Serialu dobrego chcę czyli OITNB

Orange is The New Black oglądam od samego początku. Przyznaję szczerze, że książki, na której podstawie powstał serial, nie czytałam, ale czeka ona cierpliwie na swoja kolej. Nie mniej jednak, uznałam, że czas dość ostro przeciwstawić się paskudnej chorobie i niemocy twórczej i napisać wpis. Wpis jednak nie będzie typową recenzją, czy też wrażeniami po serialu, bowiem materiału jest tutaj znacznie więcej. Orange Is The New Black zaskoczyło mnie i to bardzo pozytywnie, jeśli chodzi o ostatni sezon.

Zacznijmy jednak od tego, co zawsze stanowiło osnowę tej produkcji. Otóż serial OITNB zawsze poruszał te kwestie, które dla Amerykanów ( i nie tylko) stanowiły pewien problem. Mieliśmy tu już do czynienia z niezrozumieniem społecznym, z podziałem klasowym, nawet z homofobią. Zawsze jednak wszystkie te problemy, były ukazywane delikatnie, bez nadmiernej ekspozycji. Serial zawsze oscylował gdzieś na granicy problemu, a nie zaś w jego epicentrum. Być może dlatego, oglądałam go zawsze jednym tchem. Tym razem jednak stało się inaczej.

Przede wszystkim, jeśli chodzi o moje oglądanie 4 sezonu OITNB, to w przeciwieństwie do poprzednich, nie dałam rady obejrzeć go jednym ciągiem. Nie dlatego, że serial był zły, czy nieciekawy. Najzwyczajniej w świecie, był ciężki. Twórcy serialu postanowili pójść bowiem o krok dalej, jeśli chodzi o wyeksponowanie problemu, który został w tym sezonie poruszony. Chodzi mianowicie o kwestie rasistowskie i związane z władzą totalitarną. Dwa nieco odległe od siebie pojęcia, jednakże przedstawione w sposób bardzo spójny.

OITNB, zawsze starało się uświadamiać swoich widzów. Zazwyczaj jednak, miało to miejsce za pomocą postaci, bądź też ich reakcji na daną sytuację. Co więcej, bardzo często problem uświadamiała jedna bądź dwie postaci. W przypadku ostatniego sezonu, mieliśmy do czynienia z nakreśleniem problemu przez całą społeczność zakładu karnego w Litchfield.

Jeśli ktoś z Was zapomniał, jak skończył się sezon 3, to przypomnę: Sophia Burset, (transseksualista) została dotkliwie pobita i, zupełnie bez podstaw, zamknięta w izolatce. To jak, jak się okazało, był przyczynek do tego, co pokazał nam sezon czwarty.

Zaczęło się dość, powiedziałabym, mocno, bo od… Poćwiartowania zwłok przez osadzone. Działały one w obronie własnej, jednakże zbrodnia pozostaje zbrodnią. Nasze bohaterki są jednak sprytne i, w zasadzie do końca sezonu, nikt nie wnikał w to kto i co jest zakopane pod słonecznikami w ogrodzie.

O ile przez pierwszy i w sumie trochę drugiego sezonu, serial mocno skupiał się na głównej bohaterce – Piper Chapman, o tyle w sezonie trzecim zeszła ona na dalszy plan. W gruncie rzeczy mi to nie przeszkadzało, zwłaszcza, że twórcy postanowili ukazać więzienie w Litchfield jako społeczność, nie zaś jako miejsce pobytu jednostki. Stąd też zepchnięcie na dalszy plan Piper, wydawało mi się zabiegiem zrozumiałym. W sezonie czwartym, Piper znów wychodzi na plan pierwszy i to w całkiem konkretnym celu. Pomijając jej działania mające na celu niekoniecznie legalny zarobek podczas pobytu w więzieniu, Piper zostaje z jakiegoś powodu uznana za przywódczynię nazistowskiej organizacji. Początkowo to wszystko miało wyglądać zupełnie inaczej – Piper jedynie chciała „wystraszyć” konkurencję, jednakże efekt finalny zaskoczył chyba nie tylko główną zainteresowaną, ale wszystkie osadzone.

Twórcy serialu świetnie zarysowali tutaj podziały, które są obecne na całym świecie, a mianowicie, chodzi tu o podziały ze względu na kolor skóry. I o ile we wcześniejszych sezonach mieliśmy styczność z takim problemem, o tyle z pewnością nie był on przedstawiony aż w takim dużym stopniu. Dochodzi do tego, że na Piper szykowana jest zemsta – zostaje jej wypalona w skórze swastyka i to ostatecznie „łamie” naszą główną bohaterkę. Wydarzenie to jest niejako symboliczne, ponieważ Piper zaczyna zdawać sobie sprawę z tego, jak wiele bardzo złych decyzji podjęła. Wypowiada też w którymś momencie kwestię, którą śmiało można zinterpretować jako swoiste przyznanie się do winy. Piper, żyła w przekonaniu, że ona „nie jest taka jak inne osadzone”. Po wydarzeniach czwartego sezonu, nie mogła jednak przyznać, że jest w jakikolwiek sposób lepsza od pozostałych. Jest dokładnie takim samym człowiekiem, jak reszta osadzonych.

Rasizm i wynikające z niego podziały, nie są jednak jedynymi i co najważniejsze – głównymi problemami ostatniego sezonu OITNB. To, co mnie osobiście absolutnie kupiło, to przedstawienie społeczności więziennej jako jednej, spójnej całości. Tak, dobrze czytacie. Mimo tych wszystkich podziałów wewnętrznych, które w tamtejszym więzieniu funkcjonują, twórcy pokazali, że osadzone tworzą jedną i to bardzo spójną, społeczność.

Tu z kolei wchodzimy w kwestię związaną z wprowadzeniem do serialu nowej postaci, a mianowicie strażnika o dość specyficznym nazwisku – Piscatella. Piscatella ma zastępować Caputo – który to z kolei, w wyniku wykupienia zakładu karnego przez jedną z tamtejszych korporacji, zyskuje wyższe stanowisko. W skrócie: Caputo dostaje awans, na jego miejsce wchodzi Piscatella. Przyjrzyjmy się przez moment właśnie jego postaci.

Po odejściu kilku strażników, którzy nie zgadzali się z dyrektywami wprowadzanymi do więzienia przez korporację, Joe Caputo został zmuszony zatrudnić innych strażników. Zatrudnił Piscatellę i „jego ludzi”, co w ostatecznym rozrachunku nie było najlepszym posunięciem, ale po kolei.

Piscatella jest rosłym mężczyzną, o twardych zasadach. Wygląda męsko ( oczywiście wedle najbardziej stereotypowego kanonu) i przy tym wszystkim jest…Gejem. To chyba największy dowcip w całej jego postaci, jeśli weźmiemy pod uwagę wszystko to, czego się dopuścił. Strażnik jest bowiem absolutnie bezwzględny wobec osadzonych. Dla niego nie są one ludźmi a, jak często podkreśla, kryminalistkami. Nie mają według niego żadnych praw, jedynie takie, które nakazuje im odbywanie kary. Jak nie trudno się domyślić, daje wyraz swoim poglądom w sposobie traktowania osadzonych. Nagle zaczynają się kontrole, przeszukania i coraz bardziej absurdalne kary. Dość, że za „niesubordynację” jedna z osadzonych musiała stać na stole przez kilka dni. „Zejdzie wtedy, kiedy przeprosi” – tak brzmiał rozkaz Piscatelli. Przyznacie, że nawet jak na zakład karny, są to dość drastyczne kary. Co więcej, Piscatella nie ma faktycznej władzy nad swoimi podwładnymi. Nie wie co robią inni strażnicy, a nawet, jeśli wie, że jest to niezgodne ze wszelkimi normami, umiejętnie wszystko tuszuje.

Piscatella jest dyktatorem. Dyktatorem i manipulantem, z tym nie można się w żaden sposób nie zgodzić. I wiecie co? Kogoś mi jego postać przypomina. Analogiczną postacią do Piscatelli jest bez wątpienia siostra Ratched z Lotu nad kukułczym gniazdem. Obie te postaci są swego rodzaju dyktatorami, obie dążą do tego, aby całkowicie zapanować nad społecznością, która została im powierzona. To jednak tylko metafora, ponieważ, jakkolwiek może nas to całe zjawisko niepokoić, czy też denerwować, należy przyznać, że jest ono bardzo prawdziwe.  Bardziej jednak należałoby się skupić na samej idei totalitaryzmu, która jest obecna nie tylko w państwach, ale też przede wszystkim w rożnego rodzaju instytucjach. Wszelkie korporacje, duże firmy, czy koncerny – one wszystkie działają na zasadzie właśnie totalitaryzmu. Uwydatnienie tego problemu w OITNB, miało jasno określony cel.

Jak pokazują wydarzenia ostatniego sezonu, totalitarna władza nie jest niczym dobrym. Nie liczy się tutaj nic, poza tym, czego oczekuje „góra”. Świetnie zobrazowała to jedna ze scen, której główną bohaterka jest osadzona Washington. Niepozorna, mała i stosunkowo słaba kobieta, która zostaje zaatakowana przez dużo silniejszego od niej strażnika. Mimo próśb osadzonej, atak nie ustępował a jego konsekwencje były tragiczne. W szerszej perspektywie, można śmiało pokusić się o zastosowanie analogii pomiędzy społecznością więzienną, a tym, jak obecnie działają duże firmy i jak bardzo są one nieczułe wobec człowieka.

Nawiązanie do siostry oddziałowej z Lotu nad kukułczym gniazdem, nie jest jedynym, które twórcy serialu zdecydowali się tutaj wprowadzić. W jednym z ostatnich odcinków, pojawiło się bardzo oczywiste nawiązanie do Stowarzyszenia umarłych poetów. Po próbie pacyfikacji rzekomo groźnej więźniarki, wszystkie pozostałe, jak jeden mąż, wchodzą na stoły w stołówce. Brakuje jeszcze tylko, by zaczęły krzyczeć „O kapitanie, mój kapitanie!” (Swoją drogą, stopień, który miał Piscatella, to właśnie kapitan). Ma to być ich protest przeciwko temu, co dzieje się w zakładzie. Wszystkie, niezależnie od tego, jakiego są wyznania, koloru skóry, czy też do jakiego grupy społecznej przynależą, łączą się razem właśnie na znak protestu. Scena ta bardzo pięknie oddaje to, jak można się zjednoczyć, kiedy cel jest wspólny. Osadzone zapominają o dzielących je podziałach, w niepamięć idą wszystkie konflikty. W obliczu zagrożenia, jakie ich zdaniem stanowią nowe porządki panujące w zakładzie karnym, jednoczy się cała społeczność.

Wydawać by się mogło, że twórcom serialu udało się stworzyć obraz niemalże idealny. To nie jest jednak tak, że więźniarki są tutaj bez jakiejkolwiek winy. Nadal możemy obserwować ich wewnętrzne porachunki, widzimy bardzo dokładnie jak działają poszczególne „gangi”. Wszystko to jednak schodzi na dalszy plan, jeśli cała społeczność staje w obliczu zagrożenia.

W tym wszystkim, nie można też pominąć znaczenia postaci Caputo. Przyznaję szczerze, że przez większość serialu bardzo mnie on irytował, szczególnie to, jak bardzo wydawał być się ślepy, na to co dzieje się w jego zakładzie. Muszę jednak przyznać, że im bliżej zdawał się być koniec sezonu tym bardziej postać Joe Caputo rehabilitowała się. W ostatnich odcinkach pokazał, kto tak naprawdę rządzi w Litchfield i, że z całą pewnością nie jest to korporacja, które je kupiła, ani tym bardziej Piscatella. W obliczu tragedii, która się wydarzyła, to Joe Caputo właśnie, jak nie przymierzając jakiś heros, staje na przysłowiowej głowie, byle by tylko udało mu się uspokoić sytuację i zażegnać konflikt. Nie bez przyczyny też jest pokazane to, jak dużym szacunkiem darzą go osadzone. Caputo w gruncie rzeczy je lubi i temu daje też wyraz kupując Taystee zegarek, czy robiąc wszystko, co w jego mocy, aby Sophia wróciła z izolatki. Jego działania w żaden sposób nie są nakierowane na szkodę więźniarek. Biorąc jednak pod uwagę to, co działo się przez cały sezon, można śmiało powiedzieć, że Caputo to taki Syn Marnotrawny czwartego sezonu. Najpierw pozostawił on w zasadzie samym sobie więźniarki na pastwę Piscatelli, by potem, starać się naprawiać wszystko to, co do tej pory zepsuł. To dobrze rokuje i pokazuje, że nawet najbardziej pogubiony człowiek, jest w stanie wrócić z wcześniej, mylnie obranej, ścieżki.

No i w zasadzie ostatnia rzecz, która bardzo mnie ujęła i jednocześnie wzruszyła, jeśli chodzi o ostatni sezon serialu. Już wcześniej mieliśmy do czynienia z takimi praktykami, jednakże to, co twórcy serialu zrobili w ostatnim odcinku, wzruszyło do granic możliwości moje małe, czarne serduszko.

Wspomnienia więźniarek z czasów, kiedy jeszcze nimi nie były to zawsze był stały element serialu. Warto jednak podkreślić, że zawsze były one jedynie naszkicowane, zarysowane i chodziło w dużej mierze o to aby jedynie zarysować to, co się z nimi działo, jedynie nakreślić ich historię. W ostatnim odcinku czwartego sezonu też mieliśmy tzw flashback, jednakże był on zrobiony z dużym naciskiem na emocje. I, muszę przyznać, że efekt był bardzo dobry.

Poussey Washington była normalną, uśmiechniętą dziewczyną. We wspomnieniach, widzimy to, ile radości sprawiały jej najzwyklejsze proste rzeczy. Jak potrafiła się cieszyć tym, co akurat dał jej los. Jedyną rzeczą, która niejako wychodziła poza margines tych dobrych, było…Posiadanie narkotyków, za co też została wsadzona do więzienia. Musimy jednak wiedzieć, że wcale nie był to wyrok wysoki, zaledwie kilka lat. Dwa, może trzy. W porównaniu z wyrokami za zabójstwa czy kradzież samochodów, to rzeczywiście przysłowiowe „małe miki”. Jednakże sama historia osadzonej Washington to nic. To, jak została ona zakończona, to istny majstersztyk. Pierwszy raz odkąd oglądam serial, miałam okazję oglądać przełamywanie w nim czwartej ściany. Może nie było ono w żaden sposób spektakularne, ale za to jak działało na emocje widza. Wierzcie mi, jakkolwiek fabuła czwartego sezonu jest ciężka i momentami bardzo trudna w odbiorze, tak dla tego jednego momentu warto przebrnąć przez te trzynaście odcinków.

To przełamanie czwartej ściany też nie było bezcelowe. W zestawieniu z wydarzeniami, które miały miejsce w kilku ostatnich odcinkach serialu, dawało ono piękny kontrast. Piękny, bo tak bardzo bijący po oczach, że chyba bardziej się nie dało. To właśnie najbardziej cenię w różnego rodzaju produkcjach – kontrasty, które zostały stworzone „po coś” a nie po to, żeby serial „ładnie się oglądało”. W całym czwartym sezonie, poza tym, że zostały poruszone najróżniejsze kwestie problematyczne, chodziło też o jeszcze jedną, moim zdaniem chyba najbardziej istotną rzecz, a mianowicie o człowieczeństwo.

Więzienie jest bardzo specyficznym miejscem. W różnych środkach przekazu jest ono rożnie ukazywane, zawsze jednak tym obrazom towarzyszy przemoc i brak jakichkolwiek moralnych zasad. W OITNB bardzo starano się przełamać ten stereotyp. Osadzone nadal pozostają ludźmi. Nadal mają dylematy moralne i nadal dążą do osiągnięcia sprawiedliwości. Czasem wymierzają ją na własną rękę, czasem jest to też jedyne wyjście z sytuacji. Nigdy jednak się nie usprawiedliwiają. Są do końca świadome czynu, za które zostały wsadzone do więzienia. To, ile pokory jest w nich, budzi naprawdę duży podziw. Czasem można też odnieść wrażenie, mylne co prawda ale jednak, że pobyt w więzieniu nie jest czymś najgorszym w życiu. Po prostu jest to konsekwencja tego, co się zrobiło w przeszłości. Była wina, musi być i kara.

Czwarty sezon OITNB jest co najmniej dwie klasy wyżej od poprzednich. Nie tylko ze względu na bardzo mocne wyeksponowanie problemu, ale w dużej mierze ze względu na fabułę. Potęgą tego serialu, przynajmniej przez trzy pierwsze sezony, były w pierwszej kolejności ciekawe postaci. W czwartym sezonie, do barwnych postaci, możemy dodać też interesującą i posiadającą mocne zwroty akcji, fabułę. Takie połączenie zdarza się bardzo rzadko, szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę seriale, które do tej pory mają już kilka sezonów. Warto też zaznaczyć, że mimo ponownego wyeksponowania głównej bohaterki, nadal jesteśmy w stanie niejako wejść w społeczność zakładu karnego w Litchfield i tym samym spojrzeć na nią całościowo. Ważne są też te wszystkie odwołania kulturowe oraz motywy, które pojawiają się w serialu. Tego wcześniej nie było, a jeśli się pojawiały, to nie w tak dużym stopniu – bądź też w formie żartu. Tutaj nie ma mowy o traktowaniu tych odniesień  jako żart. Mają one swoją jasno określoną funkcję. Nie powiem, żeby serial nagle stał się swoistą formą współczesnego moralitetu, natomiast z całą pewnością zmusza on widza do myślenia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close

Tu mnie znajdziesz! Lajkuj, obserwuj - będziesz na bieżąco!