Well done BBC, czyli słów kilka o „And then there were none”

Wszelkiego rodzaju dni wolne, przerwy Świąteczne i inne tego typu atrakcje, z dniem dzisiejszym dobiegły końca. Nie żebym płakała – wprost przeciwnie. Prawdę mówiąc miałam już troszkę dość siedzenia w domu, dlatego też bardzo się cieszę z powrotu do pracy. Cieszę się też z innego powodu, a mianowicie z powrotu do REGULARNYCH wpisów. Już nic nie będzie stało na przeszkodzie, żeby posty ukazywały się terminowo. Dlatego też, styczeń zaczynamy „mocnym” wpisem. Dziś na warsztat biorę mini – serial wyemitowany przez BBC One, który jest adaptacją powieści Agathy Christie „I nie było już nikogo” czy też „Dziesięciu małych żołnierzyków”. Christie, w mojej ocenie, jest mistrzynią kryminału, dlatego też tym bardziej ucieszyła mnie kolejna adaptacja tej akurat książki.

Zanim przystąpiłam do właściwej lektury serialu, zrobiłam mały eksperyment. Zaczęłam oglądać „And then there were none” bez dokładnego przypomnienia sobie fabuły książki. Okazało się to o tyle problematyczne, że początkowo trochę się gubiłam. Narracja  ewidentnie prowadzona jest w dużej mierze z myślą o osobach, które znają pierwowzór. Wnioskuję po tym, iż gdy skończyłam czytać „I nie było już nikogo”, serial nagle stał się zaskakująco przejrzysty i klarowny i w niczym nie byłam w stanie się pogubić. Może wynikało to też z faktu iż byłam „świeżo” po lekturze książki. Tego nie wiem na sto procent.

Jak już wspomniałam wcześniej, serial wyprodukowany przez BBC One, nie jest jedyną adaptacją tej powieści Christie. Pierwszy film, powstał w 1945 rokua reżyserował go Rene Clair, jednakże w przeciwieństwie do produkcji BBC One, nie był on wierny książce. Dlaczego? Ano dlatego, że wedle zakończenia tego filmu (i w sumie innych też) mamy tutaj happy end. A w powieści happy endu nie ma i to wiemy wszyscy. Przyglądając się bardziej szczegółowo wszystkim adaptacjom, możemy odnieść niejasne wrażenie, że oryginalne zakończenie nie cieszy się wielkim powodzeniem, albowiem zostało ono zastosowane ( nie licząc współczesnej wersji BBC ) jedynie w sztuce z 2005 oraz w rosyjskiej adaptacji z 1987.

Jeśli chodzi o omawianą produkcję, to w ogólnym rozrachunku, nie wypada ona źle. Nie oznacza to jednak, że nie zostały w niej popełnione błędy czy też, że nie posiada ona niedociągnięć. To nie jest serial idealny ale nie jest też serialem złym. Można śmiało powiedzieć, że równowaga została utrzymana. Może właśnie z tego powodu, adaptację w reżyserii Craiga Viveirosa ogląda się dobrze.

Trzeba przyznać, że „And then there were none” jest całkiem udanym efektem współpracy pomiędzy Sarą Phepls odpowiedzialną za scenariusz, a Viveirosem. To, co rzuca się nam w oczy od samego początku, to doskonała gra muzyką i samą w sobie kompozycją. Ujęcia, które mamy okazję obserwować, budują napięcie jednocześnie oddając samą atmosferę, która towarzyszy wydarzeniom przedstawionym w tej historii. Duże, wręcz przytłaczające przestrzenie, zastosowanie zbieżnej perspektywy – wszystko to ma na celu oddanie nastroju. Co ciekawsze, klimat grozy i napięcia utrzymywany jest konsekwentnie przez trzy odcinki. Jedyna różnica polega na tym, że wraz z każdym kolejnym epizodem, atmosfera staje się coraz bardziej mroczna, a nasi bohaterowie coraz bardziej zaczynają dać się omamiać strachowi.

christie 11.png
Ogromna przestrzeń w kontraście z malutką postacią. To robi wrażenie.

Skoro o bohaterach mowa, przedstawmy ich pokrótce.  Mamy w zasadzie dziesięcioro bohaterów i to w okół nich kręci się cała fabuła. Wśród naszej grupki osób zesłanych na owianą legendą i tajemnicą, Wyspę Murzynków, znajduje się m.in emerytowany sędzia, guwernantka, lekarz, były oficer policji czy leciwa, bardzo wierząca w Boga, starsza pani. W skład naszej grupy wchodzi też oczywiście para służących. Każdy z bohaterów został niejako zwabiony na wyspę podstępem. Przybywając do rezydencji, nie mają oni o sobie zielonego pojęcia. Nasi bohaterowie, mimo że tak różni i w zasadzie kompletnie dla siebie obcy, mają jednak wspólny mianownik – to listy, które każdy z nich otrzymał od niejakiego U.N. Owena, których to listach zostali oni zaproszeni właśnie na Wyspę. Jak wydarzenia toczą się dalej, wszyscy którzy czytali książkę wiedzą. A Ci, co nie czytali, niech szybciutko nadrabiają zaległości, bo to klasyka kryminału, którą znać koniecznie trzeba!

slajd poprawiony
Nasi bohaterowie. Poza Sędzią.
christie 5.png
A oto i on. Sędzia Wargrave.

Wracając jednak do omawianej produkcji, muszę się Wam do czegoś przyznać. Tak naprawdę, to gdyby nie jeden malutki szczegół, pewnie w ogóle bym „And then there were none” nie ruszyła. Ten szczegół, nazywa się Aidan Turner. Przyznaj, dałam się ponieść kobiecej słabości. Ale za to jaka jest to słabość! Aidan nie tylko dobrze w serialu wygląda, ale też świetnie gra!

slajd 6.png
Przyznacie, że są to ujęcia, dla których warto serial obejrzeć.

Zasadniczo jeśli chodzi o dobór aktorów grających w produkcji, to trzeba przyznać, że nie tylko Aidan był strzałem w dziesiątkę. Świetnie spisała się tu też grająca Verę Claythorne Maeve Dermody czy występujący w roli Sędziego Charles Dance.  Przy okazji wspominania postaci Sędziego Wargrave’a, chciałabym się przy nim na moment zatrzymać.

slajd 4.png
Studium Very Claythorne. Od flashbacków sprzed popełnienia zarzucanej jej zbrodni, aż do samego finału serialu.

Zastanawiam się, w jaki sposób ująć to, co chcę powiedzieć, żeby nie zdradzić zbyt wiele fabuły serialu, ale z drugiej strony przecież wszyscy wiemy jak owy serial się kończy. To, co  nieco mnie raziło w produkcji, to właśnie sposób odgrywania roli Sędziego. Może nie nazwałabym tego spoilerem, ale na pewno w taki czy inny sposób, Sędzia zwracał uwage widza. Może być to rozumiane dwojako – z jednej strony w myśl zasady,  że przeciez to Sędzia i w związku z tym, w obliczu zagrożenia ze strony mordercy musi zachować spokój. Z drugiej zaś, można doszukiwać się w kreacji Dance’a swego rodzaju naprowadzenia na pewne tropy. Cały czas głowię się nad tym, czy to kwestia tego, iż znam książkę, czy po prostu ten element zwyczajnie w serialu nie zadziałał.

christie 33.png
Sędzia Wargrave, odsłona druga. Nie wierzę, że nie robi na  Was wrażenia TO spojrzenie.

Jednakże to, co moim zdaniem zasługuje na uznanie to z pewnością cała kompozycja serialu. Wspominałam już o tym na początku, aczkolwiek teraz chciałabym nieco przybliżyć tę kwestię.

Swego czasu, zdarzyło mi się obejrzeć film pt. „12 gniewnych ludzi”. To dość stara produkcja, bo z 1957 roku. Kompozycja serialu była bardzo zbliżona do tej wykorzystanej w filmie. Różnica polegała jedynie na tym, że „12 gniewnych ludzi” w całości działo się w sali obrad ławy przysięgłych. „And there were none” obszar akcji został nieco poszerzony, chociaż i tak głównym centrum wydarzeń była willa na wyspie. Poza tym w obu produkcjach napięcie budowane jest nie tylko przez muzykę, ale poprzez relacje poszczególnych bohaterów, ich dialogi a także sposób gry. Nadmierne pocenie się, nerwowe tiki – te i wiele innych elementów doskonale widać w obu produkcjach. Wszystkie wymienione zabiegi świadczą przede wszystkim o tym, jak dobry sposób kompozycji został tutaj zastosowany.

slajd 7.png
Kompozycja kadrów w serialu. Statyka i symetria aż biją po oczach. A wszystko po to, by budować napięcie.

„And then there were none” jest nie tylko świetnym kryminałem. To także doskonała lektura, jesli chodzi o studium psychologiczne ludzkich zachowań. Sytuacja, w której postawieni zostają nasi bohaterowie jest niecodzienna. Co więcej – w którymś momencie do głosu dochodzi strach o własne życie. To on jest w dużej mierze motorem napędzającym takie czy inne działania naszych bohaterów.

Nie bez znaczenia są też porównania zawarte w proroczym wierszyku, jak chociażby to, mówiące o Zoo. Nasi bohaterowie de facto zachowują się jak zwierzęta – pod wpływem wydarzeń, stają się wobec siebie nieufni, a co za tym idzie – budzi się w nich agresja wobec siebie.

Chciałabym też poświęcić kilka słów szerszemu zanalizowaniu kompozycji – zarówno książki jak i serialu. Jak wiemy, wszystko dzieje się w zasadzie w jednym miejscu – na wyspie. Jednym z bohaterów jest Sędzia, a każdy z przybyłych na Wyspę ma na sumieniu jakąs zbrodnię. Brzmi znajomo? Tak, dobrze myślicie – nie bez kozery nasuwa się tu jednoznaczne skojarzenie z Sądem Ostatecznym. Jednakże to nie jedyny motyw występujący w utworze Agathy Christie – bo w tym wypadku rozpatrujemy dzieło całościowo. Jak dobrze wiemy, wszystkie wydarzenia, które dzieją się na Wyspie, są nie jako spełnieniem słów zawartych w dziecięcej rymowance. Owa rymowanka, w pewnym momencie staje się prorocza – bohaterowie w którymś momencie zaczynają zdawać sobie sprawę z tego, ze nie uciekną w żaden sposób przed przeznaczeniem. Nie wiem jak wy, ale ja tu widze jasne i klarowne odniesienie do przepowiedni Wiedźm z Makbeta, a ta jak wiadomo, swoje początki miała w…Antyku. Nie mówię o samych w sobie wiedźmach, ale o motywie przepowiedni, o nieuchronności losu  – te motywy wywodzą się właśnie z Antyku.

slajd 3.png
Ukazywanie jednego miejsca w różnych okolicznościach przyrody, to także zabieg mający na celu budowanie napięcia. Na powyższym kadrze – rezydencja państwa Owenów, studium 3 odcinkowe.

Analizując powyższe konotacje, sami widzicie, że powieść Christie można rozpatrywać wielopłaszczyznowo. To tylko potwierdza genialnośc dzieła. Serial sam w sobie może nie jest idealny, niemniej jednak jest produkcją niezłą i zdecydowanie wartą zobaczenia. Jeśli minimalnie przymkniemy oko na pewne niedociągnięcia, to uzyskamy całkiem przyjemną dla oka ucztę. A jeśli jakimś cudem uchowaliście się i nie czytaliście „I nie było już nikogo” – to radze koniecznie nadrobić. To jedna z tych książek, które zwyczajnie wypada znać.

Ps. Informacje dotyczące wszystkich adaptacji powieści, uzyskane dzięki Catus Geekus . Dziękuję 🙂

Ps2. Napisy do serialu oczywiście dzięki Project Haven. Jak zwykle niezawodni! 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close

Tu mnie znajdziesz! Lajkuj, obserwuj - będziesz na bieżąco!