Wielkie kłamstewka – to może przytrafić się każdemu

Nie ma co się oszukiwać – jestem bardzo „do tyłu” z serialami wszelakimi. Powody są różne, ale fakt jest faktem – mam miliony produkcji do nadrobienia. Nie inaczej rzecz się ma, jeśli chodzi o filmy, ale tu jest ciut lepiej (choć nie najlepiej). Nadrabiam za to tym, że czytam książki. Ostatnio ta forma rozrywki, jest mi zdecydowanie bardziej bliższa, w dużej mierze dlatego, że mogę czytać w zasadzie zawsze – wspaniały czytnik e-booków jest tutaj wybawieniem. O Wielkich kłamstewkach Liane Moriarty, słyszałam bardzo dużo, głównie za sprawą serialu. W związku z tym, że dość mocno „sparzyłam się” na „13 powodach”, tym razem postanowiłam zacząć od książki i to był dobry wybór. Wielkie kłamstewka Liane Moriarty, to lektura bardzo dobra, łącząca w sobie różne elementy gatunkowe.

Nie lubię powieści o niczym. Głupiutkie „czytadła” zazwyczaj zostawiam sobie na jakieś podróże – pociąg, pks, polski bus. Wówczas nie przeszkadza mi ich czytanie, bo nie wymagają one ode mnie absolutnego skupienia. W przypadku kryminałów, które kocham, ciężko jest się skupić, kiedy ktoś w przedziale namiętnie rozmawia przez telefon. Albo wtedy, kiedy jedziesz Polskim Busem, a obok ciebie siedzi grupa obcokrajowców, co chwilę robiąca snapy. „Wielkie kłamstewka”, choć wydają się być lekturą łatwa i przyjemną, zdecydowanie takie nie są. Fabuła powieści, skupia się na morderstwie. Już na samym początku dowiadujemy się, że ktoś zginął. Cała zabawa polega na tym, że w zasadzie do samego końca, nie wiemy kto, dlaczego i jak. No i nie wiemy, kto zabił. Cała intryga, okraszona jest przyjemnym krajobrazem małego miasteczka. Życie w nim kręci się wokół stałych miejsc, wszyscy mieszkańcy doskonale się znają i – co chyba wydaje się oczywiste – nic się w takiej społeczności nie ukryje. Pod płaszczykiem tego sielankowego obrazu, kryje się jednak dość poważny problem. Autorka stopniowo nam go odsłania, tak jakby chciała nam coś powiedzieć ale nie do końca wie jak. Wbrew pozorom, ten zabieg wcale nie jest irytujący, choć zdecydowanie mógłby taki być. Czytelnik chce wiedzieć, co się stało – jego ciekawość wzmaga się z każdą strona powieści coraz bardziej i bardziej. A kiedy już, już prawie karty zostają wyłożone na stół, autorka zaczyna pisać o zupełnie innym wątku z pozoru zupełnie nie związanym z całą intrygą.

Przeplatanie próby uzyskania odpowiedzi na to, co dokładnie się stało, tym co aktualnie dzieje się w miasteczku, to bardzo sprytny zabieg. Niemniej jednak, wiem z doświadczenia, że jeśli zostanie on wykonany nieprawidłowo, fabuła powieści zwyczajnie się posypie. W przypadku produkcji telewizyjnych, czy filmowych, takie „zapychacze” najczęściej wynikają z powodu braku pomysłu na scenariusz. Doskonale było to widoczne właśnie w przypadku „13 powodów”. Tutaj, jest to zabieg celowy, zastosowany z rozmysłem. Czytelnik z jednej strony zostaje uspokojony, ma obiecane, że w końcu dowie się, kto zabił i kogo zabił, zaś z drugiej strony, na swoiste pocieszenie dostaje kolejny wątek innego bohatera. Co najlepsze, wątki te są nie mniej ciekawe od całej intrygi.

Czas powieści nie jest dokładnie sprecyzowany – określony został na pół roku – niemniej jednak, wszystkie zdarzenia prowadzą do wieczorku zapoznawczego, na którym to dochodzi do tragedii. Nie bez przyczyny o tym wspominam, ponieważ akcja powieści ma swój początek na spotkaniu integracyjnym najmłodszego rocznika dzieci z lokalnej szkoły. Wybór jednego miejsca na początek i koniec akcji, jest dobrym pomysłem. Nadaje to spójność powieści i nie mamy wrażenia, że całość książki nie została dobrze przemyślana. Co więcej, szkoła w miasteczku, staje się punktem, w którym spotykają się wszyscy bohaterowie – to miejsce wspólne, teren bardzo neutralny. Wybranie go na miejsce popełnienia morderstwa to także zabieg bardzo dobrze przemyślany.

Znalezione obrazy dla zapytania wielkie kłamstewka

Nie samą fabułą jednak Wielkie kłamstewka stoją. W przypadku powieści, które oscylują wokół jednej, najczęściej małej społeczności, zwykle mam spory problem z zapamiętaniem wszystkich bohaterów. Tutaj, tego problemu zupełnie nie było. Każda z postaci, miała w sobie coś tak charakterystycznego, że czytelnikowi naprawdę trudno byłoby jej nie zapamiętać. Co jest też znamienne, każdy z bohaterów, niezależnie od swojej roli w książce, znaczy coś dla samej fabuły. Nie ma tu wątków pobocznych, które nikomu nie są do niczego potrzebne. Jest to o tyle ciekawe, że jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, jak liczna jest bądź co bądź społeczność miasteczka, takie rozwiązanie wydaje się być nierealne do zrobienia. Autorka jednak bardzo ładnie manewruje rolą bohaterów i tym, jaki mają oni wkład w całą fabułę.

Warto też podkreślić, że tak naprawdę, nie mamy tutaj typowego antagonisty. Bohaterowie są bardzo ludzcy, o ile można to w ten sposób określić. Żadna z postaci, nie jest „krystalicznie czysta”. Każdy ma jakąś swoją wadę – mniejszą czy większą. To też nadaje powieści cech realizmu, sprawia, że nie mamy do czynienia z typową, Amerykańską literaturą, gdzie wszystko zawsze dobrze się kończy. Mamy realne problemy, mamy relacje, które nie zawsze są takie, jakbyśmy o nich marzyli. I wreszcie – mamy to, co chyba każdy z nas doskonale zna – grę pozorów. W ostatecznym rozrachunku, okazuje się, że nikt tak naprawdę nie wie o nas tyle, ile wiemy my sami. Zawsze bowiem pokazujemy ludziom tylko część siebie. Świetnie widać to w relacji jednej z głównych bohaterek – Jane z baristą w lokalnej kawiarni. Zazwyczaj skryta i wycofana, pokazuje „więcej siebie” właśnie jemu. Kiedy zdaje sobie z tego sprawę, wpada w panikę. Znam co najmniej kilka osób, które zareagowałyby bardzo podobnie.

Żeby książka przysłowiowo „dobrze się czytała”, musi mieć dobrą narrację. Tutaj, mamy narrację 3-osobową i narratora który wie wszystko o wszystkich. To daje nam oczywiście pełny obraz całej sytuacji, ale tez w dużej mierze właśnie dzięki takiemu typowi narracji, nie jesteśmy się w stanie w żaden sposób pogubić w fabule. Warto jest jednak podkreślić, że fragmenty zeznań świadków, umieszczane zazwyczaj na końcu rozdziału, także są bardzo pomocne. A to z kolei narracja pierwszoosobowa, której zapis do złudzenia przypomina kwestie w dramacie. Bo tez mamy do czynienia z dramatem, tyle że nie do końca takim klasycznym. Tu przechodzimy właśnie do wielogatunkowości, którą Wielkie kłamstewka stoją. To oczywiście kryminał, po części też komedia ale jednak w zdecydowanie największym stopniu jest to dramat. I to wcale nie jednej osoby.

Jak już wspomniałam, Wielkie kłamstewka tylko pozornie są lekkim kryminałem. Jeśli jednak dodamy do fabuły watek przemocy domowej, kryminał przestaje być lekki. To główny problem, który został nakreślony w powieści. Co ciekawe, został on pokazany bez absolutnie żadnego tabu. Mamy bohaterkę, która autentycznie boi się odejść od męża. Z drugiej strony, mamy męża, który, przynajmniej tak twierdzi, nie wie, czemu bije swoją żonę. Pomijam już fakt, że przemoc ta działa w dwie strony. Celeste – bo to o niej między innymi jest mowa – nie jest ofiarą, w pełnym tego słowa znaczeniu. Owszem, to ją bije mąż, ale ona także nie pozostaje mu dłużna. Relacja małżonków zdaje się być oparta na tej właśnie przemocy do tego stopnia, że Celeste sama nie jest do końca pewna, czy to, jak wygląda jej małżeństwo, nie jest przypadkiem tylko i wyłącznie jej winą. Sami zatem widzicie, że problem wcale nie jest tak prosty, jak mogłoby się początkowo wydawać.

Wielkie kłamstewka nie są powieścią tylko dla kobiet, co może sugerować okładka (szczególnie ta „serialowa”). To lektura dla każdego. Jest napisana w sposób bardzo przystępny, bez zbędnych opisów stanów emocjonalnych, czy analizy relacji w społeczności. Wszystko ma swoje jasno określone proporcje. Intryga wymyślona doskonale, świetnie opisana. Całość, jak na porządny kryminał przystało, trzyma w napięciu do ostatniej strony. Co więcej, mimo że opisywany problem wcale nie jest zabawny, gwarantuję Wam, że nie raz i nie dwa parskniecie solidnym śmiechem przy tej lekturze. Nie będą to może napady niekontrolowanego śmiechu, ale zapewniam, że humoru tu nie brakuje. Wielkie kłamstewka to lektura dla każdego, bo przecież każdy z nas ma jakieś sekrety. Każdy z nas, chociaż raz kiedyś skłamał.

Recenzja powstała przy współpracy z księgarnią internetową

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close

Tu mnie znajdziesz! Lajkuj, obserwuj - będziesz na bieżąco!