Jak stare fotografie czyli Rdza Jakuba Małeckiego

Nie bez kozery w naszej kulturze funkcjonuje powiedzenie,mówiące o tym, że „z rodziną wychodzi się najlepiej tylko na zdjęciach”. Rdza Jakuba Małeckiego w pewnym sensie wchodzi w polemikę z tym porzekadłem. To książka, wobec której nie da się tak po prostu przejść obojętnie. I co najważniejsze – trzeba o niej mówić. Dużo i głośno.

Osobiście mam problem z czytaniem książek, które nie są kryminałami bądź thrillerami bądź Harrym Potterem. Jestem bardzo prostym czytelnikiem, dajcie mi dobry kryminał, a ja dam wam spokój. O Rdzy pierwszy raz usłyszałam na blogu Olgi. Potem zobaczyłam ją u Asi. A potem stwierdziłam, że coś jest na rzeczy, bo coraz więcej moich znajomych zaczęło wychwalać tę książkę pod niebiosa niemalże. Zaczęłam się zastanawiać, czy to jakaś zmasowana akcja czy co i ostatecznie sięgnęłam po nią. Jak zaczęłam w piątek wieczorem, tak w niedzielę po południu skończyłam (i to tylko dlatego, że nie mogłam jej czytać non stop). Fakt jest taki, że przepadłam z kretesem. I nie za bardzo byłam w stanie pojąć, dlaczego.

Po pierwsze – nie czytałam wcześniej żadnej książki Jakuba Małeckiego. Co więcej, pierwsze podejście do Dygotu, skończyło się źle. Drugie – jeszcze gorzej. Trzeciego nie było. Nie do końca kupowałam zatem fakt, że z Rdzą będzie inaczej. A jednak było. Wiem już nawet dlaczego.

Wyobraźcie sobie taką sytuację: Jesteście w starym domu Waszych dziadków. Jakimś cudem, dostajecie się na strych, a tam – same cuda! Pamiętniki, zdjęcia, dzienniki, zapiski, listy. No i oczywiście – zaczynacie to przeglądać. Czytać. Oglądać. I nie wiadomo kiedy, robi się późna noc. Z Rdzą jest bardzo podobnie.

Na samym początku, poznajemy Szymka – naszego głównego bohatera. Spotykamy go w jednym z najgorszych momentów w życiu, a mianowicie zaraz po stracie rodziców. Ot, historia jakich wiele w literaturze. Początkowo miałam dość mocne skojarzenie z Awanturą o Basię, ale im dalej w książkę, tym mniej ono było zasadne. Prawda jest bowiem taka, że śmierć rodziców Szymka, wcale nie jest tak naprawdę początkiem historii opowiedzianej w Rdzy. Jej początki sięgają bowiem czasów Drugiej Wojny Światowej, a śmiem przypuszczać, że nawet i jeszcze dalej. Linie czasowe, których są dwie, przeplatają się ze sobą niemalże co rozdział. W efekcie, czytając Rdzę, mamy trochę wrażenie, jakbyśmy weszli w posiadanie dwóch dzienników i nie za bardzo mogli się zdecydować, który jest ciekawszy. Z jednej strony – wzrusza nas historia małego chłopca chowającego zabawki w pralce, żeby Bozia ich nie zabrała. Z drugiej, patrzymy z pewnym rozrzewnieniem na małą Tośkę w czasach okupacji. Tośkę, która kilkadziesiąt lat później stanie się babcią. Tośkę, która będzie kochała Niewidzialnego Człowieka. I która zrobi niemalże wszystko dla wnuka, choć bardzo trudno jest jej pokazać jakiekolwiek emocje.

Rdza swoim stylem, przypomina nieco sagę rodzinną. Co jest o tyle ciekawe, że tak naprawdę niewiele tutaj elementów tego gatunku. Małecki po prostu opowiada historie. O wojnie, o pierwszej miłości, o przyjaźni i stracie. Czytając Rdzę, mamy wrażenie, że przecież my to znamy. Bo syn stryjeczny wuja szwagra, przecież też uciekał, jak Niemcy atakowali. A ciotka Wanda, kochała sąsiada, ale on był od niej dużo starszy. A jak byliśmy mali i babcia miała pralkę Franię, to niemalże każdy wkładał rękę do wirującej się wody, tak, żeby była pod prąd. Ja w każdym razie tak robiłam.

Rdza, mimo że opowiada bardzo konkretne historie, tak naprawdę jest bardzo uniwersalna. Każdy znajdzie w tej książce coś, co wzruszy. Coś co rozbawi. Co skłoni do refleksji. Wydaje mi się, że jest to jedna z najlepszych polskich książek, jakie miałam okazję czytać. A już na pewno jest ona moim prywatnym pretendentem do najlepszej książki tej jesieni ( w kontekście ogólnym). I nie wiem, czy nie roku.

Zastrzegam tylko jedno – lekko nie będzie. Czytając Rdzę, musimy bardzo się skupić. Musimy wejść w świat, który jest nam pokazywany strona po stronie. Nie wiemy co będzie dalej, bo przecież każda historia rodzinna jest inna. Wszystko się może zdarzyć – nawet to, że w końcu spadniemy z tej cholernej topoli, czy że w końcu uda nam się wyjechać. Nieważne, na jak długo. Nieprzewidywalność, pięknie zazębione wątki. Język, który jest jak poezja dla oka. I niesamowity klimat. Trochę taki, jak na starej fotografii. Trochę zakurzony. Pokryty rdzą.

Odpowiedz na „Stacja KsiążkaAnuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close

Tu mnie znajdziesz! Lajkuj, obserwuj - będziesz na bieżąco!