Tarantino do kwadratu: Pulp Fiction

Dziś zapraszam na drugi odcinek mini cyklu, poświęconego filmom Quentina Tarantino. Oczywiście nie wytrzymałam i widziałam już „Nienawistną ósemkę”, jednakże wstrzymuję się z recenzją by iść zgodnie z cyklem. Jak się powiedziało A to trzeba tez powiedzieć B a co za tym idzie – być konsekwentnym w swoich postanowieniach. Cóż, ze słodyczami mi nie wychodzi, to może wyjdzie z pisaniem. Wróćmy jednak do tematu. „Pulp Fiction” to chyba zaraz po Kill Billu mój ukochany film Quentina. Lepsza była chyba tylko „Nienawistna Ósemka” na której bawiłam się setnie.

Zacznijmy jednak od początku: O czym w zasadzie jest „Pulp Fiction”? To kilka historii, które pozornie w żaden sposób nie są ze sobą powiązane a mimo to, udaje im się stworzyć spójną całość. Doskonale obrazuje to cytat, który widzimy na samym początku filmu, a brzmi on:

„Pulp [palp] – 1. Miękka, wilgotna, bezkształtna masa lub materia.
2. Czasopismo lub książka, zawierająca brukowe treści, drukowane na charakterystycznym surowym, tanim papierze.”

Drugi film Quentina Tarantino jest idealnym zobrazowaniem punktu drugiego tej definicji. Mamy bowiem przynajmniej 3 wątki, które nie są niczym szczególnym, jeśli chodzi o ich fabułę. Pierwszym z nich jest historia pary, która decyduje się napaść na restaurację i robi to bardzo amatorsko. Drugi z kolei opowiada o perypetiach dwójki płatnych zabójców ( w tych rolach John Travolta i Samuel L. Jackson), którzy mają za zadanie odzyskać walizkę należącą do ich szefa. Wreszcie mamy tez mój ukochany wątek, czyli opiekowania się żoną bossa (w tej roli GENIALNA Uma Thurman) przez Vincenta Vegę (JohnTravolta). Jest tez wątek boksera, który nie wywiązuje się z umowy (w roli boksera, nie kto inny a właśnie Bruce Willis) i ma przez to spore kłopoty.

9894632_orig.jpg

Wszystkie te historie nie są szczególnie interesujące, przynajmniej na pierwszy rzut oka. To, co sprawia, że nie można się wprost oderwać od filmu, to sposób w jaki Tarantino prowadzi całą opowieść. Przede wszystkim, musimy zacząć od tego, że chronologii w tym filmie, to my nie uświadczymy i to z kolei jest pierwsza rzecz, która przykuwa uwagę widza. Tarantino za nic sobie ma to, aby w jakikolwiek sposób sensownie poukładać wątki, a mimo to wychodzi mu z tego wszystkiego genialna całość. Poza tym – dialogi! Naszych bohaterów poznajemy w dużej mierze przez to, co i jak mówią. A mówią dużo. Mnogość dialogów to jedna z bardzo charakterystycznych cech, jeśli chodzi o filmy Quentina Tarantino. I tak jak przypadku filmu każdego innego reżysera, nie zawsze jest to dobrze rozegrany zabieg, tak u Tarantino, dialogów słucha się z wypiekami na policzkach.

To, co jest tez bardzo charakterystyczne dla filmów Quentina, to przede wszystkim to, ze czerpią one garściami z gatunków, które już funkcjonują w kinematografii. I tak, w Pulp Fiction mamy całe mnóstwo odniesień do starych, klasycznych filmów gangsterskich, westernu czy też czarnych komedii. Tarantino w „Pulp Fiction” niemalże żongluje tymi gatunkami i robi to z właściwą tylko sobie wirtuozerią. Jaki ma to wpływ na widza? Bardzo prosty – nawet, jeśli ktoś nie zna wszystkich gatunków filmowych, którymi Tarantino się bawi, to i tak, całość staje się dla niego czymś absolutnie genialnym.

pulp-fiction-dance_612

Trzeba też zwrócić uwagę na jeszcze jedną rzecz, która charakteryzuje praktycznie całą twórczość Tarantino, a mianowicie dobór obsady aktorskiej. Może dla kogoś wydać się to dziwne, ale we wszystkich filmach reżysera, grają praktycznie ci sami aktorzy. Co więcej, nie jest to zupełnie wada – wprost przeciwnie. Wynika to zapewne z tego, że obsada filmowa tych filmów, to sama śmietanka – poczynają od Samuela L. Jacksona, poprzez Bruce’a Willisa na Christopherze Walkenie kończąc. To także nadaja tym filmom bardzo osobliwy charakter a także urok.

Jeśli chodzi o samo w sobie „Pulp Fiction” to jest ono idealnym odzwierciedleniem tego, co Tarantino zrobił we „Wściekłych psach” oraz w swoich późniejszych filmach. Podział na swego rodzaju rozdziały, opowiadanie historii od końca czy też od środka i mnóstwo czarnego humoru. Dodatkowo za pomocą prostych ujęć oraz symetrycznego kadrowania, Tarantino sprawia, ze nawet najbardziej nudna scena nabiera sensu. Niektóre sytuacje są wręcz hiperbolizowane i mimo iż mają być one straszne, w rzeczywistości takie nie są. Za przykład niech posłuży tu chociażby scena, w której Mia Wallace (Uma Thurman) przedawkowuje narkotyki. Przecież cały proces jej ratowania, nie skupia się na tym, żeby ją uratować a na tym, jakie to będzie miało skutki dla Vincenta. Ten pierwszy powód sprawia, że widz mimowolnie się uśmiecha i cała sytuacja zaczyna go bawić.

2366py

„Pulp Fiction” kocham miłością bezwarunkową. Co zabawne, nie jestem w stanie podać żadnego konkretnego powodu, który w jakikolwiek sposób uzasadniałby tę deklarację. Dochodzę do wniosku, ze jest to film praktycznie idealny, w którym zagrało wszystko – poczynając od kapitalnych ujęć, na zabawie fabułą kończąc. Nie można też w tym wszystkim pominąć genialnej gry aktorskiej. Jeśli zatem wśród was jest ktoś, kto jeszcze „Pulp Fiction” nie widział, w co szerze wątpię, to niech nadrabia, bo naprawdę warto! Ja tymczasem idę się zakopać pod kocyk z nowa kolorowanką im muzyką z „Nienawistnej ósemki”. Morricone – nadchodzę!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close

Tu mnie znajdziesz! Lajkuj, obserwuj - będziesz na bieżąco!