Serialami jesień się zaczyna

Jesień rozpanoszyła się na dobre. Za oknami nie uświadczymy już soczyście zielonych liści czy też pięknie kwitnących kwiatów. W zamian, możemy znaleźć, leżące niemalże pod naszymi nogami kasztany, czy też kolorowe liście. Jesień to okres kiedy zmiany w naturze są bardzo zauważalne i nie mówię tu tylko o temperaturze która spada znacząco. W związku z powyższym, na blogu też zmiany. Postanowiłam odświeżyć fy py na fejsbuku, zmienić banner i w ostateczności nazwa tez została zmieniona. Czy są to zmiany na lepsze? Nie mnie oceniać. Ja się tylko cieszę, że w końcu na tej cholernej platformie na W wszystko ładnie działa.  Nie będę jednak poświęcała całej notki zmianom blogowym i aurze obecnie nas otaczającej. Jesień to też koniec sezonu ogórkowego w serialach i filmach. Czekałam na kilka pozycji. Kilka zostało mi poleconych. O kilku wolałabym w ogóle nie usłyszeć. Zacznijmy jednak od początku.

God bless Ron Perlman czyli Hand of God.

Przeglądając tegoroczne jesienne premiery, trafiłam na Hand of God. Czytając o czym to w zasadzie jest, uznałam, że spoko, można obejrzeć, przynajmniej nie jest to kolejny akcyjniak w moim dorobku. A potem zobaczyłam, kto gra główną rolę i moje życie od razu stało się lepsze. Ron Perlman. Ten sam, który grał znienawidzonego przeze mnie skądinąd Claya w Sons of Anarchy, Hannibala Chau w Pacific Rim czy Felsona w Polowaniu na Czarownicę. Dokładnie ten sam. Zatem obejrzałam.pobrane (1)

To było tak dobre! Mamy tutaj dość ciekawą historię, a mianowicie skorumpowany  sędzia, w którego rolę wciela się właśnie wspomniany wcześniej Perlman, doznaje nagłego nawrócenia i zaczyna słyszeć i widzieć rzeczy, będące w jego mniemaniu znakami od Boga. Brzmi dziwnie, wiem. Natomiast całość poprowadzona jest w taki sposób, że naprawde ogląda się to przyjemnie.
Pozostali bohaterowie patrzą na naszego sędziego z lekkim pobłażaniem widząc jego wybryki( mówienie w „językach” stojąc nago pośrodku miejskiej fontanny czy podążanie za niewidocznym dla innych strumieniem to niekoniecznie powszechnie pożądane zachowania). Żona i synowa usprawiedliwiają to poniekąd traumą, powstałą na skutek popełnienia samobójstwa przez syna sędziego Harrisa. Całość ma zatem nieco komediową otoczkę. Natomiast najlepsze w tym wszystkim jest to, że Harris tak naprawdę ma rację. Tu mały nie do końca spoiler: potwierdzenie tego, że jednak ma rację dostajemy na sam koniec pilotowego odcinka.

W tym serialu zagrało wszystko: aktorzy są dobrani adekwatnie do ról. Dialogi nie męczą, nie robią z widza przysłowiowego idioty. Reżyseria i prowadzenie całości nie nuży, a wręcz zachęca do dalszego oglądania. Przykro mi to przyznać, ale tego typu produkcji jest obecnie niewiele. Dodatkowo Hand of God ma to, czego brakowało mi ostatnio w serialach: lekkość serialu obyczajowego, połączoną z komedią i dramatem. Tak, moi mili: da się. I co więcej, jest to zrobione dobrze. Z czystym sumieniem mogę polecić tę produkcję Amazonu, każdemu fanowi (i nie tylko) Rona Perlmana.

Blindspot czyli jak nie stać się kolejnym The Blacklist.

Do Blindspot podchodziłam ze sporą rezerwą. Pilota owszem obejrzałam z zapartym tchem, ale istniała dość spora szansa na to, że zostanie on sprowadzony do „sprawy i mordercy tygodnia” i nic poza tym. Na szczęście, drugi odcinek pokazał, że twórcy usilnie starają się tego NIE ZROBIĆ.pobrane (3)

Mamy nietypową historię, bo naszą główną bohaterką jest dziewczyna znikąd. Nie wiemy o niej praktycznie nic, ani kim jest, ani co robiła ani nawet jak ma na imię. Roboczo została nazwana Jane Doe i tego póki co się trzymajmy. Dziewczyna, poza tym, że nie wie o sobie nic, bo ktoś wymazał jej pamięć, ma ciało pokryte tatuażami. Całe ciało. Te tatuaże stanowią swoistą mapę i właśnie dzięki nim, nasza Jane Doe trafia do FBI. Konkretniej do jednego z członków FBI, Kurta Wellera, albowiem to jego imię i nazwisko jest jednym z największych tatuaży naszej dziewczyny.  I ot cała historia. Kurt wraz z praktycznie całym sztabem FBI stara się ustalić kim jest, skąd pochodzi i czemu Jane Doe trafiła właśnie do niego. W trakcie śledztwa wychodzą coraz to nowe fakty i nasza historia zaczyna się pomału układać. Prawie jak puzzle.

Żebyśmy mieli jasność: serial nie jest niczym wybitnym, ot akcyjniak z nutką kryminału. Całkiem przyjemnie się to ogląda, ale nie żeby zaraz z zapartym tchem. Duży plus za to, że sprawy ładnie się ze sobą łączą, nie są odcięte, na zasadzie: hej, skończyliśmy tydzień, zapominamy o poprzednim bad guy’u i przechodzimy dalej. Tego tutaj nie ma i bardzo dobrze. Mamy ciągłość fabularną, a poza historią Jane jest jeszcze tajemnica Kurta Wellera, bo jakżeby inaczej i oczywiście łączą się one ze sobą. Tak, to też jest dość typowy motyw jeśli chodzi o tego typu seriale. Jednakże pomimo całej tej typowości i bazowania na schematach, serial jest dobry. Nie jakoś wybitny, ale zwyczajnie dobry. Jak ktoś lubi akcyjniaki i kryminały, to spokojnie może oglądać.

The Muppets. Just The Muppets.

Jako dziecko uwielbiałam Muppet Show. Solidarnie wraz z koleżankami z podwórka nie lubiłyśmy Piggy za jej tępote i to, jak traktowała Kermita, natomiast samego Kermita uwielbiałam. I mi zostało do dziś. W momencie kiedy dowiedziałam się, że ABC wypuszcza uwielbiane, jeśli nie przez wszystkich, to przez większość, Muppety moje serce się uradowało. Miałam wobec tej produkcji pewne oczekiwania i zostały one w 100% spełnione.pobrane (2)

Pamiętając konwencję starego, poczciwego The Muppet Show, przyznaję szczerze, że oczekiwałam od „tych nowych Muppetów” powrotu do tejże konwencji. I nie zawiodłam się. Mamy tu bowiem krótkie wywiady „one by one”, mamy mnóstwo śmiesznych gagów no i oczywiście inteligentne i nie starające się zrobić z widza idioty, dialogi. Czyli w skrócie – dokładnie to, co najbardziej ceniłam w Muppetach z dzieciństwa. Nie będę się rozwodzić zbytnio nad tą produkcją bo kto oglądał The Muppet Show, ten wie o czym mowa. A kto nie oglądał, niech obejrzy. To klasyka. I w przypadku „nowych” Muppetów też mamy powrót do klasyki. A to jest coś, co w zupełności staje się powodem do oglądania uroczych stworków, nawet jeśli trwają tylko 21 minut.

Prokurator czyli żeby nie było, że cudze chwalicie a swego nie znacie.

To nie tak, że nie lubię polskich seriali. One po prostu w większości są tragiczne i robią z widza idiotę. Takiego, któremu spokojnie można sprzedać papkę i ten bogu ducha winny widz ją ładnie zje i jeszcze podziękuje. Między innymi dlatego nie oglądam już praktycznie żadnych polskich seriali, a jesli już, to na zasadzie guilty pleasure, ale o tym sza. Natomiast jeśli chodzi o „Prokuratora” to jestem mile zaskoczona.z18603957Q,-Prokurator----nowy-serial-TVP--Jacek-Koman-gra-pr

To chyba pierwsza od baaaaaardzo dawna produkcja, która nie traktuje widza jak idioty. TVP HD, bo zdaje się że to oni to wypuszczają postawiło przede wszystkim na całkiem niezłą obsadę (Magdalena Cielecka, Jacek Koman, Wojciech Zieliński, Dorota Kolak) oraz…Dobrego reżysera. Myślę, że to zasługa tego, iż wzięli się za to młodzi ludzie. I zrobili coś, co nie uwłacza widzowi. Za to, duże brawa. Nie jest jednak az tak pięknie, bowiem serial ma mnóstwo niedociągnięć i momentów słabych. Niektóre wątki sa albo bagatelizowane mimo, że nie powinny być a inne z kolei rozciągane aż za bardzo. Poza tym, mamy tu konwencję, której nie lubię a mianowicie „sprawa tygodnia”. Oczywiście jest ta „wielka tajemnica” tytuowego prokuratora, nie mniej jednak, to nadal jest schemat „sprawa tygodnia”. Aczkolwiek, mimo tych wszystkich niedociągnięć, serial ogląda się nieźle. Dialogi sa inteligentne, żarty dopasowane do sytuacji. Poza tym, cieszy mnie też to, że twórcy zaczynają wprowadzać do naszego polskiego, serialowego podwórka granie ciałem. Co mam na mysli? A mianowicie to, że nie wszystko musi być dosłownie powiedziane, żeby odbiorca wiedział o co chodzi. I w „Prokuratorze” dokładnie to mamy. Duży plus też za czołówkę serialu, która w porównaniu z innymi naszymi rodzimymi produkcjami jest naprawde oryginalna.  Jesli już ktoś koniecznie musi polski serial oglądać, to niech to będzie „Prokurator” a nie „M jak Miłość” czy inna „Plebania”.

Póki co, to tyle jesli chodzi o moją serialową jesień. Na pewno będę chciała jeszcze zobaczyć „Limitless” ale wpis o nim pojawi się na pewno na zasadzie porównania filmu i serialu. Myślę, że to będzie najlepsze wyjście, zważywszy na fakt, że serial „Limitless” jest bezpośrednim sequelem filmu. Tymczasem uciekam oglądać drugi sezon „iZombie” z nadzieją, że jest to nadal tak przyjemne w odbiorze jak było za czasów pierwszego sezonu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close

Tu mnie znajdziesz! Lajkuj, obserwuj - będziesz na bieżąco!