Świetny fanfik do Hellboya, panie del Toro – recenzja przedpremierowa Shape of water

Najnowszy film Guillermo del Toro nie porwał mnie jakoś specjalnie. Nie zmienia to jednak faktu, że Shape of water jest bardzo dobrym filmem, tyle tylko, że to nie do końca moja bajka. Del Toro, jak zwykle w swoich filmach, zadaje ważne pytania, na które odpowiedzi wcale nie są takie jednoznaczne. W przypadku Shape of water – powiedziałabym nawet, że ciężko znaleźć na nie jakąkolwiek odpowiedź, która może zostać uznana za wyczerpującą.

Shape of water, opowiada historię kobiety, która jest niemową. Eliza Esposito, bo tak nazywa się nasza bohaterka, nie ma rodziny. Możemy jedynie przypuszczać, że wychowała się w sierocińcu. Jedyną bliską dla niej osobą, jest mieszkający naprzeciwko niej Giles – rysownik, artysta, który jednak nie do końca wie, jak zarabiać pieniądze. Drugą, niemniej bliską dla naszej bohaterki osobą jest Zelda Fuller – koleżanka z pracy. W zasadzie na tym można byłoby zakończyć wymianę bohaterów, którzy są w taki czy inny sposób bliscy dla Elizy. Nasza bohaterka pracuje w miejscu, gdzie przeprowadzane są skomplikowane operacje – jest to jakieś laboratorium rządowe czy coś w tym guście. W każdym razie – sprząta tam, podobnie jak Zelda. Każdy ich dzień, wygląda niemalże identycznie – przychodzą do pracy, podbijają karty, pracują, wychodzą…Aż do dnia, w którym Eliza odkrywa w jednym z pomieszczeń człowieka Amfibię – istotę tak obcą i dziwną, że to aż nie pojęte. Eliza nawiązuje, dość specyficzną co prawda, relację z tymże człowiekiem Amfibią i od tego czasu, jej życie już nie jest takie samo.

Zdaję sobie sprawę, że opis fabuły jest absolutnie niewiele mówiący ale celowo tak go napisałam. Jeślibym bowiem zaczęła zagłębiać się w większą ilość detali fabularnych, mogłabym otrzeć się o spoilery, a nie o to tutaj chodzi.

Zacznijmy jednak od moich pierwszych skojarzeń, jakie nasunęły mi się po seansie. Przede wszystkim, miałam niejasne wrażenie, że ja gdzieś już to wszystko widziałam, tylko w trochę innej formie. Zastanawiałam się bardzo długo gdzie i o ile ze znalezieniem odpowiednika naszej bohaterki, którym okazała się kultowa Amelia Poulain nie miałam najmniejszych problemów (szczególnie po tym, jak wyglądał niemalże każdy jej poranek przed spotkaniem człowieka amfibii) o tyle z samym człowiekiem amfibią, miałam pewien kłopot. Gdzieś pod sam koniec seansu, moje trybiki radośnie zaczęły krzyczeć: hej, człowiek amfibia, to jest przecież nieco inna wersja Abe Sapiena. I wierzcie mi, niewiele się pomyliłam, bo jedna i druga postać, grana jest przez tego samego aktora. Przypadek? Optymistycznie zakładam, że del toro po prostu chciał zrobić jakiś spin-off do Hellboya, ale wiecie, prawa autorskie, te sprawy. No więc zrobił Shape of water.

Absolutnie, ale to absolutnie szanuję każdy jeden casting w tym filmie. To, jak aktorzy są doskonale dobrani do ról, to jest majstersztyk. Każdy jest indywidualny, każdemu w mniejszym lub większym stopniu kibicujemy a niektórych darzymy szczerą niechęcią – nawet jeśli grają bardzo, ale to bardzo typowe dla siebie role…Tak, ten fragment jest o Michaelu Shannonie. Zdecydowanie jednak moje serducho kupiła Sally Hawkins. Przede wszystkim dlatego, że niesamowicie wiarygodnie oddała postać, która gra. Wystarczy obejrzeć kilka wywiadów z aktorką i na pewno przyznacie mi rację, że ona jest trochę takim freakiem. Taka niedopasowana. Inna. Dokładnie taka, jaką postacią jest Eliza Esposito.

Kiedy mówię o kreacjach aktorskich, nie mogę pominąć drugiego planu, bo przyznaję, że miałam mały mindfuck. Jakiś czas temu, publikowałam tu recenzję Call me by your name, w której bardzo chwaliłam Michaela Stuhlbarga. To on wcielał się w postać dr Perlmana – dojrzałego mężczyzny, z lekką nadwagą, brodą i takiego wiecie, poczciwego. Takiego prawdziwego ojca nastolatka. No i o mało co nie spadłam z krzesła – kiedy okazało się, że dokładnie ten sam aktor, Michael Stuhlbarg, gra w Shape of water dr Roberta Hoffstetlera. Dlaczego o tym wspominam? Bo to są dwie, absolutnie różne, ale tak różne, że bardziej się chyba nie da, postaci. Nie tylko pod względem charakteru, ale też (a może zwłaszcza?) wizualnie. Ja nie mam pojęcia, co tam się stało w tej charakteryzatorni, ale mnie się to bardzo, ale to bardzo podoba. Ktokolwiek ją robił, ma mój szacunek.

Nominacja do Oscara dla Octavii Spencer, też jest moim zdaniem w stu procentach uzasadniona. Aktorka doskonale wie, po co jest w danym miejscu, nie próbuje być „na siłę fajna”, nie stara się nawet na moment kraść show, które w tym przypadku należy do Sally Hawkins. Jednocześnie, między aktorkami jest fantastyczna chemia – przysięgam, to bardzo, ale to bardzo dobre partnerowanie jest.

Muzyka jest niezwykle ważnym elementem każdej produkcji. Czasem jest tak, że niestety jest ona bardzo średnia. Czasem jest tak, ze jest absolutnie genialna, ale nijak ma się do tego, co oglądamy. A czasem – jak w przypadku Shape of water – jest dokładnie taka, jaka być powinna. Cały soundtrack jest bardzo, bardzo klimatyczny. Można odnieść wrażenie, że jest…Wodny. Znaczy chodzi mi o to, że dźwięki, które słyszymy, mogą potencjalnie imitować wodę. A jednocześnie – co absolutnie należy podkreślić – kompozycje Alexandra Desplat’a są bardzo mocno osadzone w stylistyce lat sześćdziesiątych. Co jest o tyle ważne, że mniej więcej w tych czasach, rozgrywa się akcja filmu. Naprawdę rzadko mi się zdarza, żeby pomimo niekoniecznie porywającej mnie fabuły, była tak bardzo zachwycona soundtrackiem. Ale z drugiej strony o czym my mówimy. To przecież Alexander Desplat – człowiek, który stoi za muzyką do takich filmów jak Grand Budapest Hotel, czy Boskiej Florence, nie wspominając już o Dziewczynie z portretu. Także wiecie, może fabuła mnie nie porwała, ale soundtrack mnie zaczarował.

Przejdźmy jednak teraz do tego, co na maturze kryło się pod słynnym i kultowym już pytaniem: Co autor miał na myśli? W przypadku Shape of water, nie ma jednoznacznej odpowiedzi, co już wcześniej wspomniałam. Del Toro jednak porusza bardzo ważne kwestie, które- szczególnie w dzisiejszych czasach – nie mogą, a nawet nie powinny zostać przemilczane. W jednej ze scen, pada bowiem to pytanie aż zbyt dosadnie i wierzcie lub nie – jak bardzo nie porwała mnie fabuła, tak ta scena absolutnie mnie ruszyła, nie wiem nawet czy nie za bardzo. Pod płaszczykiem historii trochę na modłę Pięknej i Bestii, del Toro bardzo wyraźnie próbuje znaleźć odpowiedź na pytanie: Co to znaczy być innym? Czy to znaczy, że mamy inny kolor skóry?Albo że żyjemy w innym miejscu na ziemi? Albo czy też to, że np. nie mówimy czy nie słyszymy? Skoro wizualnie jesteśmy do siebie podobni – oczywiście w kontekście naszych bohaterów – to czy mamy prawo skazywać jednego z nas na cierpienie i pewną śmierć, tylko dlatego, że jest INNY? W Shape of water zostały przedstawione oczywiście dwa skrajne stanowiska, jeśli chodzi o odpowiedź na to pytanie. Ale nie można w tym wszystkim pominąć postaci dr Roberta Hoffstetlera, który nie do końca opowiadał się po którejkolwiek ze stron. W zasadzie trudno jest mi ocenić tę postać, bo nie była ona jednoznaczna. Z jednej strony – jawnie przyczyniała się do czynienia zła. Z drugiej zaś, doskonale wiedzieliśmy, że w tej postaci jest „drugie dno” o ile można w ogóle tak powiedzieć. Myślę sobie, że to bardzo uniwersalne, a jednocześnie niesamowicie poprawne politycznie zagranie. Del Toro bowiem tak konstruuje swoich bohaterów, aby w ostatecznym rozrachunku, nie dać nam tak naprawdę żadnej odpowiedzi, a jedynie zmusić do myślenia.

Shape of water ogląda się wspaniale, choć muszę przyznać, że jak dla mnie, ekspozycja jest ciut przydługa. Ale ja po prostu z reguły nie lubię filmów powolnych i statycznych. Niemniej jednak, wcale nie uważam, żeby ta dość długa ekspozycja czy statyka filmu, wpływały na niego niekorzystnie. Jestem prawie pewna, że znajdą się i tacy, którzy uznają Shape of water za jeden z najlepszych filmów del Toro. No cóż, ja do nich nie należę. Doceniam jednak wszystko, co zostało zrobione w tej produkcji. Widać też, że reżyser tak po prostu, po ludzku chciał ten film zrobić. Dla mnie jednak, nadal jest to swego rodzaju fanfik do Hellboya. Ale jak już wiecie, ja lubię fanfiki a ten był naprawdę zajebisty.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close

Tu mnie znajdziesz! Lajkuj, obserwuj - będziesz na bieżąco!