Ślepnąc od świateł – książka vs serial

Długo zbierałam się do napisania tego tekstu. Przede wszystkim dlatego, że o ile serial będący adaptacją powieści Jakuba Żulczyka, obejrzałam w dwa dni, o tyle z książką już nie poszło tak szybko. Nie jest to jednak spowodowane tym, że książka była gorsza. W ogóle w przypadku Ślepnąc od Świateł, nie za bardzo możemy operować porównaniami „gorszy – lepszy”. Zarówno serial, jak i książka są dobre, ale nie możemy zapominać, że są zupełnie innymi tekstami kultury. Tak też należy je analizować.

Przyznaję, że w przypadku Ślepnąc od świateł, zaczęłam od serialu, a nie od książki. Trailery, które pokazywane były przed seansami na Tofifest, niesamowicie mi się podobały, co więcej, obsada serialu także wyglądała miodnie. Jedynym zastrzeżeniem, które miałam wobec tego, co prezentowały trailery, to dość brutalny i – co tu dużo mówić – rynsztokowy język dialogów. Uznałam jednak, że produkcja HBO nie może być aż taka zła, a aktorsko jest tam naprawdę przyzwoicie, więc mimo wszystko dam serialowi szansę. I jak się okazało, była to jedna z lepszych decyzji, które podjęłam.

Przede wszystkim, w serialu już od pierwszych minut uderza brutalność. Nie tylko, jeśli chodzi o język bohaterów, ale przede wszystkim o klimat. To, czy komuś się to spodoba, czy nie – to kwestia bardzo indywidualna. Natomiast w połączeniu z doskonałymi zdjęciami, obraz HBO robi naprawdę doskonałe wrażenie. W zasadzie już po pierwszym odcinku, mamy zarysowany obraz sytuacji oraz tego, czego będzie dotyczyła historia. Nie jest to jednak pokazane w sposób głupi czy uwłaczający widzowi. Charakterystyka bohaterów następuje w dość dynamiczny sposób, zaś tempo akcji nie jest zbyt powolne. Wszystkie te elementy składają się na to, że serial Ślepnąc od świateł, wciąga widza bez reszty już od pierwszego odcinka. Co więcej, im dalej w las, tym jest coraz lepiej. Dłużyzn fabularnych tutaj nie uświadczycie. Akcja będzie gnała, jak szalona, ale też nie na tyle szybko, abyście nie byli w stanie zorientować się, co się dzieje. Wszystkie, znaczące dla fabuły elementy, są dość wyraźnie akcentowane. Widz wie, na co ma zwrócić uwagę, przy czym, nie jest mu to wytykane palcem, a jedynie akcentowane przy okazji takiej, czy innej sceny.

Jedyne, z czym miałam dość spory problem, jeśli chodzi o Ślepnąc od świateł od HBO, to postać głównego bohatera. Kamil Nożyński nie zawodowym aktorem i przyznaję, że miałam z tym spory problem. Przede wszystkim ze względu na to, że jego postać wydawała mi się najbardziej „drewniana” z całej obsady. Tłumaczyłam to sobie tym, że może to świadomy zabieg, może tak miało być. Niemniej jednak, nadal nie mogłam do końca przejść do porządku dziennego z tym, jak został on skonstruowany. Szczególnie, kiedy oglądałam sceny z Janem Fryczem, Januszem Chabiorem czy chociażby Erykiem Lubosem. Na tle takiej obsady, Nożyński wypadał bardzo słabo. A przynajmniej tak mi się wydawało. Być może było to też spowodowane tym, że w zasadzie wszyscy z wyżej wymienionych aktorów, w jakiś sposób „szarżowali” i to w taki sposób, że oglądało się to z największą przyjemnością.

Kiedy jednak przeczytałam książkę, na podstawie której powstał serial Ślepnąc od świateł, zupełnie inaczej spojrzałam na postać graną przez Nożyńskiego. Okazało się bowiem, że w pierwowzorze, Kuba (książkowe imię: Jacek), dokładnie taki jest. Trochę wyobcowany, niezwykle inteligentny, ułożony i pedantyczny. Nie ma w sobie niczego, co mogłoby charakteryzować studenta ASP ( a przecież skończył tę uczelnię!). Prowadzi nocny tryb życia i tak samo, jak bardzo dokładny potrafi być, jeśli chodzi o liczenie i ważenie narkotyków, tak samo dokładnie i bezwzględnie egzekwuje długi. Postać głównego bohatera nie tylko zatem przeraża, ale też staje się dla widza i czytelnika niesamowicie interesująca. Psychologia tej postaci, choć pozornie zupełnie nie jest ona eksponowana, jest naprawdę zawiła. Z jednej strony bowiem mamy mężczyznę, dilera narkotykowego, który jest w stanie niemalże zabić osobę, która jest mu dłużna bardzo dużą ilość pieniędzy, by za chwilę zobaczyć go w przeuroczej i pełnej przyjaźni scenie z najlepszą przyjaciółką. Co więcej, nie jesteśmy w stanie jasno sprecyzować, czy główny bohater powieści jak i serialu jest zły czy dobry. Tu nie ma jednoznacznych odpowiedzi. To, co jest jednak pewne, to że na pewno jesteśmy w stanie zrozumieć głównego bohatera.

Nie jest jednak tak, że Ślepnąc od świateł jest li i jedynie kryminałem, który pokazuje brutalny świat dilerów narkotyków i mafijnych porachunków. Żulczyk, pod płaszczykiem bardzo prostej historii, komentuje najróżniejsze zjawiska społeczne, które oczywiście znamy, ale też nie poświęcamy im zbyt dużej uwagi. Kontakty z rodzicami po wyjeździe do „wielkiego miasta”, relacje z rodziną, próba znalezienia miłości, w świecie, w którym teoretycznie jej nie ma – to tylko niektóre problemy, które Żulczyk bardzo dobrze opisuje w swojej książce. Nie daje jednak gotowych odpowiedzi na to, co powinniśmy na ich temat myśleć. Daleki jest on od oceniania postępowania swoich bohaterów, aczkolwiek finał książki (jak również serialu), jest dość wymowny.

Zarówno podczas oglądania serialu, jak również podczas czytania książki, cały czas wracało do mnie skojarzenie, że to, co opisuje Żulczyk, to taka współczesna Zbrodnia i i Kara Dostojewskiego. Przedstawiona w zupełnie nowatorski sposób, poruszająca zgoła odmienne problemy, aniżeli miało to miejsce u Dostojewskiego, jednakże główny motyw – czyli próba odpowiedzi na pytanie co możemy określić jako dobro, a co jako zło – pozostał bez zmian.

Niesamowicie podobało mi się też to, że twórcy serialu nie zdecydowali się na to, aby przedstawić fabułę książki w skali 1:1. Nie o to, w mojej opinii, chodzi w adaptacji. Co więcej, zmiana kolejności wydarzeń przedstawionych w serialu, w żaden sposób nie wpływa negatywnie na odbiór całej historii. Sądzę, że taki zabieg bardzo dobrze obrazuje też to, jak uniwersalna jest w swoim wydźwięku książka Jakuba Żulczyka.

Nie ukrywam, że nigdy wcześniej nie miałam styczności z twórczością Żulczyka. Ślepnąc od świateł, to moja pierwsza książka tego autora, jednak już wiem, że nie będzie ona ostatnią. Zdecydowanie przypadł mi do gustu język, którym w swojej powieści posługuje się Żulczyk. Zbliżony jest do twórczości takich autorów jak chociażby Dorota Masłowska, czy Miłoszewski. To język, który może dotrzeć przede wszystkim do pokolenia millenialsów, ale nie tylko do nich. Starsi czytelnicy, jeśli tylko lubią nieoczywiste historie z wątkiem kryminalnym w tle, także powinni sięgnąć po tę książkę i jestem niemalże pewna, że przypadnie im ona do gustu.

Jeśli nie czytaliście Ślepnąc od świateł, a zastanawiacie się, czy obejrzeć serial, to polecam Wam (wyjątkowo!), zacząć od serialu. Wówczas książka z całą pewnością stanie się dla Was dużo prostsza w odbiorze. Znajdziecie też więcej „smaczków” w czasie lektury. Być może będzie też tak, jak w moim przypadku, czyli że po lekturze książki, ponownie wrócicie do serialu. Jedno jest jednak pewne: Ślepnąc od świateł nie tylko trzeba obejrzeć, ale też przeczytać!

Wpis powstał przy współpracy z PocketBook.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close

Tu mnie znajdziesz! Lajkuj, obserwuj - będziesz na bieżąco!