Nie chodzę do kina, bo nie mam na co

Wpis, jest wynikiem moich luźnych przemyśleń, dotyczących repertuaru kin – nie tylko sieciówek. Już od dłuższego czasu mam spory problem z chodzeniem do kina, bo to, co faktycznie chcę obejrzeć, oglądam w kilka dni. A potem mam niemalże cały miesiąc posuchy, bo widziałam już to, co chciałam. Nie wiem, czy tylko ja mam taki problem, ale zakładam, że nie. Po rozmowach z wieloma osobami, śmiem przypuszczać, że problem związany ze słabym repertuarem kin, nie jest błahy i należy się mu dokładnie przyjrzeć.

Zacznijmy jednak od jednej, bardzo ważnej rzeczy. Otóż, nie mam sensu stricte wykształcenia, związanego z kinem, czy filmoznawstwem. Co za tym idzie, cały tekst opieram li i jedynie na swoich spostrzeżeniach, analizie kilku artykułów prasowych oraz tym, co znalazłam w Sieci. Bo to też nie jest tak, że wiem wszystko, a teza, którą stawiam, jest wzięta z kosmosu. Od dłuższego czasu jednak, mam coś takiego, że zwyczajnie nie chce mi się chodzić do kina. A przecież mogę, lepiej, nie mam żadnych ograniczeń, bo CCU i kina studyjne pod samym domem. Skąd zatem ta niechęć?

Przede wszystkim, z kultury, a raczej jej braku. Jako mała dziewczynka, chodziłam do kina z Tatą na filmy Disneya. Pierwszym filmem, na który mnie zabrał, był Król Lew. To, co zapamiętałam, to przede wszystkim słowa Taty, który mówił mi, że w kinie należy być cicho, żeby nie przeszkadzać innym w seansie. Jako małemu berbeciowi, było mi to dość ciężko ogarnąć, bo przecież w domu, jak coś oglądałam i miałam jakieś pytanie, zawsze mogłam spytać. W kinie, wedle tego, co mówił Tata, musiałam się powstrzymać od pytań. Przyjęłam to do wiadomości i od tamtej pory, jest to moją zasadą numer jeden, jeśli mowa o chodzeniu na jakiekolwiek seanse. Jednakże co z tego, że ja nie gadam, skoro inni widzowie – tak. Ten kto doświadczył szepczących wcale nie tak cicho osób, zaraz obok siebie, szczególnie, kiedy wyświetlana na ekranie scena jest pełna napięcia i dramatyzmu, wie o czym mówię. To dekoncentruje. Niestety, takie zachowanie, w dużej mierze wiąże się z tym, dlaczego w ogóle chodzimy do kina.

W większości przypadków, wyjście do kina ma charakter towarzyski. Rzadko kiedy można spotkać osoby, które idą do kina w pojedynkę. Zazwyczaj są to minimum dwie osoby, a nierzadko i całe grupy. Według informacji, zawartych w najnowszym numerze czasopisma EKRANy, do kina chodzimy znacznie częściej w grupie, aniżeli samotnie. Nie trzeba oczywiście czytać specjalistycznych gazet, aby dojść do tego wniosku, bo wystarczy od czasu do czasu po prostu wybrać się do kina i obserwować to, jak ustawia się kolejka do kasy biletowej. Zazwyczaj są to grupki ludzi, a nie pojedyncze osoby.

Skoro zatem wyjście do kina jest dla nas swego rodzaju formą spędzenia czasu ze znajomymi, nie należy się zatem dziwić, że mamy do czynienia z czymś, co ja osobiście nazywam „aktywnym oglądaniem seansu”. Nie wiem, na ile jest to trafne określenie, ale już wyjaśniam o co mi chodzi. Wcale nie mam na myśli tego, że ktoś w kinie zachowuje się źle. Bardziej chodzi mi o to, że jednak jeśli idziemy do kina grupą, pokusa wymiany choćby kilku zdań między sobą, jest bardzo duża. Pół biedy, jeśli faktycznie robimy to cicho. Gorzej, jeśli w trakcie seansu, ktoś nagle mówi dość głośno „o matko, jaką ona ma brzydką sukienkę”. To rozprasza, dekoncentruje i w znaczącym stopniu, przynajmniej dla mnie, zmniejsza przyjemność z oglądania filmu.

Nie bez przyczyny zaczęłam od spojrzenia na wyjścia do kina pod kątem spędzenia czasu wolnego. Jak się okazuje repertuar także ma w tym niemały udział. Jasnym jest bowiem, że na komedię czy film akcji, prędzej pójdziemy ze znajomymi niż samotnie. To po prostu taka rozrywka , z której czerpanie radości wraz ze znajomymi jest dla nas znacznie bardziej przyjemne, aniżeli mielibyśmy to robić samotnie. Na dramat czy też poważną produkcję biograficzną, rzadziej wybieramy się grupami. To oczywiście moje obserwacje, wysnute na podstawie rezerwacji miejsc, na podstawie grup, które wchodzą do kina na dany seans czy też – na podstawie tego, na jakich seansach widzów jest najwięcej. Dla przykładu: Na „Moonlight” – chociaż to film Oscarowy – w niedzielę wieczorem widziałam raczej pojedyncze osoby, niż pary. Z kolei na „Split”, także w niedzielę, więcej było grup. Może to i marna podstawa to snucia analizy, ale już sam fakt tego, że są to bardzo różne filmy z pewnością wpłynął na to, jaka widownia się na nich pojawiła. Na „Moonlight” średnia wieku wynosiła około 30-35+ – przynajmniej na oko. W większości były to pary, bądź pojedyncze osoby. Na „Split” widownia była znacznie młodsza, było więcej grup aniżeli par czy pojedynczych osób. Ten przykład, może i nie być adekwatny, ale z całą pewnością pokazuje zależność, związaną z tym na co chętniej wybieramy się do kina.

W tym momencie, przechodzimy do meritum, jakim jest sam w sobie repertuar kin. Wiadomo, że nie każdy musi lubić dramaty i nie każdemu w smak będzie oglądanie komedii. To, jaki film wybieramy, w dużej mierze zależy od naszego nastroju, od stopnia zmęczenia czy też – pory seansu. W momencie, kiedy w tygodniu pracujemy minimum do 16 a często i nawet dłużej, czas na wyjście do kina mamy zazwyczaj około 18 czy 19. W tygodniu, patrząc po tym jak ja funkcjonuję, zwykle nie mam ochoty na „ciężkie i trudne filmy”, wybieram raczej produkcje lekkie i przyjemne, ale nie znaczy to, że głupie. W weekend z kolei mam więcej siły na to, żeby obejrzeć coś „cięższego” – jestem wypoczęta, nic mnie nie goni, mam cały dzień na wybór seansu. Zakładam, że w ten sposób działa większość osób, które pracują zawodowo i które mają regularny czas pracy. Repertuar kin jest zatem niejako dopasowany do potrzeb widowni – co wydaje się być bardzo logiczne. Kino ma na siebie zarabiać, a żeby zarabiało, muszą przyjść widzowie, kupić bilet etc. Wydaje mi się zatem, że też stąd bierze się ogromna ilość średniej jakości filmów w sieciówkach, zaś znikoma – tych ambitnych. „To tylko koniec świata” grany był zaledwie przez tydzień w jednej z sieci kin w Polsce. Przez tydzień i to w dodatku o jednej godzinie, która nie każdemu mogła pasować. Z kolei „Ciemniejsza strona Greya” – mimo swojej premiery w lutym, nadal ma kilka seansów na których nadal jest pełna widownia.

Niemała w tym zasługa budżetu filmu a także tego, jak był promowany. Ale jeśli jakiś film jest promowany, to też nie bez przyczyny. Badania ARI, bardzo dokładnie pokazują, na jakie filmy widzowie chodzą chętniej, a na jakie nie. W przypadku sieciówek, oczywiście największym zainteresowaniem cieszą się wysokobudżetowe produkcje, o których słyszała znacznie większa liczba osób, aniżeli kino niezależne czy też – idąc jeszcze krok dalej – alternatywne. Z jednej strony – trend bardzo logiczny, ale z drugiej – pokazujący, że na ambitne kino, na mniejsze produkcje, w repertuarach sieciówek, zwyczajnie nie ma miejsca, albo jest go bardzo mało. Kino ma zarabiać. A wedle tego, co możemy zaobserwować, zarabia właśnie na produkcjach wysokobudżetowych, które , niestety, nierzadko są gorszej jakości, aniżeli te, w których budżet był mniejszy.

Tu z odsieczą przychodzą kina studyjne, czy studenckie. W ich repertuarze, nie brakuje filmów nagradzanych na zagranicznych festiwalach, nie brak też kina alternatywnego, niszowego. Bilety na takie seanse są zwykle tańsze – i to niezależnie od tego, czy idziemy w sobotę, niedzielę czy w dzień powszedni. Wydawać by się mogło, że to kapitalna alternatywa dla ogromnych sieci kinowych. Niestety, w tym przypadku, także są pewne „ale”.

W przypadku kin studyjnych, napotykamy inny problem. Ich repertuar z całą pewnością jest skierowany do bardziej wymagającego widza. Z pewnością, zobaczymy tam produkcje, które nie są grane w sieciówkach i to spokojnie można zaliczyć na plus. Problem jest jednak z ilością seansów. Zazwyczaj, kina studyjne, przynajmniej w Toruniu, grają jeden, może dwa seanse dziennie. Sala kinowa jest jedna, czasem dwie, ale nie zawsze. Sala ta też jest mniejsza, w związku z czym, na jeden seans może przyjść znacznie mniej widzów, niż na jeden seans do dużego kina. W efekcie seansów jest mało i bardzo szybko schodzą z afisza, ustępując miejsca nowym.

Aby być na bieżąco z repertuarem kin studyjnych, najzwyczajniej w świecie, musimy je śledzić i to w miarę regularnie. Repertuar pojawia się na bieżący tydzień – przynajmniej tak jest w przypadku toruńskiego Kina Centrum. Nie każdy ma zatem w danym tygodniu czas na to, aby wybrać się do kina studyjnego na film, który akurat chciałby zobaczyć. Nierzadko i ja padłam ofiarą „zagapienia się”. Było tak w przypadku „Manchester by the sea”, które grane było przez tydzień a ja nijak miałam czas, żeby akurat na tę konkretną godzinę do kina się wybrać. Podobnie rzecz się miała w przypadku „To tylko koniec świata”. Z jednej strony, nie ma się czemu dziwić – kina studyjne, także muszą na siebie zarabiać, a w momencie, kiedy dany film, grany będzie za długo, nie będzie widowni. Dlatego też, te częste zmiany repertuaru są jak najbardziej uzasadnione. Z drugiej zaś strony, musimy albo być super zorganizowani, żeby akurat mieć czas na obejrzenie danego filmu, albo – po prostu mieć szczęście. Żeby jednak była jasność – to nie jest tak, że ja narzekam na kina studyjne. Ja po prostu analizuję fakty i to, jak jest u mnie z czasem.

Nierzadko jest też tak, że kwestia repertuaru kinowego, zależna jest od miasta, w którym mieszkamy, a co za tym idzie – od zasobności portfela mieszkańców. Wiadomo, że w większych miastach, seansów na filmy niskobudżetowe, niszowe – będzie więcej i to nie tylko w kinach studyjnych, ale też i w sieciówkach. Zależy to też od tego, jak dużo kin czy też – sieci kin – jest w danym mieście. W przypadku Torunia, wybór mamy raczej znikomy, bo są dwa CC, CSW i Niebieski Kocyk. Dla porównania, w Bydgoszczy, jest Multikino, chyba 3 CC, o ile się nie mylę i jeszcze Helios. Kin studyjnych w Bydgoszczy jest też co najmniej kilka. W efekcie, mieszkając w większym, bardziej rozwiniętym pod kątem infrastruktury mieście, szanse na obejrzenie wybranej przez nas produkcji, są znacznie większe.

Jak zatem nietrudno zauważyć, zmiennych, które mogą w większy bądź mniejszy sposób wpływać na repertuary kin, jest całe mnóstwo. Niestety jest też tak, że jeśli rzeczywiście zależy nam na tym, aby zobaczyć konkretny film, musimy to niejako zaplanować – z mniejszym, bądź większym wyprzedzeniem. Osoby pracujące zawodowo, które jednak mimo wszystko stanowią największą grupę ludzi, która do kin chodzi, mogą mieć z tym spory problem, szczególnie wtedy, kiedy ich czas pracy nie jest unormowany. Osoby, które mają wolne weekendy, mają nieco większe pole manewru, jeśli mowa o wyborze odpowiedniej godziny seansu, ale z kolei u nich weekend jest czasem, kiedy najczęściej zajmują się sprawami domowymi, na które w ciągu tygodnia, zwyczajnie nie mają czasu.

Nie ma jednak rzeczy niemożliwych. Ostatnio opublikowana przeze mnie anegdotka, o dwójce młodych chłopaków, którzy skrupulatnie planowali wyjścia do kina na dany tydzień, utwierdza mnie w przekonaniu, że jednak się da. Czasem co prawda wymaga to od nas planowania tygodnia na kolanie w tramwaju, ale za to poczucie, że udało nam się zobaczyć dokładnie te produkcje, na których zależało nam najbardziej, jest z pewnością warte takiego małego poświęcenia. Nie zawsze jednak mamy tramwaj. Nie zawsze też mamy kumpla, który będzie z nami takie wyjścia planował. Nie zawsze też zwyczajnie nam się chce.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close

Tu mnie znajdziesz! Lajkuj, obserwuj - będziesz na bieżąco!