Strike One! Czyli o Wołaniu kukułki słów kilka(set)

J.K Rowling uwielbiam całym sercem. Oczywiście jak zdecydowana większość, poznałam jej twórczość w momencie, kiedy zaledwie jedenastoletni czarodziej zaczął podbijać serca młodych (i nie tylko) czytelników. Styl Rowling oraz przygody Harry’ego Pottera, weszły już w pewien sposób do kanonu, jeśli chodzi o literaturę. Bardzo szybko okazało się też, że tak samo dobrze, jak przygody Harry’go czyta się inne książki autorki. Mam tu na myśli oczywiście Trafny wybór, bo to była chyba pierwsza z „innych” książek Rowling, które czytałam. A potem, na rynku wydawniczym pojawił się tajemniczy Robert Galbraith i przez moment, wszyscy się zastanawialiśmy kim zacz on jest. Szybko się jednak okazało, że to po prostu pseudonim artystyczny Rowling. Co więcej, wystarczyło przeczytać kilka zdań powieści, aby wiedzieć, o co tutaj chodzi. Siłą powieści Rowling są bowiem postaci i ich psychologia. A tego w przygodach, w gruncie rzeczy całkiem sympatycznego detektywa nam nie zabraknie.

Nikogo też nie zdziwił fakt, że po ogromnym sukcesie „trylogii” z Cormoranem Strikiem w roli głównej, ktoś w końcu postanowił kupić prawa do ekranizacji powieści. Prędzej czy później należało się tego spodziewać. Pytanie brzmiało jedynie czy będzie to serial, czy też pełnometrażowy film. Padło na serial i myślę sobie, że bardzo dobrze się stało. Biorąc bowiem pod uwagę mnogość wątków i to, jak rozbudowane postaci mamy w powieści, ciężko byłoby to zmieścić w jednym filmie. A jeśli nawet jakimś cudem by się to udało, śmiem przypuszczać, że byłby on po prostu potwornie długi. Pomysł mini serialu jest zatem tutaj jak najbardziej trafiony.

O czym opowiada Wołanie kukułki, bo tak właśnie brzmi tytuł pierwszej części przygód Cormornana Strike’a? Główną osią fabularną, jest tutaj morderstwo znanej modelki – Luli Landry. Początkowo, śledczy skłaniają się ku stwierdzeniu, iż było to samobójstwo. Trudno jest się im dziwić, skoro modelka ginie wypadając przez balkon swojego mieszkania. Do głównego bohatera, zgłasza się jednak brat Luli, by powierzyć mu rozwiązanie zagadki. John Bristow, jest przekonany, ze Lula nie popełniła samobójstwa, a została zamordowana. Dla Strike’a, to zlecenie jest jak przysłowiowa manna z nieba, bowiem jego interes generalnie bardzo nie idzie. Strike ma bardzo duże długi, ledwo wiąże koniec z końcem a do tego, agencja pracy, przysyła mu tymczasowego pracownika w postaci Robin Ellacott. Cormoran podejmuje się rozwikłania sprawy. Wraz z rozwojem śledztwa, nabieramy coraz większej pewności, że przypuszczenia Johna Bristowa co do przyczyny śmierci Luli, były jak najbardziej uzasadnione.

Poza wątkiem morderstwa, mamy też wątki poboczne, które stanowią tło dla głównej intrygi. Zaznaczmy, bardzo spójne tło. W zasadzie każdy z bohaterów, który pojawia się w książce, jest JAKIŚ. Nie mamy wątków, które są bez sensu. Każda postać, która zostaje nam w książce przedstawiona, odgrywa bardzo konkretną rolę. Tego rodzaju zabiegi, są bardzo charakterystycznym elementem twórczości Rowling. Prowadząc narrację w taki sposób, by nie dawać gotowego rozwiązania czytelnikowi wraz z momentem pojawienia się bohatera, Rowling umiejętnie podsyca ciekawość odbiorcy.

Nie będę ściemniać i powiem wprost, że książkę czytało mi się świetnie. Tego samego oczekiwałam od serialu – w duchu modliłam się o to, by był on tak samo dobrze prowadzony narracyjnie, jak miało to miejsce w przypadku oryginału. Bardzo skrupulatnie śledziłam doniesienia dotyczące etapów powstawania produkcji, każdy wypuszczony w związku z tym news, był dla mnie na wagę złota. Dla mnie, to była jedna, z najbardziej oczekiwanych premier serialowych tej jesieni (okej, pierwszy odcinek wyszedł pod koniec sierpnia, ale to już prawie jesień ).

Przyznaję, że wybór Toma Burke’a na odtwórcę głównej roli wywołał na mojej twarzy uśmiech. Gabarytowo i wizualnie – bardzo przypomina on Strike’a – przynajmniej w moim odczuciu. Wiadomo, że do ogólnego wyglądu aktora, dochodzi jeszcze charakteryzacja, więc byłam dobrej myśli. Co to samego sposobu napisania postaci nie mogłam się w żaden sposób ustosunkować, dopóki nie zobaczyłam pierwszego odcinka. Cieszyłam się więc jak dziecko, że Cormoran będzie wyglądał tak, jak ten z książki. W przypadku wszelkiego rodzaju adaptacji czy ekranizacji, element castingowy jest bardzo istotny. Niestety, bardzo szybko mój zapał zgasł. Dokładnie po pierwszym odcinku serialu.

To, jak została napisana postać Strike’a to jest jakieś nieporozumienie. Pierwszą i w zasadzie najważniejszą cechą Strike’a jest to, że kuleje. Nasz bohater bowiem stracił nogę na misji w Afganistanie. W związku z czym, bardzo rozpoznawalnym elementem naszego bohatera jest to, że nosi protezę a co za tym idzie – kuleje. W książce ten fakt został bardzo ładnie wyeksponowany chociażby tym, że Cormoran miał bardzo duże problemy z wchodzeniem po schodach, czy poruszaniem się po ulicy (która, co zostało także podkreślone w książce, była w fatalnym stanie). Serial, w moim odczuciu nie oddał tej cechy detektywa. Bohater grany przez Burke’a porusza się niemalże normalnie, zaś jeśli mowa o problemach z wchodzeniem po schodach… Cóż, w zasadzie ich tu nie ma. Co jest o tyle irytujące, bo gdy widzimy scenę w której Cormoran goni jednego ze świadków morderstwa, wyraźnie ma problem z bieganiem. Twórcy niestety nie wykazali się w tym przypadku konsekwencją. W efekcie, widz jest jednak trochę zdezorientowany – bo okej, widzimy protezę, ale z drugiej strony – nasz bohater porusza się normalnie. Coś tu bardzo nie gra.

Druga sprawa, to jak dla mnie, Strike odgrywany przez Burke’a jest trochę… Za pogodny. Strike z książki był dla mnie przede wszystkim samotnikiem, ale nosił on w sobie też cechy mruka. Stronił od ludzi, nie rozmawiał z nimi,  jeśli nie musiał. Starał się za wszelką cenę radzić sam, własne towarzystwo w zupełności mu wystarczało. W serialu może i zostało to oddane, ale z całą pewnością nie w takim stopniu, jak ma to miejsce w oryginale. Z drugiej strony – jest w tym jakiś sens. W książce bowiem, Robin początkowo była dla Strike’a może nie tyle problemem, co… No niekoniecznie cieszył się on z jej obecności w biurze. W serialu, w związku z tym, że trochę zmieniono charakter naszego protagonisty, nie do końca tak jest.

Kiedy Robin pojawia się w biurze Strike’a, widz może odnieść wrażenie, że on nawet na swój sposób cieszy się z takiego obrotu spraw. Okej, to jest zaprzeczeniem charakteru postaci z oryginału, ale jest to też dobrze umotywowane. To, że pojawienie się Robin nie jest aż tak wielkim problemem dla Cormorana, daje mocne podwaliny pod budowanie relacji między dwójką bohaterów.

Dla kontrastu, jeśli chodzi o postać Robin – twórcy w moim odczuciu – oddali jej postać w skali 1:1. Zarówno pod względem wizualnym, jak i cech charakteru, Robin bardzo przypomina tę książkową. Pomijam już fakt, że tej postaci po prostu nie da się nie lubić (przynajmniej w książce). W duchu liczyłam więc na to, że uda się dobrać taką aktorkę, o której spokojnie, z czystym sumieniem, będę mogła powiedzieć: „Tak, to zdecydowanie jest Robin”. Holiday Grainger (swoją drogą to nazwisko!), w moim odczuciu pasuje idealnie do tej roli. Jest nie tylko urocza i ładna, ale też bardzo charyzmatyczna – a przecież Robin właśnie taka była. To nie jest postać bierna, która nie potrafi sama niczego wymyślić, czy też podjąć samodzielnej decyzji. W książce, moje wyobrażenie tej postaci, było bardzo zbliżone do tego, jak wygląda ona w serialu. Co więcej, w związku z tym, że charakter serialowego Strike’a nieco różni się od tego książkowego, u naszych bohaterów już od pierwszych scen widać chemię. Ta dwójka po prostu ze sobą gra. Pasują do siebie, mimo że Cormoran jest niekoniecznie taki, jakiego sobie wyobrażałam.

Co do pozostałych bohaterów – cóż, są oni li i jedynie tłem zarówno dla całej fabuły serialu, jak i dla głównych jej bohaterów. Z jednej strony to dobre rozwiązanie, bo adaptacja czy ekranizacja nie musi być kopią książki. Co więcej – nie powinna nią być. Zadaniem reżysera i scenarzysty, jest powiem oddanie tego, o co w książce chodzi tak, aby po pierwsze było to dla widza chociażby w minimalnym stopniu ciekawe, zaś po drugie, by całość produkcji nie trwała miliona lat. Nie jest to zadanie łatwe, zwłaszcza jeśli materiał źródłowy jest bardzo bogaty. Uważam zatem, że to, iż postaci poboczne nie są aż tak dobrze wyeksponowane jak ma to miejsce w książce, nie jest do końca wadą. Może osobiście mam lekki niedosyt, ale to niedosyt, który jestem w stanie usprawiedliwić. Zatem to, że postać śledczego Wardle’a czy narzeczonego Robin nie zostały w serialu zbyt dobrze ukazane – cóż, może to i wada. Ale nie taka, abym obniżała przez nią ocenę całego sezonu serialu.

Książka i film, to bardzo różne teksty kultury. Mimo iż mogą się one opierać o jeden materiał źródłowy, jego pokazanie zawsze będzie inne. W przypadku literatury, możemy spokojnie pokusić się o skrupulatną analizę poszczególnych faktów dotyczących śledztwa (jeśli tak, jak w tym przypadku, mamy do czynienia z kryminałem). W przypadku serialu opartego na kryminale, taki zabieg może niekoniecznie zdać egzamin. Jeśli widz dostanie za dużo szczegółów, to zwyczajnie się pogubi. W tym przypadku, kluczowa będzie rola montażu, a ten w produkcji BBC One wyszedł naprawdę cudownie. To, w jaki sposób są nam podawane poszczególne informacje, nie jest w żadnym stopniu nachalne. Co więcej, pokazywane urywki, kadry, czy flash backi, sprawiają, że serial, pod względem wizualnym, staje się dla nas jeszcze bardziej atrakcyjny. Praca kamery także odgrywa w tym wszystkim niemałą rolę, bo jeśli chcemy pokazać emocje bohatera, to nie wystarczy nam do tego celu dobry aktor. Finałowa rozmowa Strike’a z jednym z bohaterów i to, co tam zostało zrobione zarówno światłem i montażem – to jest majstersztyk. Muzyka, choć niekoniecznie jakaś super wybitna, bardzo ładnie dopełniała całej sceny. Za przykład podałam tutaj finałową scenę, bo akurat ona najbardziej mi pod tym kątem zapadła w pamięć, ale zapewniam was – takich perełek jest tutaj znacznie więcej. I to nie tylko, jeśli chodzi o serial w sam sobie ale też jeśli chodzi o jego czołówkę.

Książka ma okładkę, zaś serial czołówkę. Może nie dla każdego będą to istotne elementy. Ja jednak zwróciłam uwagę na czołówkę serialu. Jest ona bardzo klimatyczna, przewija się w niej główny motyw muzyczny serialu i dodatkowo – jakoś tak zwyczajnie pasuje mi do klimatu książki. Myślę sobie, że pod względem estetycznym, jest to swego rodzaju dopełnienie całości produkcji. Widać, że twórcy niemalże każdy jej element składowy potraktowali w należyty sposób. W żaden sposób nie zmienia ona mojego życia, nie wpływa na to, czy serial jest dobry, czy nie. Ot, po prostu – jest miłym akcentem, o którym warto jest tutaj wspomnieć.

Zasadniczo całkiem sporo elementów wypadło w serialu dość dobrze. Nie wszystkie mi się co prawda podobają, ale w mniejszym bądź większym stopniu są one uzasadnione, więc nie czepiam się aż tak bardzo. Pomijam już fakt, że tak naprawdę to drugi tom przygód jest przysłowiową petardą, jeśli chodzi o przygody Strike’a więc tym bardziej liczę na więcej przy drugim sezonie serialu. Strike’a nie ogląda się źle, jest przyjemny dla oka. Serial nie jest też za bardzo „przegadany” i to też dobrze wpływa na jego odbiór przez widza. Serial czy film, jeśli są tworzone w oparciu o jakąś powieść, nie muszą być jej w stu procentach wierne. Dla twórcy powinno być istotne to, aby owszem, pokazać tę samą historię, która została opisana w książce, ale niekoniecznie w ten sam sposób. Po to jest montaż, po to jest praca kamery, po to też są scenariusz i wreszcie – reżyseria. Tymczasem, bardzo często spotykam się z opiniami, które można sprowadzić do tego, że „nie podobało mi się, bo w książce była ta i ta scena, a w filmie/serialu została pominięta”. Jeśli wspomniana scena nie jest w żaden sposób znacząca dla fabuły – nie ma nic złego w tym, że reżyser zdecydował się ją pominąć. Serio, nie ma sensu czepiać się o to, że adaptacja czy ekranizacja nie są w stu procentach zgodne z oryginałem. Co więcej – gdybyśmy rzeczywiście chcieli iść tym tropem, dostawalibyśmy filmy, które nie trwają maksymalnie dwóch godzin, a trzy czy cztery. A to już bardzo długo, nawet dla konesera kina.

Zdaję sobie doskonale sprawę z tego, że nie wszystkim znane są książki, których bohaterem jest Cormoran Strike. Nie każdy z Was, musi się poruszać w tej części Internetów, w której poruszam się ja, w związku z tym – nie każdy musiał też o książkach słyszeć. Niemniej jednak, mam w sobie takie poczucie, że należy te książki w każdy z możliwych sposobów promować. Nie tylko dlatego, że serial jest dobry ale dlatego, że książka sama w sobie też jest świetna. Wieczory coraz dłuższe, nagle w naszym życiu coraz większą rolę zaczyna odgrywać koc czy herbata, a to jest całkiem naturalne środowisko dla książek właśnie. I naprawdę, nie ma co się ich bać.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close

Tu mnie znajdziesz! Lajkuj, obserwuj - będziesz na bieżąco!