Największe kłamstwa w kinie

Postanowiłam odkryć przed wami tożsamość największego kłamcy w kinie. Jest taki, a jakże! Skrycie czeka, kiedy może nam sprzedać nieprawdziwą informację. Przekazać ją w taki sposób, że uwierzymy mu bez dwóch zdań. Zaufamy, prawie tak samo, jak najlepszemu przyjacielowi. A potem bach – nóż w małe, czarne serduszko i po zawodach. Nawet nie w plecy – prosto w serce. Największy kłamca w kinie, cały czas tam jest. Czeka, aż przyjdziemy. Czeka na widzów, jak nie przymierzając trawa na deszcz. Jak pies na miskę z jedzeniem. A kiedy już się pojawimy, bach – atakuje! I mało tego! Jeszcze na nas zarobi! To jest biznes: okłamać i jeszcze zarobić. A potem my, biedni ludzie, którzy chcemy pójść do kina, z nadzieją w sercu, wychodzimy z niego zapłakani. Zazwyczaj. Ale też nie zawsze. Największy kłamca w kinie robi bowiem jeszcze jedną rzecz: skutecznie wciska nam kit, zniechęca i w efekcie – nie daje szansy na dobrą rozrywkę. I na tym paradoksalnie też zarabia. Co prawda mniej, ale nadal zarabia. Chcecie wiedzieć, kim jest największy kłamca w kinie? Oto on: TRAILER.

Nie ufaj trailerom

Kiedy zaczynałam swoją przygodę z magiczną kartą CCU, oglądałam trailery jak dzika. Wszystkie, bez żadnego ale. Niezależnie od tego, czy trailer wzbudził mój zachwyt, czy też nie – szłam do kina. Wychodziłam, cóż, co tu dużo pisać – rozczarowana. Pozytywnie lub negatywnie. Dlatego też, po jakimś czasie kompletnie przestałam oglądać trailery. Albo inaczej: oglądam je, ale nie stawiam znaku równości pomiędzy „dobry trailer” a „dobry film”. Trailer ma za zadanie zachęcić widza do obejrzenia danego filmu – przynajmniej w teorii. Co więcej, powinien też przynajmniej w minimalnym stopniu mówić o tym, z jakim filmem mamy do czynienia. No bo teraz tak: jest sobie trailer, widzimy że krew się leje strumieniami. Horror panie. No i co? Ktoś, kto nie lubi horrorów, nie pójdzie do kina, bo po co. A potem okazuje się, ze to w sumie nie do końca był horror, w sumie nie do końca ta krew tam była. Ba! Okazuje się, że połowy rzeczy z trailera nie było w filmie. W efekcie, ja osobiście czuję się okłamana. Niezależnie od tego, czy film okazał się dobry, czy nie. To jest oszustwo, jakich mało. Dobrym przykładem takiego robienia widza w przysłowiowego balona, był trailer do „Suicide squad”:

Przemyślany, fajny, energetyczny. Z pomysłem. W dodatku zrobiony pod muzykę i to nie byle jaką. No super trailer, serio. A film? No cóż. Nie ukrywam, że bawiłam się na nim nieźle, aczkolwiek w życiu nie powiem, że Suicide Squad był sensu stricto dobrym filmem. Nie był. Chyba, że rozpatrujemy go w kategorii guilty pleasure.

To nie jest komedia!

Inna sprawa, kiedy planujemy wybrać się na komedię. Mamy randkę, są Walentynki czy inny Dzień Kobiet. Wypada iść do kina. A przynajmniej to jest jedna z opcji, jakie mamy do wyboru na dany dzień. I wtedy pojawia się on: trailer. „Idealna komedia na Walentynki”, „Miłość czeka za rogiem!”, „Czy odnajdą swoje szczęście”? No i jeśli ktoś szuka takiego filmu, zaufa trailerowi i pójdzie, to istnieje spora szansa na to, że zwyczajnie się na tym przejedzie. Tak było chociażby w przypadku „Planu B”. Tyle, że tutaj to jeszcze nie dość, że trailer zły, to jeszcze marketing do luftu. Ale po kolei. Sam trailer sugerował bardzo mocno, że film będzie ckliwą komedią z happy endem. I w dodatku pojawił się w kinach tuż przed Walentynkami – 2 lutego. Oczywiście polska szkoła plakatu filmowego, czyli biały (no dobra, szary) plakat i absolutnie denne hasło reklamowe: „ Prawdziwa miłość przychodzi, gdy się jej nie spodziewasz”. Zobaczyłam plakat, zobaczyłam trailer i powiem Wam, że gdyby nie Dorociński i pies oraz Kinga Preis, to pewnie olałabym ten film i po prostu nie poszła do kina. Poszłam i co się okazało? Film nie jest w żadnym wypadku komedią, a co najwyżej komedio-dramatem, z naciskiem na dramat. Owszem, parę razy się zaśmiałam, ale zaznaczę, że tylko na scenach z psem i Dorocińskim i to też nie wszystkich. Myślę sobie, że „Plan B” to doskonały przykład tego, jak NIE POWINNO się promować filmu. I co najgorsze – to nie jest jedyny przykład.

Córki Dancingu i ofiary złego marketingu

Innym przykładem filmu, który miał nie tylko zły trailer, ale i marketing zupełnie nie adekwatny do tego, o czym film jest, są Córki Dancingu. Przyznaję, nie poszłam na film do kina od razu. Zobaczyłam Córki Dancingu dopiero kiedy były w Niebieskim Kocyku – czyli mimo wszystko sporo po premierze. Dlaczego? Otóż, kiedy ktoś mi mówi, ze to musical na miarę Chicago, że miłość, że muzyka i w ogóle, to mnie to średnio przekonuje. Po pierwsze, nie lubię takiego nachalnego porównywania filmów do innych filmów. Wiecie: Film twórców czegoś tam, film na miarę czegoś tam. Wkurza mnie to strasznie, bo sugeruje, że po pierwsze – marketing jest zrobiony na odwal się, a po drugie – takie działanie może skutecznie odstraszyć widza, jeśli np. nie lubi filmu, do którego porównuje się inny. W przypadku Córek Dancingu tak właśnie było i wcale nie chodzi o to, że nie lubię Chicago. Co się okazało? Córki Dancingu były baśnią, w dodatku bardzo psychodeliczną. Umówmy się, to nie jest film dla każdego. W efekcie, ludzie w trakcie seansu wychodzili z kina, bo dostali zupełnie nie to, czego oczekiwali. JA natomiast wyszłam bardzo zadowolona, bo to był bardzo dobry film – inny, odważny i bardzo nowatorski pod wieloma względami. Ale nie każdy musi takie kino lubić. Gdyby marketing został tutaj inaczej poprowadzony i trailer inaczej skonstruowany istniałoby ryzyko, że nikt się do kina na Córki Dancingu nie wybierze. A film musi zarabiać. I co z tego, ze połowa widzów wychodzi z sal kinowych. Co z tego, że są rozgoryczeni i rozczarowani. Film zarabia.

Romantyczna komedia na Walentynki czyli Deadpool

Nie mogę też pominąć tutaj marketingu i trailerów do pierwszej części Deadpoola. Fox zrobił to genialnie. Wiedząc, że widzowie, do których kierowany jest film, doskonale wiedzą, z jakim gatunkiem mają do czynienia, wypuścił trailer (i plakat!) sugerujący, że Deadpool będzie romantyczną komedią na Walentynki. Co ciekawe, akcja rozniosła się bardzo szerokim echem, a jej odbiór był bardzo pozytywny. Fani śmiali się i żartowali, ze w Walentynki idą na najlepszą w tym roku komedię romantyczną, czyli właśnie na Deadpoola. W tym przypadku zarówno trailer jak i marketing, mimo iż zupełnie nie mówiły o tym, o czym film jest, trafiły w punkt. Zarówno trailer, jaki marketing filmu były genialne. Wykorzystanie świadomości widzów, tego, do kogo film jest kierowany i co ważne – jaki to jest film zostało tutaj użyte w absolutnie mistrzowski sposób. Myślę sobie, że to jedna z lepszych kampanii promocyjnych filmu w historii.

Ach, śpij kochanie…

Innym przykładem trailera, który totalnie zwalił mnie z nóg i absolutnie zachęcił do pójścia do kina, był pierwszy (to bardzo ważne) trailer do filmu Ach śpij kochanie. Przełamanie przez Chyrę czwartej ściany, było swoistą nowością, jeśli chodzi o polskie trailery. Co więcej, trailer miał tonę klimatu, zachęcał do pójścia do kina. Zwłaszcza, że ostatnimi czasy polskie kino wspina się na wyżyny – tak, mamy #OdrodzeniePolskiegoKina. Cieszyłam się jak głupia, bo i obsada była miodna i historia zapowiadała się ciekawie. Po sukcesie „Jestem mordercą” liczyłam na podobną, równie dobrą historię. Niestety, drugi trailer był już „na odwal się”, był bardzo średni. Nie zachęcał i jak się okazało, film też był tragiczny. Nie powiem, dość się wynudziłam, a sam tytuł filmu – co tu dużo pisać – był niewiarygodnie adekwatny.

Cicha noc czyli jak robić dobre trailery (i filmy)

Przykładem dobrze zrobionego trailera i dobrze prowadzonego marketingu filmu, jest z całą pewnością „Cicha noc”. Nie dość, że był bardzo dobry pomysł na to, jak „sprzedać” film widzom, to jeszcze sam trailer w 100% oddawał to, o czym jest „Cicha noc”. Co więcej – tak naprawdę niewiele też mówił, poza tym, że dowiedzieliśmy się, iż film będzie dział się w Wigilię. I w sumie tyle. Mnie wystarczyła obsada i reżyser, ale nie ukrywam, że sam trailer oglądałam milion razy. I co się okazało? Nie było rozczarowania. Film rewelacyjny, trailer bardzo dobry. Marketing w punkt. Czyli jednak się da.

Vega nigdy nie kłamie

Na sam koniec reżyser i producent, który zawsze jest uczciwy wobec widzów, czyli Patryk Vega. Tak, to zdanie aż kipi od ironii, ale paradoksalnie, trailery i marketing filmów Vegi są w stu procentach spójne z tym, co dostajemy. Owszem, każdy jeden trailer Vegi robiony jest na jedno kopyto, marketing też. Nie wiem, czy to dobrze, czy źle. Dla odbiorcy – na pewno dobrze, bo wie, z czym musi się liczyć, kiedy wybiera się na film tego reżysera. Poza tym, umówmy się, filmy Vegi to takie w sumie trailery tyle, że trwają jakieś dwie godziny. Więc tak na dobrą sprawę, wszystko idzie dobrze. A to, że filmy są złe i szkodliwe – cóż. Trailery też takie są, więc idziemy do kina na własną odpowiedzialność.

Zdaję sobie sprawę, że większość przykładów, które tu przytoczyłam, to nasze polskie podwórko, ale to nie oznacza, że nie napiszę kiedyś podobnego wpisu, który skupiać się będzie tylko i wyłącznie na zagranicznych produkcjach. Inną kwestią też jest reklamowanie filmu nagrodami, które zdobył. To też nie zawsze jest dla każdego odpowiednim wyznacznikiem tego, że dany film jest dobry, czy też nie. Na festiwalach nie zawsze nagradzane jest to, co spotka się z dobrym odbiorem w mainstreamie. Plusem jest jednak to, że taka np. Zimna wojna, czy Najlepszy, rzeczywiście spotkały się z bardzo pozytywnym odbiorem i w obu przypadkach połowę roboty zrobiły właśnie nagrody, które filmy te zdobyły. W obu przypadkach, trailer także jasno mówił, z jakim filmem mamy do czynienia.

Trailery są jednak tym, co mimo wszystko oglądamy. Śledzimy nowinki w kinach, oczekujemy na konkretne produkcje. Nie należy jednak w żadnym wypadku oceniać tego, czy film będzie dobry czy też nie, po samym trailerze. Niezależnie od wszystkiego, szansa na to, że się rozczarujemy jest bardzo duża.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close

Tu mnie znajdziesz! Lajkuj, obserwuj - będziesz na bieżąco!