Powidoki Wajdy. Recenzja

Do filmów biograficznych mam spory sentyment. Nie dlatego, że są to produkcje, które w jakikolwiek sposób są wybitne pod względem scenariusza, ale w dużej mierze dlatego, że to taka ciekawa i całkiem oryginalna lekcja historii. Nie oznacza to jednak, że jest to mój ulubiony gatunek, jeśli chodzi o kinematografię. Są jednak pewne filmy biograficzne, które w mniejszym, bądź większym stopniu zapadają nam w pamięci. Mogę tak powiedzieć chociażby o „Fridzie” czy „Moim Nikiforze” z cudowną i niezapomnianą Krystyną Feldman. Myślę też, że z całą pewnością, Powidoki do tego zacnego grona dołączą.

Zacznijmy jednak od początku. Kiedy pierwszy raz usłyszałam o filmie Wajdy, zupełnie nie miałam pojęcia, o co chodzi z tytułem. Termin „powidok” był mi zupełnie nieznany – zresztą, nie ma się co dziwić. W momencie, kiedy nie mam styczności ze sztuką, ciężko jest ode mnie wymagać znajomości terminów bądź co bądź ściśle związanych ze sztuką. Tomasz Raczek, od którego właśnie po raz pierwszy o filmie usłyszałam, wyjaśnił mi to bardzo dokładnie. Otóż powidok, jest tym, co zostaje po zobaczeniu przez nas obrazu – to poświata, wrażenie, do którego my sami dodajemy to, co zapamiętamy. Nie ma chyba bardziej adekwatnego wyjaśnienia tego pojęcia. Co ciekawe, sam film, także rozpoczyna się od przybliżenia widzowi terminu powidok.

Przyznam szczerze, że postać Władysława Strzemińskiego, była mi znana, uczyłam się o nim, stąd też byłam całkiem świadoma tego, na jaki film idę. Nie oznacza to jednak, że moja wiedza na temat profesora i wykładowcy  w Łódzkiej Państwowej Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych była bardzo dokładna. Dlatego też fakt, że to właśnie Andrzej Wajda podjął się niejako sportretowania sylwetki malarza bardzo mnie ucieszył. Jeśli ktokolwiek miał zrobić tego typu film dobrze, to tylko Wajda.

Powiedzmy sobie szczerze – jeśli chodzi o scenariusze, filmy biograficzne nie są niczym specjalnym. Nie zawsze bowiem materiał historyczny jest na tyle ciekawy, by stworzyć z niego coś, co w chociażby minimalnym stopniu zainteresuje widza. Sztuką przy tego typu produkcjach jest ukazanie historii, którą w założeniu część z nas już zna, w sposób nietuzinkowy i taki, który z różnych względów zapadnie nam w pamięci. A to już jest kwestia reżysera.

Powidoki są filmem, którego nie można rozpatrywać w kategorii „tylko i wyłącznie biografii”. Wajda po raz kolejny pokazał, ze mając nawet całkiem zwyczajną i zupełnie nieporywającą nikogo historię, jesteśmy w stanie wciągnąć w nią widza bez reszty. Środków, za pomocą których to można osiągnąć, jest całkiem sporo. Na pierwszy rzut oka warto zatrudnić dobrego i rozpoznawalnego aktora, który niejako będzie twarzą filmu. Tutaj wybór padł na Bogusława Lindę i chwała mu za to, że podjął się tej roli, która wcale łatwa nie była. Nie chodzi tu tylko i wyłącznie o postać samą w sobie ale o to, jak ta postać…Wyglądała. Strzemiński bowiem, w czasie Pierwszej Wojny Światowej, stracił rękę i nogę, a także przestał widzieć na jedno oko. O tej ostatniej ułomności artysty nigdzie w filmie nie wspomniano, natomiast ręki i nogi został on pozbawiony. Zachodziłam w głowę, jak Linda to zagrał. Bo to przecież wcale nie jest prosta rzecz – grać de facto na jednej nodze, i jeszcze w dodatku bez ręki. Dotarłam do tego, jak to zostało zrobione. Otóż wcale nie komputerowo – retusz był tutaj minimalny. Linda, najprościej rzecz ujmując, musiał nauczyć się poruszać tak, jakby rzeczywiście nie miał nogi i ręki. Już samo to było ogromnym wysiłkiem dla aktora. Wysiłkiem, którego efekt jest naprawdę bardzo wiarygodny.

Inna kwestią jest sam charakter postaci, który też mi właśnie do Lindy pasuje najbardziej. Przyznam szczerze, że jest to miła odmiana po Franzie czy Babci z PitBulla, w których to rolach mieliśmy okazję Lindę oglądać. Postać Władysława Strzemińskiego jest o tyle ciekawa, że łączy ona w sobie bardzo wiele, różnych elementów. Strzemiński nie okazuje uczuć, choć ma bardzo dużą wrażliwość. Jest uparty i wierny swoim przekonaniom a przy tym ciężko nazwać go rewolucjonistą, jeśli mielibyśmy się skupiać na dosłownym tego słowa znaczeniu. Można zatem śmiało powiedzieć, że postać grana przez Bogusława Lindę pełna jest sprzeczności. I co najciekawsze – została ona świetnie zagrana.

Żeby było jasne – Powidoki, to nie jest film jednego aktora. Na uwagę zasługuje tu także aktorka, która wcieliła się w rolę córki Strzemińskiego – Niki. Mowa jest o Bronisławie Zamachowskiej, córce Zbigniewa Zamachowskiego. To chyba debiut tej młodej aktorki, a jeśli nawet nie jest to debiut, to z całą pewnością jest to jej pierwsza, nazwijmy to, poważna rola. Nie da się ukryć, że wcale nie była to rola łatwa – podobnież, jak niełatwe życie miała Nika Strzemińska. Jeśli weźmiemy pod uwagę, że Bronisława Zamachowska, ma zaledwie 15 lat to trzeba przyznać, że przyszło jej się zmierzyć z naprawdę trudnym zadaniem. Nika Strzemińska bowiem była dzieckiem z rodziny de facto rozbitej. Jej matka, Katarzyna Kobro – uznana rzeźbiarka, która także nie miała łatwego życia, żyła przez ostatnie lata w separacji ze swoim mężem. Toczyli oni też walkę o opiekę nad małoletnią Niką. To zaledwie wierzchołek góry lodowej problemów, z którymi musiała zmierzyć się mała Nika. Bronisława Zamachowska doskonale oddała to, jak ciężko musiało być córce Strzemińskiego i Kobro, a jednocześnie bardzo dobrze ukazała to, jak podobna była ona do ojca i nie chodzi mi tu o kwestie wizualne. Jednakże to, co zostało w filmie bardzo mocno zaakcentowane, to przede wszystkim fakt, że Nika zawsze była propagatorką sztuki swoich rodziców. Znamienne jest to szczególnie w dwóch scenach. Pierwsza z nich, to ta, w której Nika, po śmierci matki, zostaje pozbawiona mieszkania. Zbierając swoje rzeczy, zabiera też trzy rzeźby swojej matki, mówiąc: „Proszę to zostawić, wrócę po te rzeźby. To rzeźby mojej matki, artystki- Katarzyny Kobro”. Drugą sceną, w której Nika akcentuje swoisty szacunek do sztuki rodziców, jest śmierć Strzemińskiego. Kiedy przybywa do szpitala, chce posiedzieć przy łóżku, na którym zmarł jej ojciec. Mówi wtedy do siostry: „Tu leżał mój tata. Władysław Strzemiński. Był artystą malarzem”. Być może sam fakt tego, że wypowiada się takie zdania nie jest niczym szczególnym, jednakże należy podkreślić determinację, z jaką Nika te zdania wypowiada. Zaręczam Wam, że bardzo wpływają one na emocje widzów.

Wspominałam na samym początku, że Powidoki nie mogą być rozpatrywane li i jedynie w kategorii filmu biograficznego. Historia jest oczywiście ważna, ale podobnie, jak w malarstwie, w filmie, także ważna jest forma. Jeśli chodzi o realizację wizualną ostatniego dzieła Andrzeja Wajdy, to ciśnie mi się na klawiaturę porównanie jej do…Obrazu właśnie. Dawno nie widziałam bowiem tak plastycznego filmu. Kolory odgrywają tutaj naprawdę olbrzymie znaczenie. Wajda zastosował tutaj stosunkowo sprytny zabieg – wiedząc bowiem, że nie jest w stanie w żaden sposób podkoloryzować historii malarza, a jednocześnie chcąc zrobić ciekawy i piękny film, postanowił skupić się na jego warstwie wizualnej. Tutaj każda scena ma swój motyw kolorystyczny. Lepiej – jesteśmy w stanie dostrzec kolorystyczne kontrasty, którymi przełamywane są w gruncie rzeczy szare i ponure scenerie. W przypadku mieszkania Strzemińskiego, są to żółte stelaże mebli. W przypadku ulic miasta – barwne szyldy sklepów, czy też – stroje studentów. Tutaj każdy element kolorystyczny ma znaczenie i jest to bardzo proste do wyłapania. Nawet w jednej ze scen, kiedy wyraźnie widzimy, że kolorem dominującym jest granat, scena ta zostaje jeszcze dodatkowo wzmocniona…Kolorem płaszcza przechodzącego obok mężczyzny. Płaszcz jest granatowy – co stanowi jednocześnie ramę kompozycyjną a zarazem- uwydatnienie kolorystyki danej sceny.

Pisząc o filmie Powidoki, nie mogę nie odnieść się do kontekstu historycznego. Otóż realia przedstawione w Powidokach, to czasy, kiedy sztuka miała służyć Partii. To czasy, kiedy prawdziwi artyści byli pozbawiani swoich praw, wykluczani pod byle pretekstem ze Związku Polskich Artystów Plastyków, czy też- co w gruncie rzeczy chyba najbardziej ich dotykało – byli pozbawiani pracy. Trzeba było bardzo uważać, co i do kogo się mówi. Strzemiński jednak był artystą niepokornym, wiernym swoim ideałom. Dlatego też, mówiąc bardzo kolokwialnie, najbardziej oberwał od władzy. Mimo przychylności dyrektora muzeum, którego Strzemiński był de facto założycielem, mimo całej rzeszy studentów, która pojawiała się na jego wykładach, artysta został w zasadzie zniszczony przez ówczesną władzę. Zresztą, nie tylko on.

Do czego zmierzam. Powidoki, są filmem na wskroś aktualnym, mimo tego, że opisują wydarzenia sprzed ponad pięćdziesięciu lat. Czy nawet – sześćdziesięciu, mniejsza o szczegóły. Chodzi o to, że nonkonformizm nadal ma wartość. Że nadal borykamy się z krytyką władzy, z blokowaniem pewnych rzeczy. Racja, może nie jest to zakrojone na tak wielką skalę, ale nie znam chyba ani jednej osoby, która nie przyzna mi racji. Nie chcę wygłaszać tutaj zbyt śmiałych tez, ale wystarczy spojrzeć na to, co stało się z audycjami kulturalnymi w Radiowej Trójce. Co stało się z Teatrem Telewizji. Jasne, to zupełnie inna sztuka, ale nadal – jest to sztuka. Która w taki, czy inny sposób jest blokowana. Tyle w tym wszystkim dobrego, że teraz może aż tak bardzo nie jesteśmy w stanie odczuć ingerencji w sztukę, bo mamy inne źródła by do niej dotrzeć. Niemniej jednak, bardzo przeraża mnie to, jak adekwatny do czasów współczesnych jest film, którego akcja rozgrywa się około sześćdziesiąt lat wstecz.

Powidoki są polskim kandydatem do Oscara. Początkowo zupełnie nie rozumiałam dlaczego akurat one. Dlaczego nie Ostatnia Rodzina. Ale wiecie co? W sumie to nawet dobrze się stało. Nie są może aż tak nowatorskie, jeśli chodzi o realizację, jak była Ostatnia Rodzina. Przypuszczam też, że prawie na bank otrzymają Oscara – zdziwię się, jeśli tak się nie stanie. Powidoki to film, który z całą pewnością mocno zapisze się na kartach polskiej kinematografii. Śmiem przypuszczać, że ostatnie dzieło Andrzeja Wajdy, może wejść do kanonu, jeśli chodzi o lektury filmowe. I powiem to po raz kolejny – bardzo słusznie.ma ono bowiem na tyle uniwersalny a jednocześnie ważny przekaz, że absolutnie jest to zasłużone. Należy się też to reżyserowi. Jeśli Powidoki miały być jego swoistym pożegnaniem z widzami, to wyszło ono cudownie. Bez zbędnego patosu, z bardzo dobrze przedstawioną historią. Przy zastosowaniu całkiem ciekawych zabiegów – zarówno charakteryzatorskich, jak również scenograficznych. Wszystko w tej produkcji ma swój cel i prowadzi do końca. Dlatego powiem krótko – maszerujcie do kina czym prędzej.

Odpowiedz na „Michał ChmielowiecAnuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close

Tu mnie znajdziesz! Lajkuj, obserwuj - będziesz na bieżąco!