Przepraszam, Marcel czyli Planeta Singli

Korzystając z dobrodziejstwa, jakim bez wątpienia jest karta CinemaCity Unlimited, postanowiłam wybrać się na Planetę Singli. Od jakiegoś czasu nie chodzę na tego typu filmy do kina bo a) od czasów „Nigdy w Życiu” nie zrobiono w zasadzie niczego porywającego, b) nie do końca jestem fanem gatunku. Biorąc jednak pod uwagę to, że polskie filmy zaczynają być lepsze ostatnimi czasy, postanowiłam dać szansę Planecie Singli. Po seansie, stwierdzam, że nie był to zmarnowany czas, aczkolwiek jeśli miałabym porównywać tę produkcję z chociażby wspomnianym wcześniej „Nigdy w życiu” to nadal, w moim mniemaniu, mówiąc kolokwialnie : szału nie ma.

Zacznijmy jednak od początku. Na ten film, wyjątkowo był pomysł i to całkiem niezły. Przesłanie, mówiące o tym, że bycie samotnym nie jest fajne a sława i kariera, to nie wszystko co się w życiu liczy, jest jak najbardziej na czasie. Problem polega jednak na tym, w jakiej formie zostało to przekazane. Planeta Singli ma momenty lepsze i gorsze, jest śmieszna a nawet momentami wzruszająca. Ma w sobie wszystkie elementy gatunkowe, co już jest sporym osiągnięciem, jeśli weźmiemy pod uwagę wszystkie polskie komedie romantyczne od czasów Nigdy w życiu.

Zdecydowaną zaletą tego filmu, jest obsada aktorska. Dwójka głównych bohaterów, granych przez, uwielbianego przeze mnie, Macieja Stuhra i Agnieszkę Więdłochę naprawdę da się lubić. Zostali oni skonstruowani na zasadzie kontrastu, może nieco zbyt oczywistego, ale jednak. Nie są też nijacy – zarówno Ona jak i On są bohaterami z charakterem, o jakiejś historii, mającymi coś ciekawego do powiedzenia. Poza tym, bardzo przyjemnie się ich ogląda, bo naprawdę grają dobrze. Stuhr wydaje się być stworzony do roli, albo raczej – rola jest idealna dla niego. Podobnie Więdłocha. Wizualnie zwyczajnie pasują do schematu, który zastosowano w filmie.

c6d655707776ece5744d5bb1a9fc.1000
Idealnie wyglądająca nauczycielka muzyki. Śliczna. Idealna. Urocza. Dokładnie taka, jak być powinna.

Nie inaczej jest z bohaterami drugoplanowymi. W tym miejscu, ogromne brawa i wiwaty, dla Bartosza Głowackiego, który wcielił się w rolę Marcela. Grana przez Głowackiego postać, jest homoseksualistą o gołębim sercu, a przy okazji – najlepszym przyjacielem głównego bohatera. Zwyczajnie nie da się go nie lubić. Jest to postać charyzmatyczna, choć nieco przyćmiona przez głównego bohatera, pomysłowa i mająca olbrzymie poczucie humoru a także dystans do siebie. Oczywiście jak to w przypadku najlepszych przyjaciół bywa, jego głównym zadaniem w filmie, jest wyciąganie Tomka Wilczyńskiego (Maciej Stuhr) z różnego rodzaju tarapatów.

glowacki
Marcel. Ach, Marcel.

Z kolei grana przez Weronikę Książkiewicz Ola, najlepsza przyjaciółka naszej głównej bohaterki, działa na zupełnie innej zasadzie. To ona pakuje się w problemy, z których Ania musi ją wyciągać tudzież – pomagać jej. I to też jest zupełnie zrozumiałe. Poza tym, na Weronikę Książkiewicz zwyczajnie przyjemnie się patrzy, a poza tym jej nogi!… Nawet jako kobieta jestem w stanie się nimi zachwycać.

4zxh
Główne zajęcie filmowej Oli, to siedzenie z telefonem w ręku. Albo oglądanie telewizji. Ale etui na telefon ma fajne.

To, co mnie zabolało w Plancie Singli, jeśli chodzi o bohaterów, to zminimalizowanie wątku, granej przez Danutę Stenkę, matki głównej bohaterki. Znaczy, w porządku, rozumiem, że gdyby twórcy filmu chcieli się przysłowiowo rozwodzić nad jej losem i dokładnie opowiadać jej historię, to film trwałby znacznie dłużej. Natomiast razi mnie to, że tak naprawdę, nie mamy bladego pojęcia, czemu matka Ani nie wychodzi z domu oraz co się tak naprawdę stało, że jest ona tak surową i zgorzkniałą osobą. Wiemy tylko tyle, że jej mąż zmarł, kiedy Ania była bardzo mała i to w sumie tyle. Przyznacie, że to trochę mało.

03b61317a6127a5ff4ca2d2d88ef20a2
Stenka się uśmiecha, ale wyraźnie nie jest jej do śmiechu. Co oni jej zrobili z włosami?

Jeśli chodzi o samą w sobie fabułę, to tutaj jest już nieco lepiej. Mamy historię idealnie wpisującą się w schemat komedii romantycznej, choć nie taką znowu sztampową. Ona jest nauczycielką muzyki w szkole podstawowej, on znanym i popularnym szowmanem. Ona jest wrażliwa i szuka (oczywiście w Internecie, bo jest nieśmiała) miłości swojego życia – On miewa przygodne romanse z różnymi kobietami w ilościach dużych. Spotykają się w zasadzie przez przypadek, choć trzeba przyznać, że nie jest to idealny początek znajomości. Tomek proponuje Ani układ, dzięki któremu ona zyska pianino dla szkoły ( bo stare nie działa) a on będzie miał materiał na swój szow z lalkami. Układ kończy się albo wraz z końcem sezonu szow, albo wtedy, kiedy Ania się zakocha. Nie trzeba chyba dodawać, że skończył się on w przypadku drugim. To jest główny zarys fabuły. Należy jednak dodać do niej historię Oli, psycholożki włosów (cokolwiek to jest) i jej małżeństwa, oraz wątek Marcela, który jest dobrym duszkiem i swego rodzaju Aniołem Stróżem naszego bohatera. Całość jest okraszona mniej lub bardziej śmiesznymi żartami, przyznać jednak trzeba, że mimo wszystko ogląda się to dobrze.

2c33f7a9455a5be2012c6518f4b43f40
Człowiek sukcesu. Szczęśliwy, choć zdaje się, że nie do końca.

Film jednak nie jest pozbawiony minusów. Za największy uważam bezceremonialne, artystyczne zgwałcenie, lubianej przeze mnie piosenki Marka Grechuty „Dni, których jeszcze nie znamy”. Utwór ten w filmie puszczany jest chyba w kilkunastu różnych wersjach, z czego chyba tylko ta oryginalna przypadła mi do gustu. Poza tym, mam wrażenie, że w „Plancie Singli” słowem kluczem jest „przepraszam”. Przepraszają wszyscy, nie wyłączając chyba żadnego z bohaterów. Nawet matka Ani przeprasza, chociaż w sumie, to nie do końca wiemy za co. Jeśli miałabym rozpisać konkurs, na najbardziej spektakularne „przepraszam” w całym filmie, to z pewnością wygrałby je Tomek, który bardzo widowiskowo przeprasza Marcela. I to nie jeden raz.

Minusem jest też samo zakończenie filmu, którego nie chcę za bardzo zdradzać. Powiem jednak tyle, że jest ono wprost przekopiowane ze znanej i lubianej przeze mnie komedii „To właśnie miłość”. Richard Curtis spokojnie mógłby wystąpić do sądu o popełnienie plagiatu, przysięgam. Nie zmienia to jednak faktu, że efekt, który twórcy „Planety Singli” chcieli przez to osiągnąć, został osiągnięty.

Generalnie, film można spokojnie obejrzeć, nie jest to tragiczna produkcja. Jest śmiesznie, a jeśli nie oczekuje się od komedii romantycznej za wiele, to nawet bardzo śmiesznie. Na kilka rzeczy trzeba spojrzeć z dystansem, na kilka przymknąć oko. Nie jest to jednak film, który obejrzałabym drugi raz. Mam dziwne wrażenie, że żarty nie byłyby już aż tak śmieszne. Może jedynym powodem, dla którego zdecydowałabym się pójść na ten film raz jeszcze, mogłyby być żule z parku, które ewidentnie miały rolę życia no i oczywiście Marcel. Tak, teksty żuli i komentarz do zdarzeń były absolutnie rozbrajające. Pomijając jednak to, muszę powiedzieć: Przepraszam Marcel, ale nie chcę drugi raz iść na ten film. Raz w zupełności wystarczył.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close

Tu mnie znajdziesz! Lajkuj, obserwuj - będziesz na bieżąco!