To my – tacy właśnie jesteśmy

Nie lubię oglądać horrorów i nie jest to żadną tajemnicą. Zasadniczo, jak tylko mogę, to ich unikam. Od każdej reguły są jednak wyjątki. Tak było w przypadku „Cichego miejsca” i nie inaczej było też w przypadku „Us” Jordana Peele. To drugi film tego reżysera i muszę przyznać, że jest nieco inny, aniżeli „Get out”, którym reżyser zadebiutował. Myślę, że nie będzie przesadą, jeśli stwierdzę, że To my jest bardziej przerażające, ale też nie brakuje mu elementów rozrywkowych. I – co najgorsze – bardzo trudno jest o nim napisać jednocześnie nie zdradzając za dużo.

Historia przedstawiona w To my, skupia się na rodzinie Wilsonów, składającej się z dwójki dzieci (Jasona i Zory) oraz rodziców (Abby i Gabe). Poznajemy ich w momencie, kiedy wybierają się na wakacje do domku położonego nad zatoką gdzieś w Kalifornii. Postacią, na którą został położony największy akcent, jest Abby (w tej roli fenomenalna Lupita Nyong’o). To ona próbuje scalić rodzinę, która – co tu dużo mówić – boryka się z różnymi problemami. Pewnej nocy, na podjeździe domku letniskowego zamieszkiwanego przez Abby, Gabe’a, Zorę i Jasona, pojawiają się cztery postaci. Nie jest trudno się domyślić, że stanowią one odwzorowanie w skali 1:1 rodziny Wilsonów. Właściwie na tym powinnam skończyć opis fabuły, bo napisanie czegokolwiek więcej, może okazać się spoilerem.

Jordan Peele znany jest jako komik i standuper. Ci, którzy być może pamiętają program Kay&Peele, wiedzą o czym mówię. Tymczasem zarówno za sprawą Get Out, jak również Us, Peele przeobraża się na naszych oczach w satyryka, który bardzo dobitnie piętnuje wady nie tylko społeczeństwa amerykańskiego, ale też nasze, ludzkie. Za pomocą najróżniejszych środków, poczynając od alegorii, poprzez dialogi, a kończąc na powtarzaniu pewnych motywów, Peele bardzo wyraźnie wypowiada swoje zdanie. Należy podkreślić, że jest on w tym wszystkim bardzo świadomym twórcą i sięga po takie środki wyrazu, które jednocześnie będą współgrały z gatunkiem ale też będą dość łatwe do zrozumienia dla widza. I wiecie, w takim działaniu może nastąpić sytuacja, w której widz poczuje się urażony, bo nie zostanie doceniona jego inteligencja. U Jordana Peele taka sytuacja nie ma miejsca.

Schemat, w który ubrane zostało To my, jest ściśle powiązany z gatunkiem, jakim jest horror. Zarówno ekspozycja, jak również rozwinięcie akcji, punkt kulminacyjny i finał, są dokładnie tym, co możemy znaleźć w filmach tego rodzaju. Co jednak sprawia, że nie jestem w stanie jednoznacznie zamknąć To my w szufladce z etykietką „horror”? Przede wszystkim sposób, w jaki ten film wywołuje w widzu lęk. Nie boimy się tego, co jest na ekranie. Nie przeraża nas obraz. Przeraża nas treść. Chociaż słowo „przeraża” jest w tym przypadku dość mocno przesadzone. Lepszym sformułowaniem jest „niepokoi”. Od samego początku seansu, aż po jego koniec, widz siedzi jak na szpilkach. Osobiście było mi bardzo niewygodnie, cały czas czułam, że coś jest nie tak. Zaczynałam też coraz bardziej wchodzić w akcję filmu, coraz bardziej „byłam” w tym filmie. Myślę, że osiągnięcie takiego efektu, można przypisać filmowi na plus.

Dość sporym zaskoczeniem była dla mnie ewolucja, jaką reżyser przeszedł od swojego pierwszego filmu, do drugiego. Chodzi mi o to, że o ile Get Out było bardzo mocno skoncentrowane wokół problemu rasy oraz podziałów z tym związanych, o tyle w przypadku Us już tak nie jest. Tak, jak poglądy Peele’a po Get out można uznać za tożsame poglądom chociażby Spike’a Lee, tak po jego drugim filmie, daleka jestem od takiego porównania. Peele idzie bowiem o krok dalej. Oczywiście, nadal mamy do czynienia z piętnowaniem problemu wykluczenia i rasy, natomiast jest to zaledwie jeden, z bardzo wielu problemów, które zostały w To my poruszone.

W filmie Jordana Peele, mimo iż na pierwszy plan wysuwają się problemy dotyczące rodziny Wilsonów, nie jest to jedyna rodzina, która została sportretowana. Mamy bowiem jeszcze rodzinę Tylerów czyli Kitty (Elisabeth Moss), Josha (Tim Heidecker) oraz ich córki, bliźniaczki: Beccę i Lindsey. Tylerowie spotykają się z dokładnie analogiczną sytuacją, co Wilsonowie: także zostają „odwiedzeni” przez rodzinę w czerwonych skafandrach, która jest bliźniacza do nich.

Peele doskonale posługuje się w swoim filmie motywem lustra. To właśnie za jego pomocą niejako pokazuje widzowi wady zarówno społeczeństwa amerykańskiego jak również te uniwersalne, które dotykają każdego z nas. Piętnuje takie przywary ludzkie, jak pycha, próżność, egoizm czy kult technologii. To jednak wszystko rzeczy, które możemy zobaczyć bez głębszego wnikania w sens To my. Film ten jednak skrywa wiele warstw, których odkrywanie sprawi widzowi niemałą frajdę.

In Us, Winston Duke, Shahadi Wright Joseph, Evan Alex and Lupita Nyong’o (L-R) play the members of a family — and their doppelganger

Już od momentu pojawienia się rodziny w czerwonych skafandrach, zastanawiamy się, kim oni są i czego tak naprawdę chcą. Dowiadujemy się jedynie, że są oni Amerykanami, bo tak też odpowiada na pytanie Abby jej lustrzane odbicie: „We are Americans”. To powinno stanowić punkt wyjścia do analizy problemu, który Peele przedstawia w swoim najnowszym filmie. Widząc zachowanie rodziny Wilsonów, jak również Tylerów, nie sposób nie odnieść wrażenia, że – mimo różnicy w kolorze skóry – są to takie same rodziny. Kitty wyraźnie ma problem z alkoholem, jak również z akceptacją tego, że si,ę starzeje. Tim, jest zapatrzonym w siebie egoistą, którego nie interesuje nic i nikt, poza nim samym. Gabe, ma ewidentnie ma zaniżone poczucie własnej wartości i chce każdemu z osobna udowodnić, że jest „fajny”. Zora jest niemalże przyklejona do telefonu. Bliźniaczki Becca i Lindsay, są rozpieszczone i bardzo roszczeniowe. Wydawać by się mogło, że chyba tylko problem Jasona jest „najmniejszy”. Dziecko jest po prostu wycofane i najpewniej cierpi na pewien rodzaj spektrum autyzmu. Jedynie Abby wydaje się nie być dotknięta tak naprawdę żadną „wadą”. Nie oznacza to jednak, że jest całkowicie „normalna”. Jej wątek budowany jest bowiem na próbie poradzenia sobie z traumą z dzieciństwa, która cały czas do niej wraca. Można też śmiało, że ona jest najbardziej uczłowieczoną i uduchowioną postacią. Dla niej najważniejsza jest rodzina i wartości, które powinny być dla każdego najważniejsze. Aż chce się powiedzieć, że jest ona wierna temu, co jest powiedziane w Biblii. Choć nie do końca chodzi tu o wiarę samą w sobie.

Nie bez przyczyny wspomniałam Biblię. Nie chcę za dużo zdradzać, napiszę zatem jedynie, że Biblia odgrywa kluczową rolę, jeśli chodzi o zrozumienie To my. Szczególnie istotna okaże się tutaj Księga Jeremiasza. Odniesień do jej treści jak również do symboli Biblijnych znajdziemy w najnowszym filmie Peele’a całe mnóstwo. I znowu – u każdego innego reżysera mogłoby to zadziałać na niekorzyść. Warto wspomnieć tutaj chociażby „Mother”, który to film w moim odczuciu był aż nadto dosłowny. Peele daleki jest od przedstawiania alegorii zawartych w Biblii. Są one jedynie środkiem, za pomocą którego przekazuje on widzowi nie tylko swoje zdanie, ale też skłania odbiorcę do refleksji.

O symbolice zawartej w To my, mogłabym spokojnie napisać osobny wpis. Jej nagromadzenie jest bowiem ogromne. Prawdę mówiąc, gdybym się aż tak bardzo nie bała, najpewniej wybrałabym się na To my po raz drugi. I pewnie po raz trzeci. Cóż, jeśli znajdę śmiałka, który podejmie to wyzwanie, z pewnością pójdę do kina raz jeszcze, bo samej na pewno się na to nie odważę.

Nie mogę też przejść obojętnie wobec kolorystyki, która w To my jest przedstawiona. O ile Uciekaj! było dość jasne, a raczej: czarno – białe, o tyle w To my, kolorystyka jest mimo wszystko bardzo ciemna i ponura. Kolor skóry większości aktorów nie ma tu tak ogromnego znaczenia, jak w przypadku Get out. Peele skupia się znacznie bardziej na tym, aby miejsca, w których dzieją się wydarzenia wzbudzały w widzu niepokój, aby wewnętrznie go uwierały i wychodzi to naprawdę dobrze.

No dobrze, sporo zostało napisane na temat problematyki poruszanej w To my, natomiast nie wybaczyłabym sobie, gdybym nie poświęciła chociażby jednego akapitu na pochwałę gry aktorskiej. Jordan Peele doskonale wie, co robi, kiedy wybiera aktorów do swoich ról. W tym przypadku, strzałem w 10 okazało się zaangażowanie Lupity Nyong’o, która w To my robi chyba swój najlepszy popis umiejętności aktorskich. Lupita jest zdecydowanie najjaśniejszym elementem jeśli chodzi o obsadę aktorską. Nie oznacza to jednak, że Elisabeth Moss wypadła źle, czy chociażby przeciętnie. Ona także jest rewelacyjna w swojej roli – nieco przerażająca, przerysowana ale przy tym – bardzo wiarygodna. Ja wiem, że to, czy postać nas przekona czy nie, to w dużej mierze zasługa scenariusza, niemniej jednak, jeśli aktor nie podoła roli, to nawet najlepiej napisana postać wypadnie co najwyżej przeciętnie. Tutaj jednak takiej sytuacji nie ma. Muszę też przyznać, że dzieci w To my także grają wspaniale. Nie wspominam o tym bez przyczyny. Wiadomo bowiem, że praca z dziećmi na planie nie jest łatwa i też nie każdy reżyser jest w stanie wykonać tę pracę w odpowiedni sposób.

Warto zaznaczyć, że Jordan Peele nie tylko wyreżyserował i napisał scenariusz do To my, ale też jest producentem tego filmu. To spora odpowiedzialność, dużo zadań. Peele jednak im podołał i o ile mogłam mieć pewne zastrzeżenia, czy aby na pewno Get out zasługiwało na Oscara, o tyle w przypadku drugiego filmu reżysera absolutnie nie mam takich wątpliwości. I mam szczerą nadzieję, że Akademia jednak nagrodzi To my odpowiednią ilością statuetek.

Mimo tych poważnych tonów, To my można spokojnie uznać za film rozrywkowy. Owszem, jest dość strasznie i niepokojąco, natomiast nie brakuje w tym filmie momentów, które autentycznie potrafią bawić widza. Rozluźnienie atmosfery poprzez przysłowiowe przebijanie balonika to także coś, co Jordanowi Peele wyszło naprawdę dobrze. Nie sądziłam, że po seansie będę w stanie to napisać, ale Us jest doskonałym filmem nie tylko, jeśli szukamy ambitnej rozrywki, czy też filmu, który powie nam ważne rzeczy i będzie trzymał naprawdę wysoki poziom artystyczny. To też doskonały film np. na wspólny wieczór w kinie ze znajomymi. Innymi słowy- zdecydowanie polecam, nawet tym, którzy się boją horrorów.

       Partnerem wpisu jest Cinema City Toruń Czerwona Droga

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close

Tu mnie znajdziesz! Lajkuj, obserwuj - będziesz na bieżąco!