Obrońcy Nowego Yorku czyli słów kilka o The Defenders

Serial The Defenders, zdecydowałam się obejrzeć całkiem spontanicznie. Mój Mężczyzna bardzo go chwalił (mimo iż nadal uważa, że to nie jest sensu stricto dobry serial), więc i ja w którymś momencie postanowiłam się skusić na obejrzenie go. Zaznaczę, że nie czułam jakiejś mega presji czy ciśnienia, związanego z obejrzeniem The Defenders. W dużej mierze dlatego, że nie widziałam, poza Daredevilem ( i to tylko pierwszym sezonem) i kilkoma odcinkami Jessici Jones, żadnego z seriali, które stanowią swoistą bazę pod powstanie The Defenders. I wiecie co? Wcale mi to nie przeszkadzało w odbiorze produkcji.

Po pierwsze, śpieszę z wyjaśnieniem – jeśli nie widzieliście ani jednego serialu o superbohaterze, który to superbohater występuje w The Defenders – nie ma paniki, nic się nie dzieje. Produkcja jest na tyle dobrze pomyślana, że przez pierwsze kilka odcinków, oglądamy takie jakby mikro seriale. Twórcy zdecydowali się na ciekawy zabieg narracyjny, bowiem pokazują nam oni naszych głównych bohaterów „samodzielnie”. Co więcej, świetnie bawią się kolorami, bo kiedy pokazują Daredevila, na serial nałożony jest taki lekko czerwonawy filtr. Przy Jessice jest filtr fioletowy itd. To ciekawy zabieg, co więcej, pokazuje, z czym tak naprawdę będziemy mieć do czynienia. Wszystko ma jednak swoje dobre i złe strony, bo jeśli np. widzieliście wszystkie „seriale składowe” The Defenders, może was ten wstęp troszkę nużyć. Nie na tyle jednak, aby serial porzucić.

Netflix daje nam totalnie klasyczny serial o superbohaterach, który to serial, nie jest w żadnym stopniu odkrywczy czy innowacyjny. To wszystko już znamy, schematy stare jak świat, klisza pogania kliszę. Dodatkowo, mamy te bardzo charakterystyczne ujęcia w ciemnych i dość ciasnych zaułkach, znane chociażby z Daredevila i to też działa. Choć nadal jest tym, co już znamy. Choć nadal jest wtórne. Nie przeszkadzało mi to jednak w oglądaniu serialu, bo to, co jest jego siłą, to postaci.

Wiele można zarzucić The Defenders ( o czym później), ale na pewno nie to, że źle buduje postaci. No, może poza Iron Fistem, którego problem tkwi w tym, że jest po prostu źle napisany. Zamiast w jakikolwiek sposób kibicować tej postaci, ona nas zwyczajnie irytuje. Mamy ochotę go strzelić czymś ciężkim w łeb, żeby tylko przestał powtarzać wciąż i wciąż, że jest Iron Fistem. Nieśmiertelnym. A jak zapomnicie, kto to jest, ten blondynek w loczkach, to spokojnie, on za chwilę wam przypomni. Poza tym, Iron Fist, jest totalnie, ale to totalnie pozbawiony jakiejkolwiek charyzmy. Jest do bólu nijaki, zaś Finn Jones, który wcielił się w jego role, gra tak, jakby był z drewna. Serio, totalnie nie kupuję tej postaci. Być może dlatego, że znam jej origin story i zupełnie nie tak powinna być ona prowadzona. Powinniśmy dostać kogoś, kto nie radzi sobie ze swoimi supermocami, ale nie jest przy tym totalnie głupi i naiwny. Dostaliśmy owszem, postać, która trochę nie umie w bycie superbohaterem, ale przy tym jest bezdennie głupia i naiwna, jak nie przymierzając dziecko w przedszkolu. Choć śmiem przypuszczać, że nawet one mają więcej rozumu w głowie, niż Iron Fist.

Na szczęście, Iron Fist nie jest jedynym bohaterem w serialu. Pozostała trójka, czyli: Jessica Jones, Luke Cage oraz Daredevil, są dokładnie tacy, jacy być powinni. Szczególnie widać to na przykładzie Luke’a Cage’a, kiedy w jednej ze scen, bardzo wyraźnie i dokładnie mówi o swoim podejściu do danej sprawy. Zauważycie ten moment, spokojnie. Zresztą, Luke Cage, jest charyzmatyczny, dowcipny i przy tym nadal pozostaje Lukiem Cagem, jeśli wiecie co mam na myśli. Jest bardzo świadomy tego, co potrafi, jakie ma zdolności. Doskonale wie, jak kształtuje się jego kręgosłup moralny a zasady, które wyznaje, są dla niego świętością. I chyba właśnie to sprawia, że w mniejszym czy większym ( a raczej większym) stopniu mu kibicujemy.

Z kolei z Jessicą Jones mam spory problem. Jako postać, w sensie założenia i idei – kupuję ją bez dwóch zdań. Pyskata alkoholiczka o nadludzkiej sile, która tak bardzo nie chce być superbohaterem, że bardziej się nie da. To klasyczny przykład outsiderki, która ponad wszystko ceni sobie święty spokój. W The Defenders, zostaje jednak w pewien sposób przymuszona do konkretnego działania i wykonuje je doskonale. A przy tym – podobnie jak Luke Cage, jest bardzo dobrze napisana, jej motywacje są dla nas totalnie jasne i przez to, nie jest nam ona obojętna.

Jeśli zaś chodzi o Daredevila, to tutaj nie liczcie na obiektywizm. Ja kocham tę postać, Matt jest cudowny i w ogóle. Troszkę się obawiałam, czy na tle tak mocnych i charakterystycznych postaci wypadnie dobrze. Moje obawy zostały jednak bardzo szybko rozwiane, bo cała trójka ( Iron Fist się nie liczy), ma ze sobą świetną chemię i to działa przez całe osiem odcinków serialu.

Z kolei jeśli mówimy o bohaterach, to nie mogę przejść obojętnie wobec głównego złego, czyli Alxandry. Nie pamiętam, kiedy widziałam postać z tak bardzo zmarnowanym potencjałem. To mógł być tak dobry villain, jak nie przymierzając Kilgrave z Jessici. Może nie lepszy, ale przynajmniej na tym samym poziomie. Dostaliśmy bardzo średnią postać graną przez bardzo dobrą aktorkę, więc chyba gorzej być nie mogło. Oddaję cześć Sigourney Weaver, bo naprawdę robiła co mogła, aby grana przez nią Alexandra była jakaś. Nie wyszło to totalnie, bo zawiódł pomysł na postać, którego tak naprawdę nie było. Albo był, ale nie został dobrze przemyślany. W efekcie, w żaden sposób nie zależy nam na tej postaci. Ani nas ona ziębi ani grzeje. Kiedy rozmawiałam z Moim Mężczyzną na temat pomysłów na tę postać, znaleźliśmy co najmniej 3 lepsze scenariusze dla niej. I to nie dlatego, że jesteśmy tacy zajebiści. Dlatego, że to wcale nie było takie trudne, wymyślić coś ciekawszego.

Sama fabuła The Defenders, jest bardzo klasyczną fabułą filmów superbohaterskich. Mamy przeciwnika, mamy drużynę, mamy jakieś tam relacje – generalnie kręci się. Założenie jest proste, jak budowa cepa. Mamy tajną organizację, która snuje plany stworzenia bytu nieśmiertelnego. The Hand, bo tak się ta organizacja nazywa, musi pozyskać „The substance” czyli coś, co pozwoli im wskrzeszać umarłych. Problem polega jedynie na tym, że nie mogą się dostać do miejsca, w którym ta substancja się znajduje. Do tego celu, potrzebują Iron Fista. A ten tak łatwo nie da się złapać. I cały serial opiera się właśnie na tym: Nasi superbohaterowie chronią nie tylko Nowy York, ale też Iron Fista, zaś The Hand, próbuje im to wszystko udaremnić

Nie ogląda się tego źle, bo dialogi są naprawdę spoko – nie zawsze, ale w dużej mierze jednak jest dobrze. Historia nas wciąga – może nie tak bardzo jakby mogła, ale nadal – jesteśmy w stanie się wkręcić w to, co oglądamy, a to już dużo. No i praca kamery też bardzo dużo robi. The Defenders są bowiem bardzo, ale to bardzo dobrze nakręceni. Praca kamery, doskonale oddaje to, co się aktualnie dzieje. Mamy bardzo dynamiczny montaż przy scenach akcji, co tylko podkręca ich „fajność”. W momencie, kiedy budowane jest napięcie, kamera zwalnia i mamy znacznie więcej długich ujęć. To sprawia, że dostajemy całkiem przyzwoicie nakręconą produkcję. Bo mimo że nie wszystkie postaci są super napisane, mimo że nie wszystko jest tutaj takie, jakie być powinno, to jednak to, co oglądamy, jest dla oka przyjemne.

A, no i zapomniałabym na śmierć. Choreografia walk. To też swego rodzaju perełka. To, jak ruszają się nasi bohaterowie w trakcie walk, to jest miodzio. Wszystko tutaj płynie, ma swój rytm, jest dopasowane do sytuacji i – co najlepsze – nie jest sztuczne. Znaczy okej, kiedy Iron Fist „fistuje” no to mamy trochę takie nadprzyrodzone efekty specjalne, ale też bez przesady. Ale to, jak walczy Jessica czy Luke albo Daredevil, w dużej mierze wygląda bardzo naturalnie. Oczywiście jak na walkę superbohaterską. Serio, te sceny walk to kolejna rzecz, dla której warto ten serial zobaczyć.

Ogólnie, nie jest źle. The Defenders to przyzwoity, choć jak już podkreślałam, w ząden sposób nie wybitny serial. Kolejna produkcja Netflixa, opierająca się na schematach starych jak świat, które w dużej mierze jednak działają. Dobrze się to ogląd, nie nuży, nie jest irytujące aż tak bardzo, jakby mogło być. No i ja tak naprawdę nie bardzo mam z czym porównywać The Defenders. Bo Jessici nie skończyłam, Luka Cage’a nawet nie tknęłam tak samo, jak Iron Fista, a Daredevila znam tylko pierwszy sezon. Być może dlatego oglądało mi się ten serial całkiem przyjemnie. Nie uważam, żeby to był w jakikolwiek sposób zmarnowany czas. Mamy prawie jesień, temperatury i pogoda nie zachęcają do spacerów, to co nam szkodzi zamiśkować się pod kocem „na burrito” i obejrzeć sobie serial? Świat w tym czasie nie zginie, my odpoczniemy i wszyscy będą szczęśliwi. Albo przynajmniej odpoczną.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close

Tu mnie znajdziesz! Lajkuj, obserwuj - będziesz na bieżąco!