Kobiety kobietom zgotowały ten los, czyli o 4 sezonie The Crown

The Crown oglądam od początku, ale nigdy nie bingewatchowałam tego serialu. W dużej mierze dlatego, że zawsze staram się nim niejako delektować. Lubię tę historię, jest przedstawiana w ciekawy sposób i zawsze – bardziej lub mniej – budzi emocje. To nie jest tak, że oglądam The Crown, “bo wszyscy oglądają”. Sęk w tym, że niestety – albo stety – nie potrafię podchodzić do żadnej z oglądanych przeze mnie produkcji – czy to serialu czy książki – w sposób bezkrytyczny. Nie mogę tym samym powiedzieć, że czwarty sezon The Crown mi się podobał bądź nie. Oglądało się go dobrze, wciągał bardzo, ale też nie odczuwałam takiej presji wewnętrznej, która nakazywałaby mi teraz, w tym momencie – niezależnie od pory – włączyć kolejny odcinek. 

Takie spokojne oglądanie serialu – przynajmniej dla mnie – ma wiele zalet. Mogę każdy odcinek przemyśleć, zastanowić się nad nim i skonstruować pewne wnioski. W przypadku ostatniego sezonu The Crown, te wnioski są raczej krytyczne, ale nie odnoszą się do sposobu realizacji produkcji a raczej do tego, co zostało przedstawione i w jaki sposób. Oczywiście cały czas mam na uwadze to, że historia jest poniekąd prawdziwa – wiadomo, że nie jest oddana w skali 1:1 -ale zawiera sporo prawdy – a przynajmniej tak można założyć.

Nie ma się co oszukiwać – ostatni sezon The Crown, to prawdziwy festiwal postaci kobiecych, z małym wyjątkiem, do którego zalicza się Książę Karol. Nie chodzi mi tylko o to, jak dane postaci są zagrane – bo są zagrane fenomenalnie. Bardziej chciałam skupić się na tym, że chyba pierwszy raz od początku trwania tej serii, mamy tak wyraźne pokazanie różnego rodzaju zależności, relacji jak również wzajemnego stosunku bohaterek do siebie. Tutaj wszystko ma znaczenie – każde słowo, gest, czy sytuacja nie pozostają bez komentarza. Twórcy serialu odważyli się na śmiałość jeśli chodzi o przedstawienie przede wszystkim Elżbiety II, ale też i jej matki, Margaret Thatcher, Diany czy księżniczki Małgorzaty. Śmiałość, ale też i sporą krytykę tychże postaci.

Zacznijmy od tego, że uwielbiam Olivię Colman. Tu nie ma żadnego pola do dyskusji – to fantastyczna aktorka, która po raz kolejny pokazała, że doskonale odnajdzie się w – bądź co bądź – niezwykle trudnej roli. Elżbieta II w czwartym sezonie zdecydowanie nie budzi mojej sympatii. Współczucie, zrozumienie – być może, ale na pewno nie sympatię. Miałam wrażenie, że z każdym odcinkiem Elżbieta staje się coraz bardziej oziębła, wyrachowana i pozbawiona jakichkolwiek – nawet tych matczynych – uczuć. Bardzo wyraźnie widać to w relacji z Karolem. Za każdym razem, kiedy mamy scenę, w której Elżbieta rozmawia z najstarszym synem, widzimy oziębłą, wyniosłą matkę i wrażliwego, mocno zagubionego i przede wszystkim nie rozumianego syna. Ta relacja wybrzmiewa zdecydowanie najmocniej w czwartym sezonie The Crown. Wpływ na to ma nie tylko fakt, że mowa jest o małżeństwie Karola, o tym, że będzie on następcą tronu, ale też przede wszystkim ze względu na to, że Karol został tak naprawdę zostawiony sam sobie. “Im mniej mówisz, tym lepiej. Nie wyrażaj swojej opinii. Nie myśl. Rób to, czego oczekują od ciebie inni.” – mniej więcej te słowa wypowiada do Karola matka w jednym z odcinków. Piętno takiego traktowania, będzie bardzo wyraźnie widoczne w kolejnych odcinkach sezonu.

Nie inaczej jest w przypadku Królowej Matki. Miałam nieodparte wrażenie, że to chyba najczarniejszy charakter, który został ukazany w tym sezonie serialu. Nie wiem, jak do końca Wam to przedstawić, ale miałam niejasne wrażenie, że ten ciągły, sztuczny uśmiech na jej twarzy, jest tożsamy z tym, który mogliśmy zauważyć u Dolores Umbridge w serii o Harrym Potterze. Królowa Matka to manipulantka, która nie liczy się z nikim i z niczym, a jedyne na czym jej zależy, to na “ochronie monarchii”, za wszelką cenę. Kluczowym momentem, który demaskuje hipokryzję rodziny królewskiej, jest ten, w którym Małgorzata odkrywa prawdę o wykluczonych i zapomnianych członkach rodziny królewskiej. Nie bez znaczenia jest to, że mowa i w tym przypadku o kobietach, które są ściśle powiązane z rodziną królewską, a które zostały umieszczone w zakładzie specjalnym ze względu na chorobę. Królowa Matka twierdzi, że tak musiało się stać i, że Małgorzata niczego nie rozumie. Tymczasem księżniczka Małgorzata doskonale wszystko rozumie i daje bardzo wyraźny sprzeciw wobec takiego postępowania.

Paradoksalnie, to właśnie grana przez Helenę Bonham Carter księżniczka Małgorzata jest najbardziej pozytywną postacią w całym tym zestawieniu. Buntuje się, bardzo wyraźnie daje do zrozumienia, jakie jest jej zdanie na temat praktyk stosowanych w rodzinie królewskiej i chyba jako jedyna rozumie nie tylko Karola, ale i Dianę i księżniczkę Annę. Postawa Małgorzaty jest najbardziej ludzka – poza tym, że nie chce zrzec się tytułu książęcego, nie chce też zatracić człowieczeństwa. Jest jednak świadoma, że czegokolwiek by nie zrobiła, nie jest w stanie wygrać z utartym przez lata schematem, według którego działa rodzina królewska. Myślę też, że właśnie z tego względu, jest to postać – nie tylko w kontekście historycznym, ale też i w kontekście serialu – która zyskała chyba największą sympatię.

Królowa ludzkich serc – tak mówiło się o księżnej Dianie, zresztą nie bez przyczyny. To kolejna postać kobieca występująca w serialu, która nie może pozostać bez komentarza. Wrzucona w świat rodziny królewskiej – świat pełen sztywnych zasad, pozbawiony emocji i jakiejkolwiek spontaniczności – Diana czuje się jak w klatce. Wie, jaka rola jest jej przypisana, ale niemalże przy każdej, nadarzającej się ku temu okazji, próbuje zburzyć ten schemat. Cierpliwie znosi upokorzenia ze strony Karola, przymyka oko na zdrady “bo małżeństwo księcia nie może się rozpaść”, stara się najlepiej jak umie spełniać przypisaną jej rolę. W tym wszystkim jest jednak bardzo samotna i nieszczęśliwa. To w gruncie rzeczy chyba najbardziej tragiczna postać z całego wachlarza kobiet sportretowanych w czwartym sezonie The Crown. Nie chodzi tu tylko i wyłącznie o jej relację z Karolem, ale też i o to, jak traktowana jest przez Elżbietę II. Znacząca jest tu scena, w której Diana przychodzi porozmawiać z królową i prosi ją o pomoc, a na końcu…Po prostu ją przytula. Ten kontrast pomiędzy oziębłą i zdystansowaną do wszystkiego i wszystkich Elżbietą a na wskroś emocjonalną Dianą, budowany przez cały czas trwania relacji, w tej scenie osiąga punkt kulminacyjny. Diana to swego rodzaju lalka – maskotka, która jest potrzebna rodzinie królewskiej przede wszystkim do ocieplenia wizerunku następcy tronu.  Nikt jednak nie zwraca uwagi na to, że mimo rozdawanych na prawo i lewo uśmiechów, mimo tego, że Diana jest otwarta na swoich “fanów”, jest w tym wszystkim bardzo nieszczęśliwa. Ostatnia scena w finałowym odcinku serialu, w której wykonywana jest rodzinna fotografia, zdaje się być tutaj bardzo mocną kropką postawioną nad przysłowiowym “i”.

Wisienką na torcie, jeśli chodzi o postaci kobiece przedstawione w The Crown, jest postać Margaret Thatcher. Zastanawiałam się, czy określenie Żelazna Dama ma związek tylko i wyłącznie z tym, w jaki sposób rządziła pierwsza kobieta premier Wielkiej Brytanii, czy też kryje się za tym określeniem coś więcej. Jak się okazuje, ma ono drugie dno. Oczywiście, rządy Thatcher zostały pokazane jako rządy silnej ręki, bezkompromisowe i nierzadko kontrowersyjne. Finalnie jednak przekładały się one na poprawę sytuacji w kraju. Thatcher wiedziała, co robi – ot co. Jest to jednak mimo wszystko najmniej kobieca – w kontekście emocji – postać w serialu. Sama Thatcher mówi, że “nie pracuje z kobietami, bo są zbyt emocjonalne”. I rzeczywiście, Thatcher jawi się nam jako taki przysłowiowy sierżant w spódnicy. Nawet w czasie, w którym miała odpoczywać w rezydencji królewskiej, gdzie została zaproszona, nie umie nie pracować. Pracoholizm to jednak nie jedyna cecha, która określa Thatcher. Nie jest ona zdolna do jakichkolwiek emocji. Wyjątkiem jest sytuacja zaginięcia syna premier. Wówczas widzimy kochającą, nadopiekuńczą matkę, która nie zajmuje się niczym innym, tylko poświęca się w całości działaniom, które mają na celu odnalezienie ukochanego syna. Paradoksalnie, Thatcher i Elżbieta II są do siebie niesamowicie podobne – obie ponad wszystko stawiają dobro narodu, ale w obliczu zagrożenia rodziny, są w stanie poświęcić bardzo dużo.

W otoczeniu kobiet, mamy postać w zasadzie jedynego mężczyzny, który w jakikolwiek sposób wybija się na pierwszy plan, a mowa oczywiście o księciu Karolu. Wydawać by się mogło, że w otoczeniu tak wielu kobiet, a przede wszystkim rodziny, Karol nie będzie ani przez chwilę czuł się samotny czy nierozumiany. Tymczasem jest wprost przeciwnie. Twórcy poniekąd łamią stereotyp postaci męskiej i pokazują, że nie tylko kobiety miewają chwile słabości. Karol, jako chyba jedyny przedstawiciel rodziny królewskiej, płacze. Krzyczy. Złości się. Jest smutny. Innymi słowy, okazuje się, że następca tronu, ma w sobie znacznie więcej emocji, niż jego matka i babka razem wzięte. Dodatkowo, podobnie jak Diana, został wrzucony w sztywny schemat, który zakładał m.in małżeństwo z Dianą, której Karol nigdy nie kochał. To małżeństwo miało spełniać oczekiwania – małżonka przyszłego króla powinna mieć odpowiednie pochodzenie, prezencję i przede wszystkim – spełniać stawiane jej wymagania. Karol wielokrotnie rozmawiał z matką, że to małżeństwo nie przetrwa, że jest wielką pomyłką i, że – ze względu na dobro Diany jak i swoje – chce je zakończyć, bo oboje są w nim nieszczęśliwi. Jest to jednak niemożliwe. Małżeństwo musi trwać – choćby było fikcyjne, nieszczęśliwe, czy jakiekolwiek inne. Opinia publiczna, musi wierzyć w to, co widzi.

Na podstawie relacji pomiędzy postaciami, widzimy, że The Royal Family, to mechanizm, taki jak np. w zegarku. Tam wszystko musi działać. Jeśli nie działa – albo jest wymieniane, albo naprawiane. Kobiety dla kobiet są oziębłe, bezwzględne i wyrachowane. Nie ma między nimi ani krztyny tzw. girl power, jakiejkolwiek solidarności. Jest za to chłodna kalkulacja, która ma na celu jedno – utrzymanie dobrego imienia i opinii. Paradoksalnie jednak, właśnie taki sposób przedstawienia relacji między członkami rodziny królewskiej sprawia, że serial ten zyskuje wydźwięk feministyczny. Właśnie poprzez takie krytyczne przedstawienie relacji między kobietami, między członkami – czy też członkiniami – rodziny, ten feminizm wybrzmiewa. Szczególnie w kontekście postaci księżnej Diany czy księżniczki Małgorzaty. To one bowiem są tym głosem, który woła o sprawiedliwość, o poczucie jedności. O zrozumienie. One krzyczą, ale nikt nie słyszy – no, może poza widzami.

To, że czwarty sezon The Crown jest znacznie bardziej ciekawy pod względem przedstawienia relacji panujących w rodzinie królewskiej, niż fabuły, nie jest żadnym odkryciem. Cieszy mnie to, że twórcy poniekąd przełamują schematy i odważnie komentują poszczególne działania – zarówno przedstawicieli The Royal Family, jak również osób ściśle z nią powiązanych. W efekcie, otrzymujemy obraz, który w żaden sposób nie zostałby zaakceptowany przez Rodzinę Królewską. Skandale? Hipokryzja? Wzajemna niechęć i oziębłość w rodzinie królewskiej? A skąd! Boże, chroń królową – ot co!

Czwarty sezon The Crown, może nie tyle otwiera na pewne aspekty oczy, co pokazuje przedstawicieli rodziny królewskiej saute – takimi, jacy są. Z ich zaletami i wadami. Z tajemnicami. Ze skandalami, których przecież nie brakowało na przestrzeni lat. Czy to źle? Powiedziałabym, że wprost przeciwnie. Taki obraz, był nam potrzebny – nie dlatego, żebyśmy kochali czy nienawidzili The Royal Family. Po to, abyśmy ich zrozumieli, a przynajmniej spróbowali zrozumieć. Żebyśmy zobaczyli w tych postaciach ludzi. Ludzi, którzy kochają, nienawidzą, miewają chwile słabości. Ludzi, którzy tak, jak my wszyscy, nie byli, nie są i nigdy nie będą idealni.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close

Tu mnie znajdziesz! Lajkuj, obserwuj - będziesz na bieżąco!