Molly zagrała o wszystko u Sorkina

Kiedy po raz pierwszy usłyszałam o Molly’s game, trochę nie wiedziałam czym ta produkcja miałaby być. Spojrzałam na opis, obsadę i już wiedziałam, że będę chciała ten film obejrzeć. A jak się okazało, że reżyserem jest Aaron Sorkin, to już nie było zmiłuj. Miałam przeczucie, że to będzie kawał porządnego kina, choć obawy też się pojawiały. Sorkin to świetny scenarzysta, ale nie do końca wiedziałam, czy poradzi sobie z reżyserią. Na szczęście i na tym polu nie zawiódł.

Fabuła Molly’s game, czy też Gry o wszystko, to materiał na świetny bestseller. Historia dotyczy bowiem Molly Bloom – kobiety, która organizowała m.in. w Los Angeles gry pokera o bardzo wysokie stawki. Film powstał w oparciu o książkę o tym samym tytule. Głównym wątkiem, który poruszony został w produkcji, jest proces, w którym oskarżoną jest właśnie Molly Bloom. Historia jednak odwołuje się do faktów z książki, chociażby w tym względzie, że nie została w niej opisana cała prawda. Jednocześnie mamy też wątki dotyczące życia kobiety – nie tylko tego, które związane było z grami. Świetnie została zobrazowana jej relacja z ojcem, to, jak dorastała i jak była wychowywana. Sorkin daje nam też wgląd w to, jak Molly pięła się po szczeblach drabiny hazardu i jak osiągnęła swego rodzaju sukces.

To, co jest niewątpliwą zaletą filmu, to sposób narracji. Molly’s game, ogląda się bowiem tak, jakbyśmy mieli do czynienia z najlepszą powieścią. Montaż, zaś przede wszystkim dialogi – to one przyczyniają się do takiego wrażenia. Dużo się w tym filmie mówi, co jednak jest bardzo charakterystyczne dla Sorkina. Owszem, niektórzy z was z pewnością odniosą wrażenie, że Molly’s game jest nieco przegadana. Nie zmienia to jednak faktu, że dialogi są w punkt, dobrze napisane. Autentycznie wierzymy w to, co bohaterowie chcą nam przekazać. Są dwie, bardzo mocne sceny – przynajmniej w moim odczuciu. Pierwszą z nich jest monolog, który w jednej ze scen wygłasza Idris Elba. Drugą – rozmowa Molly z ojcem. I o ile pierwsza z przytoczonych scen jest swego rodzaju perełką, o tyle co do drugiej, jestem świadoma tego, że zdania mogą być mocno podzielone. Zwłaszcza, że dość mocno wpływa ona na cały wydźwięk filmu.

Piękne zdjęcia i scenografia, tylko podkreślają charakter całej produkcji. Nie wiem, czy to, co teraz napiszę, nie będzie mocno przesadzone, natomiast miałam wrażenie, że są one spójne z kreacjami postaci. Kompozycyjnie po prostu to wszystko mi do siebie pasowało. Dawało bowiem jasny ogląd świata, który jest nam pokazywany, a co najważniejsze – uwiarygadniało ten świat.

Molly’s game to też przykład popisowego aktorstwa i nie mówię tu tylko i wyłącznie o Idrisie Elbie. Jessica Chastain jest po prostu piękna – nie tylko wizualnie. Nie będzie chyba zbytnią przesadą powiedzenie, że ona została stworzona do tej roli. Ciężko mi powiedzieć, czy to dobrze czy źle, ale wizualnie przypominała mi ona niemalże przez cały seans młodą Julię Roberts. Może to kwestia charakteryzacji, a może po prostu tego, że obie panie, w jakimś tam stopniu mogą się wydawać do siebie podobne. Cokolwiek to jest, takie wrażenie odnosiłam.

Sorkin jednak nie jest mistrzem, jeśli chodzi o reżyserię, niestety. Wydaje mi się, że Molly’s game jest jednak trochę za bardzo od A do Z. Nie mamy żadnej innej możliwości interpretacji niż ta, którą narzuca nam rezyser. Z jednej strony – w porządku. Historia jaka jest, taka jest, nie ma się co oszukiwać. Natomiast mam wrażenie, że spokojnie można było tam zostawić kilka niedopowiedzeń, jak chociażby w sytuacji, kiedy przedstawiana była relacja Molly z ojcem. To, że wątek został rozwiązany – okej. Natomiast to, że w zasadzie w 4 minuty wszystko zostało nam wyjaśnione, już nie do końca mnie przekonuje. I jasne, można z tym polemizować. Natomiast osobiście wolałabym zostawić tam margines, jeśli chodzi o interpretację. Podobnie rzecz się ma, jeśli chodzi o samo zakończenie. Totalnie rozumiem, że chodziło o zamknięcie sprawy, natomiast czy zawsze musimy wiedzieć wszystko dokładnie? Ja niekoniecznie jestem fanką takich rozwiązań.

Mankamentem, jeśli chodzi o reżyserię jest też moim zdaniem to, że za dużo wątków jest w filmie rozwijanych jednocześnie. Oczywiście rozumiem, że wynika to z formy i narracji oraz gatunku. To nie jest też tak, że się w tym pogubiłam. Natomiast w związku z tym, że tam naprawdę dużo się dzieje, wymaga się od widza maksymalnego skupienia. Każdy z wątków – co z kolei działa na korzyść produkcji – ma swoje uzasadnienie. Ale jest tego po prostu za dużo w mojej ocenie.

Mam też niejasne wrażenie, że to jest kolejna rola Chastain, kiedy ona, jako ta pokrzywdzona i nierozumiana kobieta musi walczyć z całym światem. Dość wspomnieć tutaj bardzo podobny w swojej wymowie film „Sama przeciw wszystkim”. Tam także Chastain musiała się mierzyć z problemami różnego rodzaju. Mam pewną obawę, że do aktorki może całkiem przypadkiem przylgnąć łatka takiej właśnie męczennicy, co byłoby krzywdzące. Dlatego też mam nadzieję, że tak się nie stanie i, że będą to li i jedynie moje bardzo luźne przypuszczenia.

Molly’s game to stosunkowo długi film, ale spokojnie, nie będziecie się nudzić. Wartka akcja, w połączeniu z dialogami sprawią, że te bagatela 140 minut, minie wam jak z bicza strzelił. To kawał porządnego kina, choć nie ukrywam, że nie pozbawionego wad. Niemniej jednak, do kina warto się wybrać, chociażby ze względu na kreacje Idrisa Elby czy Jessici Chastain. Myślę też, że dobrze jest sięgnąć po książkę, ale nie wiem, czy koniecznie przed seansem. Wydaje mi się bowiem, że warto jest w tym przypadku najpierw obejrzeć film.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close

Tu mnie znajdziesz! Lajkuj, obserwuj - będziesz na bieżąco!