See bloggers czyli jak być blogerem i nie zwariować

W zeszłym roku, zaliczyłam niejako swój debiut na see bloggers. Podobało mi się na tyle, że i w tym roku postanowiłam się zarejestrować. Wiatry miałam najwyraźniej pomyślne, bo dokładnie w dzień dziecka, dostałam informację, że tak, jadę i że widzimy się w Gdyni. No to co ja miałam zrobić? Nie pojechać? To byłoby co najmniej nierozsądne.

Problem zasadniczo polega na tym, że ja wiem, że mam gdzieś pojechać. Wiem nawet kiedy i gdzie. Schody zaczynają się przy organizacji takiego wyjazdu. No i oczywiście tym razem także nie obyło się bez klasycznych, piekielnych faili. Ale po kolei.

Otóż któregoś, nie pamiętam czy akurat pięknego, dnia, napisała do mnie Ola z Hack your life, czy ja aby mam nocleg w Gdyni podczas See Bloggers i gdzie mam i czy czasem nie mogę czegoś polecić. Była godzina siódma, ja w środku rozjebundy remontowej, jedno oko otwarte, drugie nie. I nagle do mnie dotarło, że tak właściwie, to ja nie mam tego noclegu i w sumie to jak tak dalej pójdzie, to będę spała na plaży albo nie daj boże na dworcu. I to jeszcze nie w Gdyni, bo najpewniej w Gdańsku. Oprzytomniałam w 3 minuty i w drodze do pracy zadzwoniłam do tego samego pana, co to w zeszłym roku na See Bloggers dał mi dach nad głową. Tym razem potrzebowałam dachu dla trzech osób, co mogło w gruncie rzeczy okazać się problematyczne. Na szczęście nie było, więc w dosłownie niecałą godzinę, z nieocenioną pomocą Oli, udało nam się znaleźć nocleg.

Klasycznie uznałam, ze skoro mam gdzie spać, to nie muszę się już niczym martwić, bo przecież do wyjazdu jeszcze mnóstwo czasu, to co się będę przejmować. Więc w całym swoim radosnym poczuciu nieświadomości zbliżającego się wyjazdu, remontowałam dalej dzielnie moje mieszkanko. I wtedy dotarła do mnie kolejna prawda – do tej Gdyni, to wypadałoby czymś dojechać jednak. Naiwnie wierzyłam w Polskiego Busa. Bardzo naiwnie, bo potem okazało się, że w sumie to żadnego dobrego kursu, to już nie ma. A było na dwa dni przed wyjazdem jakoś, więc sami przyznacie, że rychło w czas zaczęłam ogarniać transport. Nie ma co.

I tu, po raz kolejny nadeszła odsiecz wiedeńska w postaci Kasi z bloga Relatywnie Obiektywna, która, mówiąc brzydko, uratowała mi tyłek. Za co jestem bardzo wdzięczna a nasza podróż była naprawdę megaśna, choć faktycznie momentami przypominała wyczyny Baby’ego z Baby Driver i to nie ja byłam za kierownicą. Nie no, żartuję oczywiście, aczkolwiek nie zmienia to faktu, że jechało się bardzo, ale to bardzo przyjemnie.

Jedziemy! ________ @relatywnieobiektywna.pl #seebloggers #seebloggersgdynia #trip #nadmorze #jedziemy #polishgirls #bloggers #somuchfun

A post shared by PiekielnaStronaPopkultury (@piekielnastrona) on

Kiedy już, już sądziłam, że nic gorszego niż nieogar przedwyjazdowy mnie nie spotka, okazało się, że jednak się myliłam. Co prawda nie do końca było to związane z moim ogarnianiem rzeczy lub nie, ale na pogodę w Gdyni to ja jednak liczyłam. A gdzie tam, wiało jak w kieleckim, deszcz i prawie sztorm, czy coś, co mogłoby spokojnie uchodzić za mikro sztorm. No więc z mojego ambitnego planu, pt. w piątek leżę plackiem na plaży i nic mnie stamtąd nie ruszy, wyszło jedno wielkie gówno. W efekcie, udaliśmy się z Olą i jej chłopakiem do pobliskiego sklepu, co by zakupić tam trunki zacne i wieczór spędziliśmy w pokoju, knując misterne plany na uczynienie z chłopaka Oli prawdziwego INFLUENSERA. Nawet nazwa kanału się pojawiła, nie ma to tamto. Ogólnie piątek był bardzo sympatycznym dniem, mimo że naprawdę wiało okrutnie.

W sobotę za to, poranek przywitał nas słońcem, a ja po raz kolejny pokazałam, jak wielkim nieogarem jestem. Bo co z tego, że zarejestrowałam się dzień wcześniej, żeby uniknąć kolejek w sobotę. Co z tego, że wstałam odpowiednio wcześniej, żeby się nie spóźnić na pierwszą prelekcję. I wreszcie – co z tego, że świeciło słońce, skoro musiało się stać coś, co mi ten w gruncie rzeczy genialny poranek, tak po ludzku spieprzyło. No bo w drodze na konferencję, zgubiłam moją plakietkę. To w tamtym momencie było dla mnie olbrzymim ciosem, nawet się wróciłam, żeby jej szukać, a Ola mnie wspierała, ale nie znalazłam. Ktoś inny ją znalazł, ale potem, to ja już miałam nową plakietkę. Bo jak się okazało, to wyjątkowo złośliwe plakietki były, gdyż całkiem sporo osób je gubiło. Albo im się odpinały od smyczy.

No oczywiście, że się spóźniłam na prelekcję, bo jakżeby inaczej. Nie dużo, bo zaledwie 3 minuty, ale jednak. Całe szczęście, że Justyna z Dbaj o wzrok o mnie pamiętała, nawet krzesełko mi zajęła i torebkę z różnymi fajnymi rzeczami w środku zaklepała. Zginęłabym bez niej, serio. Więc siedziałyśmy sobie grzecznie na prelekcji pana Janusza L. Wiśniewskiego, kiedy to okazało się, zę w sumie to ja powinnam w Toruniu czekać na kuriera. A ten kurier miał być między 10 a 20. Mój Mężczyzna był w mieszkaniu, stwierdziłam, ze w związku z tym nie muszę się już niczym martwić. No nie. Godzina 10:30 dzwoni kurier. Do mnie dzwoni, no bo przecież ja to ustrojstwo w postaci zmywarki zamówiłam. Więc dzwoni raz. Nie odebrałam, bo jak między 10 a 20, to on w sumie mógłby bliżej 13. Dzwoni drugi raz. Za trzecim razem wyszłam z sali, żeby odebrać. Dowiedziałam się, że owszem, moja zmywarka przyjedzie, ma się świetnie i czy pani jest w domu. Powiedziałam, że mnie nie ma, ale że sprzęt będzie odebrany i w ogóle to ja teraz jestem bardzo zajęta. No i się rozłączyłam, wróciłam na prelekcję. Za chwilę znowu zadzwonił kurier. Więc ja znowu wyszłam. Odbieram ten telefon i się pytam, o co chodzi, przecież wszystko powiedziałam. A on do mnie, czy w związku z tym, że mnie nie ma w domu, to czy on może moją zmywarkę pod trójką zostawić, bo ta pani to jest jednak miła. Oczyma wyobraźni widziałam moją ukochaną Dolores, jak pan kurier zostawia jej zmywarkę a ona biedna nie wie, co ma z nią zrobić. Więc powiedziałam, że nie, że jest ktoś w domu, pod moim numerem, i że tam ma trafić zmywarka. Rozłączyłam się i wróciłam na prelekcję.

No, to oficjalnie już na #seebloggers 😆 _________ #blogger #seebloggers2017 #gdynia #balticsea #urlop #najlepiej #chillout #zaczynamy

A post shared by PiekielnaStronaPopkultury (@piekielnastrona) on

O tym jak szukać ciekawych historii, jak pisać oraz na co w tym wszystkim zwracać największą uwagę mówił autor samotności w Sieci i przyznać trzeba, że mówił ciekawie, chociaż z drugiej strony, wyrażał niepokojące zainteresowanie osobą Hitlera ( ale tylko w kontekście historii, więc spokojnie). Cały wykład był jednak bardzo pouczający, o tyle bardzo, że ja się jednak milion razy zastanowię, zanim (jeśli w ogóle) wpadnę na pomysł wydania książki. Jakiejkolwiek. Bo jednak wydawnictwa to nie do końca nasi przyjaciele. To nasi chlebodawcy. A i tak pieniądze z tego marne, bo prawdziwe hajsy to trzepie Rowling czy King. Co nie zmienia faktu, że fajnie było posłuchać o tym, jak rynek wydawniczy czy też proces pisania książki, wygląda od kuchni.

Po całkiem udanym wykładzie, poszłam pozwiedzać. Wszak w Gdyni byłam, to żal nie pozwiedzać. Więc zrobiłam rundkę po stoiskach, dowiedziałam się co nieco co gdzie i jak, a potem wylądowałam na warsztatach kulinarnych. Nie, żeby coś, ja lubię pichcić, ale to był tak totalny spontan, że ja się nie spodziewałam. Ale ktoś tam nie przyszedł, kogoś brakowało, no to zostałam zaproszona przez Anię z bloga w Czosnek w Pomidorach. Robiliśmy chłodnik z rukolą. Powiedzieć mogę o nim tylko tyle, że był bardzo smaczny i było go bardzo, ale to bardzo dużo. Podobnie zresztą jak i innych potraw, które były przygotowywane w ramach warsztatów czy bitwy blogerów. See Bloggers bowiem, nie pozwoli ci być głodnym. Jeśli nie nakarmią cię przekąskami, ciastkami, czy cukierkami, to zawsze możesz się zakręcić koło strefy cooking. Tam umieją gotować i gotują pysznie. No i to zawsze szansa na poznanie nowych osób, niekoniecznie związanych z blogami kulinarnymi.

Na see bloggers zadbają też o to, abyś się dobrze bawił po wykładach. Impreza w stylu rockowym to całkiem dobra opcja na spędzenie sobotniego wieczoru. A kiedy jeszcze masz doborowe towarzystwo, śmiejesz się bez końca i jeszcze dają prosecco, to można śmiało przypuszczać, żę jesteś bardzo blisko raju. Ja w każdym razie byłam. Bawiłam się doskonale, śmiechu było co niemiara, wytańczyłam się za wszystkie czasy chyba, a za towarzystwo dziękuję Adamowi z Wyspa Kultury, Mikołajowi z Trudny Blog, Agacie z AgataPisze.pl oraz Dawidowi z Okiem Fana. Tak, lepszej ekipy nie mogłam sobie wymarzyć na ten sobotni wieczór. Brakowało mi co prawda Oli i Justyny, ale totalnie rozumiem decyzje o pozostaniu w domu 😉

Zdjęcie użytkownika Anka Szatan.

To, co See Bloggers ma do siebie, to przede wszystkim fakt, żę bardzo szybko się kończy. To jest tak, że jest piątek, cieszysz się morzem, odpoczywasz, regenerujesz baterie i nagle, zupełnie przypadkiem, robi się niedziela a Ty musisz już wracać. No więc wróciłam, bo co miałam robić.

Ale wiecie co? To jest takie bardzo fajne wydarzenie. Dla wszystkich twórców internetowych. Nawet tak wielkich nieogarów jak ja. Wystarczy że robisz coś fajnego w Sieci – masz Insta, Snapa, cokolwiek. I już, możesz pojechać i bawić się tak samo dobrze, jak i ja się bawiłam w tym roku. Serio, do odważnych świat należy.

Wierzę, że za rok też pojadę do Gdyni, bo jakoś tak chyba będzie mi głupio bez tego punktu na letniej mapie wyjazdów 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close

Tu mnie znajdziesz! Lajkuj, obserwuj - będziesz na bieżąco!