„Z uściskiem dłoni, Twój Vincent” – recenzja przedpremierowa

Tak, chciałabym uściskać dłoń. Vincent van Gogh to artysta którego zna chyba każdy, nawet małe dziecko. Ale nie jemu chciałabym uściskać dłoń. Uścisk dłoni należy się przede wszystkim twórcom tego filmu – przede wszystkim, za ogrom pracy, jaki włożyli w to, aby Twój Vincent powstał. Bo znalezienie ponad 100 artystów, którzy ręcznie będą malowali film (dosłownie) nie jest łatwe. Podobnie jak zmontowanie całości, znalezienie takich technik, które będą pozwalały na nakładanie na siebie farb w taki sposób, który będzie najbardziej bliski rzeczywistości, czy opóźnienie procesu schnięcia farby. To wszystko wymaga wiedzy i umiejętności. Tego nie zrobi amator.

Twój Vincent był filmem otwierającym 42 Festiwal Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Dzięki szczęściu i odrobinie kreatywności, udało mi się spełnić jedno z moich marzeń i przyjechać na ten właśnie festiwal. Nie tylko dlatego, że to w zasadzie kawał historii polskiego kina. Przede wszystkim dlatego, że polskie kino zaczyna być coraz mniej hermetyczne, a co za tym idzie – zaczyna się coraz bardziej liczyć na arenie międzynarodowej. Fajnie jest zatem mieć okazję obejrzeć np. miesiąc wcześniej film, który niekoniecznie będzie grany w sieciówkach. Albo też – nie będzie grany wcale. Kina studyjne są bardzo spoko, ale mają tę wadę, że seansów jest naprawdę niewiele i nie zawsze jest czas na to, aby pójść na takowy. Dlatego też, postanowiłam przysłowiowo wycisnąć z tego festiwalu najwięcej jak się da. Oczywiście bez przesady, bo czas na plażę też musi być, ale jednak zależy mi na obejrzeniu sporej ilości produkcji. Twój Vincent, był jednym z tych filmów, na które bardzo czekałam. I nie zawiodłam się ani trochę.

O czym jest Twój Vincent? Wbrew pozorom, mamy tutaj całkiem prostą historię. Nasz protagonista, Armand Roulin, jest synem naczelnika poczty. Jego ojciec dostał list, który napisał Vincent van Gogh i jest to ostatni list napisany przez artystę przed śmiercią. Adresatem jest brat zmarłego, Theo van Gogh. Fabuła opiera się na tym, że Armand ma dostarczyć list do adresata i niekoniecznie chce to robić. W końcu jednak ulega namową ojca i wyrusza w podróż najpierw do Paryża, a potem – do Auvers. Motywem przewodnim całego filmu, jest zatem podróż naszego protagonisty, a więc mamy tu pewien element kina drogi (choć nie jest to sensu stricto kino drogi).

Oglądając Twojego Vincenta, miałam nieodparte wrażenie, że…Gram w grę przygodową. Fabuła i narracja, są bowiem prowadzone w taki sposób, że widz może odnieść takie wrażenie. Na swojej drodze, Armand spotyka różne postaci, które opowiadają mu o zmarłym Vincencie. Dowiaduje się różnych szczegółów z jego życia i z tych informacji próbuje rozwikłać zagadkę dotyczącą tego, jak właściwie zginął artysta. Sek w tym, że bardzo wiele informacji się w żaden sposób ze sobą nie pokrywa, choć w każdej z nich, są istotne dla całości historii elementy. Jeśli dodamy do tego to, jaki rytm ma film oraz to, że faktycznie jest to takie przysłowiowe chodzenie od Annasza do Kajfasza, wprawny widz odnajdzie tu elementy gry przygodowej. Albo to po prostu ja jestem już tak spaczona. Dodatkowym argumentem, który jednak w pewien sposób przemawia za zasadnością mojego porównania jest to, że w którymś momencie, nasz bohater zmierza do konkretnej postaci – Doktora Gacheta i nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że to taki trochę boss. Okej, nie trzeba go było pokonywać, ale to jego opowieść sprawia, że Armadowi udaje się dowiedzieć co się właściwie stało.

Mimo tego, że fabuła jest niekoniecznie skomplikowana, w żaden sposób nie umniejsza to jej jakości oraz temu, jak dobrze się całość ogląda. To nie jest li i jedynie kwestia samej konstrukcji filmu, ale też tego, jak bardzo nasycony jest on emocjami. W życiu nie przypuszczałam, że w nota bene animacji i to jeszcze malowanej ręcznie farbami, twórcy będą w stanie przekazać tyle emocji, które towarzyszą bohaterom. Mimika postaci jest wprost fenomenalna – pod każdym względem.

Emocjonalny charakter produkcji, podkreśla też muzyka. I tu – kolejne „wow”. Nie zwracałam za bardzo uwagi na twórców przed projekcją. Lubię obejrzeć film, a dopiero potem patrzeć, komu on tak dobrze wyszedł – lub też nie wyszedł. Muzyka jednak już od pierwszych taktów, brzmiała dla mnie dziwnie znajomo. Jak się okazało – całkiem zasadnie. Kompozytorem bowiem jest nie kto inny, a Clint Mansell znany chociażby z kultowego Requiem dla snu. Te charakterystyczne smyczkowe aranżacje idealnie dopełniały całości obrazu, a dodatkowo, bardzo działały na emocje. Twój Vincent, jest przykładem i to nawet książkowym, filmu, w którym muzyka jest drugim narratorem. I nie, nie przesadzam.

Bałam się okrutnie tego seansu, bo był z polskim dubbingiem. I w porządku, dubbingowali go dobrzy aktorzy jak chociażby Maciej Stuhr czy Danuta Stenka. Nadal jednak, gdzieś z tyłu głowy miałam takie poczucie, że coś może pójść nie tak. Na szczęście było ono absolutnie niepotrzebne. Polski dubbing wyszedł bowiem bardzo dobrze – aktorzy dobrani idealnie, żaden głos nie wydawał mi się sztuczny czy nijaki. Nie sposób było zatem pomylić tego, kto, co w danym momencie mówi. Przez zrządzenie losu, mój nieogar i zawirowania systemowe, obejrzałam ten film dwa razy w ciągu jednego dnia, ale myślę sobie że dobrze się stało. Za drugim razem zrobiłam eksperyment i od czasu do czasu zamykałam oczy, żeby usłyszeć sam dubbing i ogarnąć, czy rzeczywiście głosy nie brzmią do siebie zbyt podobnie. Nie brzmią. Na szczęście udało się tu uniknąć efektu, który ja potocznie nazywam „efektem księżniczki Disneya” czyli tego, głosy kobiece brzmią niemalże identycznie.

To, co też mocno uderza, to że stylistyka postaci występujących w filmie, jest w stu procentach oparta na dziełach van Gogha. To postaci, które zostały sportretowane przez artystę. I tutaj tez mega szacun za casting. Aktorzy, pod względem wizualnym są kapitalnie dopasowani. Aidan Turner jest wioślarzem, jakby to kogoś interesowało. I tak, ma rozpiętą koszulę.

Twój Vincent to film, który jest dopracowany pod każdym, nawet najmniejszym szczegółem. Nawet takim, jakim są napisy końcowe. Pięknie pokazane, podane przypisy i obrazy, na których wzorowali się twórcy. Niby mało znaczący element, ale pokazuje, jak dobrze dopracowana jest to produkcja i, że zadbano o dosłownie każdy jej szczegół.

Zapewne część z Was zastanawia się, czy to jest faworyt do wygranej. Jest, owszem. Ale niekoniecznie jako nagrody, przyznanej przez jury. Mimo, że Twój Vincent jest filmem wymagającym bardzo dobrej znajomości technik malarskich, że stworzenie go wymagało mnóstwa pracy i wreszcie: że jest to obraz tak piękny pod względem estetyki, to jednak w moim odczuciu, nie wygra festiwalu. Nie nagrody przyznanej przez Jury. Mam swojego kandydata, ale póki nie obejrzę wszystkiego, co zaplanowałam, siedzę cicho. Mogę się jednak pokusić o stwierdzenie, że Nagroda publiczności powędruje właśnie do Twojego Vincenta. Sale na seanse tego filmu, są wypełnione po brzegi. To produkcja o której już jest dość głośno, a będzie jeszcze bardziej. I okej, w porządku, rozumiem. Należy się Vincetowi. Jak cholera się należy. Tylko…Jakby to powiedziała kobieta do mężczyzny, z którym chce zerwać: „Jest ktoś inny”. Owszem, jest. Równie dobry jak Vincent. Równie dobrze nakręcony i zrealizowany.

Twój Vincent wchodzi do kin 6 października. Bardzo liczę na to, że będzie miał dużo seansów i, że zobaczy go bardzo dużo ludzi. Wierzę, choć może bardzo naiwnie, że szkoły zdecydują się wysłać swoich uczniów na ten film, bo naprawdę dobrze jest pokazać taką sztukę, szczególnie młodym widzom. Zwłaszcza, że są przesłanki do tego, że im się spodoba. To nie tylko dobra lekcja historii sztuki. To przede wszystkim emocje, których młodego widza koniecznie trzeba nauczyć. A Twój Vincent będzie tutaj doskonałym przykładem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close

Tu mnie znajdziesz! Lajkuj, obserwuj - będziesz na bieżąco!