Virgin River czy po prostu współczesna wersja Dr Quinn?

Od jakiegoś czasu dostawałam mnóstwo pytań dotyczących tego, czy oglądałam już Virgin River. Początkowo zupełnie nie wiedziałam, o czym do mnie ludzie piszą. Miałam względne pojęcie o tym, że owszem, jest taka produkcja Netflixa ale nie interesowałam się nią specjalnie. Co więcej, kiedy w rozmowie z moim przyjacielem rzuciłam, że chyba faktycznie będę musiała to obejrzeć, usłyszałam: To romansidło będziesz oglądać? No tak, przyznaję, wielką fanką romansów wszelakich nie jestem. Mimo wszystko jednak postanowiłam zaryzykować. Momentem kluczowym było polecenie mi tego serialu przez takie dwie, bardzo pozytywne wariatki, z którymi dzień w dzień dzielę trudy pracy. Stwierdziłam, że skoro Kasia i Misia to oglądają, to nie może być AŻ TAK ŹLE.

Z czystej ciekawości włączyłam pierwszy odcinek. Dobrze się złożyło, bo właśnie skończyłam oglądać The Crown i w sumie to potrzebowałam czegoś lekkiego i przyjemnego. Netflix i każda inna platforma streamingowa ma tę zaletę, że przecież zawsze można poszukać czegoś innego i nie ma konieczności czy przymusu oglądania akurat tej danej rzeczy, bo nic innego nie ma. Włączyłam i… Przepadłam.

Najlepsze jest to, że w Virgin River nie ma absolutnie niczego wybitnego. Aktorstwo jest na poziomie średniej jakości serialu, dialogi też nie są jakieś specjalnie wybitne, fabuła jest prosta jak nie wiem. Zaczęłam sobie zadawać pytanie, dlaczego ja to właściwie oglądam? Co takiego jest w tej produkcji, że mimo tego, że nie jest niczym specjalnie wybitnym, nadal mam ochotę ten serial oglądać?

Pierwszym argumentem były oczywiście krajobrazy. Co jak co, ale miejscówki, w których kręcone było Virgin River są absolutnym cudem. Piękne góry, lasy, rzeka i ten błękit nieba…Słodki borze, te tereny są piękne nawet wtedy, kiedy w serialu mamy sceny w deszczu. No dobra, ale dla ładnych widoczków oglądać serial? To trochę mało.

No i w tym momencie dochodzimy do miejsca, w którym doznałam olśnienia. Przyznaję, że zaczęłam się mocno wkręcać w ten serial i coraz bardziej byłam ciekawa tego, co będzie dalej. Złapałam się na tym, że losy pielęgniarki Mel i Jacka, relacje mieszkańców tej małej społeczności oraz nowe wątki, które sukcesywnie były do serialu wprowadzane, zwyczajnie zaczynały mnie interesować.

Pomyślałam sobie, że skądś znam ten mechanizm. No tak, w taki sposób działa niemalże każda, względnie przyzwoicie zrobiona, telenowela. Tylko, że ja nie jestem fanką telenowel. Ba! Jak tylko widzę, że coś ma więcej niż 10/12 odcinków i więcej niż 5-6 sezonów, odpuszczam. A w przypadku Virgin River nie odpuściłam. Nie odpuściłam, bo w pewnym momencie, ten serial skojarzył mi się z innym, swego czasu bardzo, bardzo popularnym serialem, a mianowicie – Dr Quinn.

Losy kultowej już dr Mike śledziły miliony osób przed telewizorami. Przyznaję, że ja też byłam ciekawa kolejnych przypadków, które wyleczyła Dr Quinn, byłam bardzo ciekawa, jak rozwinie się relacja jej i Sally’ego. Wzruszałam się, tak samo, jak pozostali fani serialu. Do dziś pamiętam kultową czołówkę, a rola Jane Seymour chyba na stałe zapisała się w historii szeroko pojmowanej popkultury.

Jakie zatem widzę analogie, jeśli chodzi o Virgin River i Dr Quinn? Przede wszystkim, głównym wątkiem jest przybycie obcej do zamkniętej i bardzo hermetycznej społeczności. Mel Monroe ma jakąś przeszłość od której ucieka, a jej sposobem na poradzenie sobie z problemami i traumą, ma być oddanie się pracy jako położna w lokalnej przychodni. Owszem, tytułowa Dr Quinn otwierała swoją własną praktykę, Mel trochę przychodzi na gotowe. Nie oznacza to jednak, że i jedna i druga bohaterka nie spotykają się ze swoistym ostracyzmem ze strony lokalnej społeczności. W przypadku Virgin River, jest to doskonale widoczne w relacji Doca i Mel. Doc wyraźnie nie chce pogodzić się z tym, że Mel – na wniosek pani burmistrz – ma zostać zatrudniona w przychodni. Ta niechęć w stosunku do obu bohaterek przejawia się w zupełnie inny sposób, niemniej jednak, można przyjąć, że jest ona wspólnym elementem dla obu produkcji.

Kolejnym wspólnym elementem jest oczywiście amant. W Dr Quinn mieliśmy Sally’ego i niech pierwsza rzuci kamieniem ta, która ani razu nie wydała z siebie westchnienia na widok tego bohatera. W Virgin River jest oczywiście Jack – niemniej przystojny, choć moja sympatia do niego jest zdecydowanie mniejsza, niż ta, którą żywiłam do przystojnego Indianina. To jednak nie koniec analogii, jak pewnie się domyślacie.

Wspomniałam już o głównych bohaterkach, wspominałam o amantach. I jak się okazuje, te piękne widoczki, co to się nimi zachwycałam (i nadal zachwycam, wszak sezon 2 Virgin River się sam nie obejrzy), są tak samo piękne, jak te, które pokazywane były w Colorado Springs, czyli miasteczku będącemu miejscem akcji Dr Quinn. Tylko, że znowu – niby podobne a jednak nie. Dr Quinn to western obyczajowy – nie wiem, czy jest taka kategoria, ale za bardzo się tam nie strzelali, pojedynki owszem były, ale bynajmniej nie takie jak klasycznym westernie. No, to dodałam sobie ten obyczajowy, dla lepszego obrazu sytuacji. I teoretycznie, Virgin River ma znamiona westernu mimo, że nie dzieje się na Dzikim Zachodzie. Nie zmienia to jednak faktu że między kategorią “romantic drama” do której – wedle miłościwie nam panującej cioci Wiki – przynależy Virgin River a wymyślonym przeze mnie westernem obyczajowym, granica jest niewielka. W obu tych serialach mamy małe sklepiki, role, które są bardzo jasne przypisane poszczególnym członkom społeczności, a “Bar u Jacka”, który jest miejscem spotkań mieszkańców Virgin River, do złudzenia przypomina saloony na Dzikim Zachodzie.

Kolejną kwestią, która łączy Virgin River oraz Dr Quinn jest angażująca emocje fabuła. W tym miejscu chcę zaznaczyć jedno. Kiedy piszę “angażująca emocje” to nie mam na myśli “ambitna”, “ciekawa”, “wysokich lotów”. Oba seriale – czasem w bardzo prymitywny sposób – grają na naszych emocjach. Czy uważam, że to coś złego? W zasadzie nie, pod warunkiem, że zawieszamy niewiarę, kiedy oglądamy Virgin River. Jeśli to zrobimy, bardzo szybko złapiemy się na tym, że tak w gruncie rzeczy, to zaczynamy się przysłowiowo wkręcać w tę fabułę. Ba! Nawet nie raz i nie dwa razy, zdarzy nam się rzucić coś w stylu: “no co za wredna baba” albo “co za dzban z tego typa!”.

Obie produkcje dzieją się w małych, bardzo hermetycznych społecznościach. Nie wiem, czy miejscowość o nazwie Virgin River istnieje, ale nawet jeśli nie, to podobnie jak Colorado Springs, jest bardzo małą mieściną. Wszyscy się tam znają, wszyscy wiedzą wszystko o wszystkich, a plotka rozchodzi się tam z prędkością większą, niż prędkość światła. Podobnie rzecz się ma z informacjami. Nic się nie ma prawa ukryć, choćby nasi bohaterowie bardzo się starali. Oczywiście taki stan rzeczy jest przyczynkiem do budowania dramy, ale właśnie o to chodzi w tego rodzaju produkcjach. To też doskonała okazja do lepszego poznania bohaterów i wyrobienia sobie o nich zdania. Na przykładzie tak hermetycznych i małych społeczności, znacznie lepiej jest też wyeksponowany “intruz” – czyli analogicznie: tytułowa Dr Quinn i Mel Monroe. Jednakże kwestia wejścia “obcego” do małej społeczności i to, jak zostało to ograne w różnych tekstach kultury, to jest temat na zupełnie inny wpis.

Ja wiem, że wszystko co do tej pory napisałam, może brzmieć jak krytyka omawianych seriali. Nic bardziej mylnego. Przyznaję otwarcie, że bardzo lubię obie produkcje – do Dr Quinn mam ogromny sentyment, a Virgin River oglądam z wielką przyjemnością. Dlaczego? Dlatego, że kiedy cały dzień piszę, jestem skupiona, załatwiam rzeczy i zasadniczo muszę się mocno skupiać nad poszczególnymi zadaniami, wieczorem – tak po ludzku – nie mam już na to ochoty. Chcę wyłączyć myślenie, odpocząć i popatrzeć na ładne kadry. Ewentualnie powzdychać nad losem Mel czy też niezobowiązująco wkurzać się na to, jakie decyzje podejmują bohaterowie tej produkcji.

Seriale, które w sumie można sklasyfikować jako swoiste guilty pleasure, są bardzo potrzebne. Nie do końca jestem przekonana, czy Virgin River jest moim guilty pleasure. Jest za to na pewno produkcją, która działa na mnie uspokajająco i pozwala mi się odstresować. Mogę też oglądać ją jednocześnie robiąc coś innego – co też jest dobre.

Każdy z nas potrzebuje resetu. Każdy z nas potrzebuje odpoczynku. Nie jestem żadnym coachem, żeby uczyć Was jak żyć. Czasem po prostu warto jest nieco spuścić z tonu i obejrzeć coś, co może nie jest ambitne czy wysokich lotów ale też nie jest głupie. Czasem po prostu warto jest dać głowie odpocząć.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close

Tu mnie znajdziesz! Lajkuj, obserwuj - będziesz na bieżąco!