See Bloggers po raz…Pierwszy!

Niech Was nie zmyli tytuł tego wpisu. Doskonale wiem, że See Bloggers odbyło się w tym roku po raz czwarty. Dla mnie jednak, jako uczestniczki tego wydarzenia, był to pierwszy raz.

Absolutnie nie żałuję, że miałam okazję wziąć udział w tym wspaniałym wydarzeniu. Dużo się działo, bardzo dużo można powiedzieć. Dlatego też, dzisiejszy wpis będzie miał nieco niestandardową formę, niż moje dotychczasowe wpisy. Tylko w ten sposób byłam w stanie sensownie podzielić i przede wszystkim zebrać to, co dla mnie osobiście wydawało się najistotniejsze.

A miało być tak pięknie….

Plan był prosty. W piątek o 15.35 wsiadam w polskiego busa, o 18 z hakiem jestem w Gdyni i idę nad morze. Optymistycznie założyłam, że nie będzie padać i w swej naiwności liczyłam jeszcze na zachód słońca.

O 15.30 dostałam maila, że mój Polski Bus jest opóźniony o około 45 minut i, że opóźnienie, może ulec zmianie. Z doświadczenia wiem, że owa „zmiana” nigdy nie jest na lepsze i zawsze jest tak, ze opóźnienie, zamiast się zmniejszać, zwiększa się. Dobrze, że w ogóle poinformowali pasażerów o tym, że autobus jest opóźniony, bo teoretycznie nie mieli takiego obowiązku. No nic, czekałam sobie te 45 dodatkowych minut na dworcu.

W gdańsku, analogicznie, znalazłam się nie o 17.50, jak miałam się znaleźć ale jakoś o 18 35. Czy coś koło tego. Wsiadłam w pierwszą lepszą kolejkę SKM, która w założeniu, jechała do Gdyni i liczyłam, że tym razem wszystko pójdzie tak, jak zaplanowałam. Ostatecznie o 19 też można iść nad morze…

Pech chciał, że moja nawigacja stwierdziła iż nie będzie ze mną w żaden sposób współpracowała i zwyczajnie się zawiesiła. Jak zresztą cały telefon. W efekcie, stałam przy wyjściu ze stacji Gdynia – Orłowo i nie za bardzo wiedziałam, gdzie ja właściwie mam iść. Oczywiści poszłam w zupełnie nie w tą stronę co trzeba. Efekt tego wszystkiego był taki, że kiedy już w końcu mogłam iść na plażę, była godzina 20.30…

Nie ma tego złego…

W sobotę, mimo iż w piątek zasnęłam bardzo późno, obudziły mnie skrzeczące za oknem mewy. O 6.30. Stwierdziłam, że skoro już wstałam, to czas na kawę. Bez większego stresu, postanowiłam zjeść porządne śniadanie i wypić kawę, a następnie zamierzałam udać się na miejsce See Bloggers. Plan udało się zrealizować do połowy, bo kiedy w końcu postanowiłam, że czas na prysznic, łazienka była zajęta. Przez dobrą godzinę. Nie mam pojęcia co kto w niej robił i chyba nawet nie chcę wiedzieć. Grunt, że czatowałam pod drzwiami swojego pokoju i co chwilę dyskretnie zerkałam, czy aby można już.

Szczęśliwie na See Bloggers dotarłam bez większych problemów. To, co mnie uderzyło na samym początku, to świetna organizacja, jeśli chodzi o kolejkę do rejestracji Nie dość, że kolejka była rozładowywana dość sprawnie, to jeszcze było kilka stanowisk. Ni co bardzo ważne: miejsca było na tyle, że nikt sobie nie przeszkadzał: ani ci, którzy stali w kolejce, tym, co już pomału zaczynali się kręcić po See Bloggers, ani na odwrót. Za to organizatorom należy się bardzo, ale to bardzo duży plus.

Co Coca-Colą by nie było.

To chyba jedyna rzecz, która mi w całym See Bloggers i to jeszcze na początku, zazgrzytała. Okej, fajnie, że barter powitalny, super, że mapki, naprawdę bardzo fajnie. Ja też naprawdę rozumiem, że Coca – Cola była sponsorem i chwała za to, że wszędzie stały lodówki z zimnymi napojami. Serio, to naprawdę super. Ale zastanawiam się: po co dawać uczestnikom aż 3 litry Coca – Coli i to jeszcze w torebce, której mi ostateczności nie chcieli przyjąć w szatni? Torba z dwoma 1,5 litrowymi butelkami Coli w dalszej perspektywie okazała się wręcz zbawienna, ale noszenie jej przez niemalże cały pierwszy dzień, było delikatnie rzecz ujmując bardzo nieporęczne. Niemniej jednak, rozumiem samą idee barteru i tego, że to był po prostu prezent od sponsora, w dodatku związany bezpośrednio z konkursem który w czasie See Bloggers się odbywał.

Na początek trochę nauki czyli….

…Moja ulubiona, jeśli chodzi o SEO i pozycjonowanie i w ogóle Internety – Kasia Ogórek. Po pierwsze, to torunianka, a więc z marszu zaczęłam ją czytać, wszak toruńska blogosfera powinna się wspierać. Po drugie…Kasia ma przysłowiowy łeb jak sklep. Jej prelekcja o tym, jak pisać, żeby chcieli czytać, co robić, żeby blog stawał się z każdą chwilą coraz bardziej popularny – to było coś! Poza tym, anegdota o tym, jak straciła prawa do administrowania swoim fan page była bardzo pouczająca, choć absolutni nikomu tego nie życzę. Taka przestroga na przyszłość, szczególnie dla mnie i mojego nie ogarnięcia internetowego. Kasia poruszyła bardzo wiele istotnych kwestii, które w mojej ocenie mogą mieć bardzo duży wpływ na to, jak będzie rozwijał się blog. Nie chodzi tu tylko o publikowanie treści, ale też o zarządzanie fan page oraz tym, jak pozycjonować określone frazy i jak długi jest to proces. Niestety, jeśli chcemy to robić dobrze, to bardzo długi.

Wiecie, o pozycjonowaniu wpisów na bloga, wbrew pozorom, wcale nie dowiedziałam się od Kasi Ogórek, a od Natalii z Jest Rudo. Co było też dla mnie bardzo pozytywnym zaskoczeniem, że Natalia siedziała dosłownie tuż obok mnie na prelekcji Kasi, a kiedy zaczął być poruszany temat SEO, przysiadła się do mnie i zaczęłyśmy ze sobą rozmawiać. Serio, wpis Natalii polecam wszystkim, którzy chcą dobrze blogować. Dziewczyna wie o czym mówi, a przy tym jest tak bardzo sympatyczna!

Piekielna w kuchni….

…Tak! Szczęśliwie udało mi się zapisać na bitwę blogerów, która była czymś na kształt tych wszystkich programów co to z kilku drużyn kulinarnych do kolejnego etapu przechodzi tylko jedna. Tutaj etapy były dwa. Drużyny były losowane i to także było świetną okazją do poznania nowych osób z blogosfery. Zapewne wszyscy się teraz zastanawiacie, po co ja tam w ogóle poszłam. Wyszłam z założenia, że trzeba próbować nowych rzeczy i na tego typu imprezach starać się robić to, czego na co dzień nie robimy. Stąd pomysł na udział w bitwie. Moją koleżanką z drużyny była Alicja z Wielkiego Apetytu i dzięki potrawie, która została żartobliwie nazwana Hałabałą w dużym lesie, udało nam się przejść do finału. Oczywiście trzeba było korzystać z produktów, które znajdowały się w czarnych skrzynkach. Nie miałyśmy pojęcia, co tam będzie. Była ryba. I orzechy i jarmuż. I mleko kokosowe. Nie dość, że zrobiłyśmy świetną rybę zapiekaną pod kołderką z orzechów z syropem klonowym, to jeszcze z tego, co zostało, ulepiłyśmy klopsiki a całości dopełniała pasta z papryki i chipsy z buraka. Mówię Wam, pyszności. Finału wygrać się nie udało, ale zabawa była przednia! Polecam każdemu, kto chce przynajmniej spróbować swoich sił w kuchni i popracować na profesjonalnych narzędziach kuchennych.

Bo ja tańczyć chcę!

Impreza wieczorna, wyszła naprawdę super. DJ spisał się na medal! Nie dość, że kawałki puszcał bardzo taneczne, to jeszcze dodatkowo świetnie je miksował. A poza tym, jeśli chodzi o poczęstunek alkoholowy, to naprawdę szacun! Te drinki z ucieranymi malinami! Pychota! Impreza była też czasem, kiedy mogłam porozmawiać z nowymi osobami. I tak też poznałam przesympatyczne dwa małżeństwa: Ewę i Piotrka z Mocem oraz Justynę i Mariusza z Chichotki. To są tak sympatyczne osoby! Serio, rozmowa i zabawa z nimi, to była dla mnie czysta przyjemność. Nie inaczej rzecz się ma jeśli chodzi o Elizę z  EliGrafia. Niesamowite było też to, że w końcu, po tym, jak już dobry rok czytam Wyrwane z Kontekstu poznałam autorkę bloga, czyli Joannę Pachlę. Wiecie, czasem macie jakieś tam wyobrażenie o osobach z Internetu, ale kiedy spotykacie daną osobę, nie zawsze jest taka, jak myśleliście, że jest. Asia jest! Jest sympatyczna, miła otwarta i naprawdę, nie sposób jej nie lubić. Mam nadzieję, że będziemy miały się okazję jeszcze spotkać!

Jak to wszystko opisać….

….Na sam koniec imprezy, radził Artur Jabłoński, nota bene też pochodzący z Torunia. Jego prelekcja zamykała See Bloggers, co nie oznacza, że była najgorsza. Bardzo konkretna, bogata w wiele różnego rodzaju pomocnych w pisaniu bloga narzędzi, a do tego wszystkiego, okraszona bardzo specyficznym poczuciem humoru. Artur jest specjalistą jeśli chodzi o różnego rodzaju pomoce do pisania. Dla mnie osobiście, to osoba, która jak coś mówi, to doskonale wie o czym mówi, ba, sprawdziła to, co poleca. Zapisałam się na jego kurs mailowy i wiecie, jak otrzymujecie tylko maila z takim czym innym narzędziem, to jest super. Ale jak macie jeszcze dodatkowo okazję porozmawiać z osobą, która Wam te narzędzia wysyła, to już w ogóle wow. Myślę, że wszelkie wskazówki, których na swojej prelekcji udzielił nam Artur Jabłoński, ja osobiście będę testowała. Trzeba tylko się do tego zabrać z głową i powoli, krok po kroku. Tego też będę się trzymała.

Do zobaczenia…

…Za rok, mam nadzieję. Tegoroczne See Bloggers pokazało, że konferencja, nawet jeśli jest skierowana do osób z bardzo wąskiego grona, może i nawet powinna być ciekawa. To był taki trochę worek z prezentami, przy czym każdy mógł wybrać z niego to, co będzie dla niego najlepsze. Warsztatów i prelekcji, starczyło dla każdego. Osobiście, nie widziałam, żeby ktokolwiek z uczestników się nudził, bądź też nie miał co ze sobą zrobić. Dla mnie to był naprawdę wspaniały i przede wszystkim bogaty w różnego rodzaju doświadczenia, czas. To, czego się nauczyłam na tegorocznym See Bloggers, z pewnością wdrożę w niedalekiej przyszłości w życie. Trochę żal było opuszczać Gdynię, trochę żal rozstawać się z tymi wszystkimi osobami. Nie ma jednak co płakać i biadolić. Trzeba działać! Wszak Internet to bardzo duża przestrzeń i dla każdego starczy w niej miejsca, jak mawia Kasia Ogórek.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close

Tu mnie znajdziesz! Lajkuj, obserwuj - będziesz na bieżąco!