dosłownie, opiszmy dokładnie co się dzieje, bo przecież nasz widz to idiota. Tak, to boli w tym filmie, ale na szczęście dostajemy na ten ból lek.

Mimo tak wielu wad, ja nadal utwierdzam się w przekonaniu, że Wonder Woman to naprawdę Cudowna Kobieta. Film, może nie do końca cudowny, ale Diana – tak. Daleka jestem od doszukiwania się w konstrukcji postaci odniesień do feminizmu czy innych tego typu kwestii. Dla mnie zdecydowaną siłą tego filmu jest to, że bohaterowie nas obchodzą. To znaczy, nie mamy tak kompletnie w nosie tego, co się z nimi stanie. Co więcej, ich historia nas wciąga, do tego stopnia, że sama podskakiwałam na fotelu i przynajmniej poprzez mikro ruchy moich rąk, pomagałam Dianie kopać tyłki. Raz, przez kompletny przypadek, kopnęłam krzesło przede mną, ale nikogo na nim nie było. Tylko potem bolał mnie palec. Jeśli jednak jestem w stanie skakać na krześle i choćby na niby bić się u boku Diany, to czas na obejrzenie filmu nie był stracony.

Zresztą, nie tylko Dianie kibicowałam, bo przecież po co się ograniczać. Całym serduchem pokochałam Steve’a, a scena kiedy próbował wyjaśnić Dianie czym jest małżeństwo, samemu nie do końca widząc sens tej instytucji, kupiła mnie bez dwóch zdań. Podobnież porównanie sekretarki do niewolnika, jak również kupowanie gorsetu. W Wonder Woman smaczków humorystycznych jest całe mnóstwo i co więcej, jest to humor zrobiony ze smakiem. Gagi nie są głupie, humor pasuje do sytuacji, wszystko jest jak należy. Dodatkowo, mamy rewelacyjną chemię między Steve’em a Dianą, co sprawia, że historia staje się dla nas jeszcze bardziej atrakcyjna. No i Diana tak pięknie wygląda we wszystkim, w co ją ubiorą, że naprawdę. No to są całkiem realne powody, dla których warto pójść na Wonder Woman. Przynajmniej dla mnie.

To, co chyba widzowie są w stanie odczuć najbardziej, jeśli chodzi o całość produkcji, to, że faktycznie włożono w nią serce. To nie był film, który powstał „bo tak”. Patty Jenkins odwaliła kawał dobrej roboty, chociaż machanie pędzlami od efektów specjalnych nie do końca jej wyszło. Ale spokojnie, każdy musi się nauczyć operować narzędziami, które dostaje, a nie myli się tylko ten, kto nic nie robi.

Wonder Woman, jako superbohaterka, jest w całości skonstruowana bardzo konsekwentnie. Jest szlachetna, chce walczyć o pokój, chce położyć kres wojnie. Co więcej, cechuje ją poczucie humoru. Jej nieporadność w „naszym świecie” też jest w pełni uzasadniona. To, co ten film robi bardzo dobrze, to pokazuje rolę kobiety w realiach I WŚ. Za to relacja pomiędzy Stevem a Dianą, doskonale obrazuje to, że zarówno jedna jak i druga płeć jest sobie równa. Ważne jest też to, że nieporadność Diany, to jak bardzo nie umie się ona odnaleźć w konflikcie w jaki została wrzucona, pokazuje też świetnie to, jak trudny jest to konflikt. W nim nie ma jednoznacznego antagonisty. Diana bierze sobie na cel Ludendorffa i to w nim upatruje przyczyny wojny. Nie patrzy na to, że nie tylko Ludendorff odpowiada za wojnę, ale także Brytyjczycy, czyli de facto – jej sojusznicy. Wonder Woman nie zna takiego rodzaju wojny, z jakim przyszło jej się zmierzyć. Dla niej wojna zawsze ma określony cel i prowadzona jest w imię szlachetnych wartości oraz przywrócenia właściwego porządku. Ten konflikt, zupełnie taki nie jest i przez to, nasza bohaterka jest zdezorientowana i nie wie jak się zachować. Gdyby mogła, pomogłaby każdemu. Doskonale widać to w scenie na froncie, kiedy Steve bardzo pilnuje Diany przed pomaganiem każdemu potrzebującemu i tym samym – trzymaniu się misji jaką mają do wykonania.

Poza postaciami i chemią między nimi, jest jeszcze jedna zaleta Wonder Woman, która sprawiła, że moje oczy się nie wykrwawiły. Ciąg przyczynowo – skutkowy działa, nie mamy chyba ani jednej sytuacji – przynajmniej do zakończenia ( o tym na końcu), w której możemy mieć takie: „Eeee…no okej, ale dlaczego tak się stało?”. Fabuła trzyma się przysłowiowej kupy a to już dużo. Chemia między bohaterami jest. Ładne kostiumy – są. No i muzyka też jest.

Przyznam szczerze, że mieliśmy w domu całkiem ciekawą dyskusję o soundtracku i motywie Wonder Woman. Ja ten motyw pokochałam od pierwszego słyszenia, Mój Mężczyzna niekoniecznie. Oboje jednak jesteśmy zgodni co do tego, że w filmie soundtrack działa i to bardzo dobrze działa. Powód jest bardzo prosty – muzyka pełni tutaj także rolę narratora. W bardzo dobry sposób buduje napięcie, przygotowuje widza do scen walki czy scen bardziej emocjonalnych. Nie twierdzę tym samym, że to jest choćby w minimalnym stopniu soundtrack wybitny. On jest bardzo superbohaterski i przez to pasuje do filmu. A to, w przypadku filmu o superbohaterce, całkiem mi wystarcza. Nie rani uszu, nie przeszkadza, wpisuje się w film – dla mnie okej.

Nie mogę jednak przejść obojętnie wobec zakończenia Wonder Woman. Ono się tak strasznie posypało! Nie będę opisywać co i jak, bo spoilery, ale naprawdę. Po pierwsze, miałam wrażenie, że kompletnie nie było na nie pomysłu, więc twórcy poszli po linii najmniejszego oporu i stworzyli zakończenie oparte na schemacie filmów o superbohaterach. To, w zestawieniu z fabułą, która do momentu zakończenia jest spójna, nie działa kompletnie. Finałowa walka jest sztampowa do bólu a do tego średnio zrobiona. Efekty trochę kłują w oczy, pioruny są średnie, walka w zasadzie też. Choreografii w niej nie ma chyba żadnej. To w zestawieniu z ogromnym funem, jaki czerpałam z Wonder Woman przez cały czas jej trwania, można porównać do pękniętego balonika. Albo zepsutej dętki w rowerze. Przewrócenia się przed samą metą. Wybierzcie sobie cokolwiek.

Wonder Woman, mimo wielu wad ( w dużej mierze technicznych) nie jest filmem złym. Ale wybitnym też nie. To całkiem spoko film superbohaterski, który może dostarczyć nam pożądanego funu. To film, który wzbudzi w nas emocje, pozwoli nam się odstresować a już na pewno sprawi, że będziemy się na nim dobrze bawić. Proponuję, całkiem profilaktycznie, zmniejszyć obroty myślenia w trakcie oglądania i po prostu wejść w historię, którą oglądamy. Ja nie analizowałam za dużo, nie wnikałam w szczegóły. Po prostu stanęłam u boku Diany i byłam gotowa wraz z nią, kopać tyłki komu trzeba.

Ps. Autorzy plakatów a także więcej plakatów są tutaj: http://posterposse.com/the-poster-posse-celebrates-the-princess-of-themyscira-on-wonder-woman-day/.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close

Tu mnie znajdziesz! Lajkuj, obserwuj - będziesz na bieżąco!