Harry Potter i Zniszczone Pomniki

Mam prawie 30 lat. Wiem, że to brzmi co najmniej, jakbym się przyznawała do jakiegoś nałogu, albo była na jakimś odwyku. Wiem, że niekoniecznie tak zaczyna się wpis na blogu. Myślę jednak, że nie mogłabym zacząć tego wpisu w żaden inny sposób. Liczby, będą tutaj bowiem bardzo istotne. Dziś, dokładnie dziś, mija 20 lat od premiery pierwszego tomu serii, której bohaterem jest Harry Potter. Ukochałam sobie tę książkę z różnych powodów. Ale to, że kogoś, lub coś kochamy, w żadnym stopniu nie oznacza, że mamy przyzwolenie na to, aby być wobec tego bezkrytycznym. Ja na przykład, po latach, widzę, jak wiele mankamentów (które jednak nadal nie przeszkadzają w miłości) ma w sobie siedmioksiąg poświęcony Chłopcu, Który Przeżył.

Zacznijmy od tego, że nie znam praktycznie nikogo, kto nie miałby choćby bladego pojęcia o tym, o czym Potter jest. Harry Potter, to chłopiec, który w pewien sposób, stał się już ikoną. To także marka, która jest rozpoznawalna na całym świecie. Nie ma w tym oczywiście nic złego. Niemniej jednak, coś za tak olbrzymim sukcesem stoi. W dużej mierze, co niejednokrotnie podkreślam, jest to zasługa nie tyle historii, co bohaterów powieści. Przeżywałam bardzo mocno to, co się stało z Dumbledorem, Sanpe’em czy chociażby z Syriuszem Blackiem. Przy czym, jeśli chodzi o tego ostatniego, zużyłam naprawdę olbrzymie ilości chusteczek higienicznych. Po latach widzę, że niekoniecznie było to potrzebne.

Cała magia, którą owiany jest cykl o Harrym Potterze, sprawia, że my jako czytelnicy, dajemy się tak zwyczajnie ponieść historii. W efekcie, bardzo często stajemy się wobec niej bezkrytyczni. Szczególnie zauważalne jest to wtedy, kiedy spróbujemy sobie przypomnieć to, jakie emocje towarzyszyły nam kiedy przykładowo umierał Dumbledore. Mało kto z nas, będąc dzieciakiem, widział w nim postać negatywną. Jawił nam się on jako dobrotliwy staruszek, mądry czarodziej, którego nadrzędnym celem jest ochrona Pottera. Kiedy analizuję tę postać po latach, widzę li i jedynie wilka w owczej skórze. Owszem, Dumbledore chce ochronić Chłopca, Który Przeżył. Niemniej jednak, wszystkie jego działania, w ostatecznym rozrachunku, prowadzą do tego, że Harry wpada w najgorsze z możliwych tarapaty. I nie mówię tu o tych tarapatach, w które wpada na własne życzenie. Chodzi mi przede wszystkim o totalny brak odpowiedzialności, w momencie, kiedy zaledwie jedenastoletni chłopiec, musi walczyć z Voldemortem. Czy ktokolwiek o zdrowych zmysłach, wystawiłby na taką próbę dziecko? Dumbledore, bardzo zresztą sprytnie, zasłania się przepowiednią, która mówi, że „żaden nie może żyć, jeśli drugi przeżyje”. Serio, na miejscu jedenastoletniego Pottera, jakbym wiedziała, że taki Voldemort chce mnie krótko mówiąc zabić, wpadłabym w największą depresję z możliwych. Ale Harry nie wpada, co więcej, dźwiga na swoich barkach brzemię tejże przepowiedni i sukcesywnie, z tomu na tom, stara się z Voldemortem mierzyć. Relacja Harrego z Dumbledorem, bardzo ładnie ewoluuje na przestrzeni kolejnych tomów i w tomie siódmym, już bardzo wyraźnie widzimy to, że chłopak nie do końca „kupuje” troskę Dumbledora. W moim odczuciu, najbliższym określeniem zachowania Dumbledora (widocznym w trzech ostatnich tomach) jest po prostu tchórzostwo. Do czego dyrektor Hogwartu, sam się zresztą przyznaje. A Harry wspaniałomyślnie mu to wybacza. Albo też naiwnie, zakładając, że plan Dumbledora, to jedyna słuszna metoda walki z Voldemortem. Dumbledore, dla mnie jako dziecka, był swoistym pomnikiem. Czymś, co w założeniu nie mogło być złe. Niestety, z czasem pomniki niszczeją.

Nie bez przyczyny użyłam tu porównania do pomników. W serii o Harrym Potterze jest ich bowiem co najmniej kilka. Oczywiście pomijając Dumbledora, dla mnie takowym pomnikiem, był zarówno Syriusz Black, jak i James Potter. I tu – kolejne rozczarowania. Jako dziecko, wręcz kochałam Syriusza a z jego śmiercią chyba najtrudniej było mi się pogodzić. Płakałam, jakbym straciła przyjaciela. Wcale nie jestem pewna, czy nie było tak z powodu ładunku emocjonalnego, jakim nacechowana była relacja Syriusza z Harrym. On de facto zastępował mu ojca. Z lepszym czy gorszym skutkiem, ale jednak. Myślę też, że nie bez przyczyny jest sama historia Syriusza i to, ze został on niesłusznie skazany na więzienie w Azkabanie. Jego postać wzbudza w nas litość, a od litości do współczucia już jest bardzo niedaleko. Więc jeśli stworzymy sobie hipotetyczne równanie matematyczne, którego składnikami będą elementy historii Syriusza, mamy święte prawo płakać nad jego losem. Ale jeśli spojrzymy na jego zachowanie trzeźwo i bez zbędnych emocji, wyda nam się ono po prostu nieodpowiedzialne. No bo sami zobaczcie – pomijając już samą walkę ze śmierciożercami – Syriusz igra z losem. Jest albo głupi, jeśli liczy na to, że Bellatrix w niego nie trafi zabójczym zaklęciem, albo właśnie – jest totalnie nieodpowiedzialny. Albo – jedno i drugie. Jeśli przez taki właśnie pryzmat będziemy patrzeć na postać Syriusza – nie będzie nam go absolutnie szkoda. Warto jednak podkreślić, że żałoba Harrego, jest tutaj jak najbardziej zrozumiała. Stracił on wszak w zasadzie jedyną osobę, która była mu rodziną. Stracił ojca chrzestnego i – jak sam niejednokrotnie podkreślał – najlepszego jakiego mógł sobie wymarzyć. Co nie zmienia faktu, że właśnie runął nam kolejny pomnik. A za chwilę zburzymy następny.

Nie mam zielonego pojęcia, skąd mi się wzięło przekonanie, że James Potter był aurorem. Znaczy okej – wiem skąd. Bo naiwnie, jako dziecko, wierzyłam, że tak właśnie było. Prawda jednak bardzo boli i jest okrutna. Snape miał wiele racji w określaniu Jamesa „rozpieszczonym dzieciakiem” czy też innymi tego typu słowami. James dokładnie taki był. Miał bardzo zamożnych rodziców, był bezkarny, zawsze wszystko uchodziło mu na sucho, a do tego miał fantastycznych przyjaciół. Dalej zachodzę w głowę, co Lily w nim widziała. Ale no nieważne. Chciałabym jednak zaznaczyć, że James Potter także był dla mnie swego rodzaju pomnikiem. Kimś absolutnie idealnym. I po raz kolejny, wrażenie to zostało spotęgowane przez ładunek emocjonalny, który towarzyszył jego postaci. Harry żył wspomnieniami o ojcu właśnie. Dumbledore, niejednokrotnie stawiał Jamesa jako porównanie do Harrego. Życie z piętnem słynnego i lubianego w szkole ojca, nie jest łatwe, ale też daje spore powody do dumy. Więc okrzyknięcie Jamesa legendą, wcale takie dziwne się nie wydawało. I znowu – wystarczy przesiać wszystkie emocje przez grube sito i zostawić same cechy charakteru tej postaci. Dostajemy nieodpowiedzialnego bufona, który myśli, że wszystko mu się należy. Bach, kolejny pomnik padł.

Wbrew pozorom, te zburzone pomniki potęgują fantastyczność serii o Harrym Potterze. Są one tak samo potrzebne, jak dobra historia. Niejednorodność a zarazem realność i prawdziwość postaci, to w zasadzie jedna z zasad, którymi powinno się kierować, jeśli chcemy stworzyć dobrą historię. Czytelnik musi umieć zobaczyć w bohaterze literackim kogoś, kto potencjalnie mógłby być prawdziwy. Tworzenie postaci na wskroś krystalicznych, jest błędem. Wówczas świat przedstawiony, jak również relacje między bohaterami, są iluzoryczne. Nikt nie uwierzy w utopię, podobnie jak nikt nie uwierzy w to, że zawsze jest happy end. Dokładnie taka jest seria o Harrym Potterze. Pełno w niej realnych scenariuszy, postaci z krwi i kości, pełno w niej też emocji. To działa. To sprawia, że czytelnik nie chce „wychodzić” z czytanej historii. Opowieść staje się bowiem dla niego, mimo wszystko, lepszym światem. Jeśli spojrzymy na świat wykreowany przez Rowling, to możemy śmiało powiedzieć, że nawet magia, wyda nam się w nim prawdziwa. No sami powiedzcie, kto nie próbował otwierać zamków za pomocą ołówka, wypowiadając „Alohomora”. Ja np. próbowałam i się tego absolutnie nie wstydzę.

Żeby było też jasne – to nie jest wpis o całym siedmioksiągu. Wybrałam sobie jeden punkt zaczepienia, który pomógłby mi wykazać to, jak rewelacyjną serią jest Harry Potter. Niszczejące pomniki są chyba idealne do tego celu. Niemniej jednak, nadal uważam, że ta seria powinna być czymś absolutnie must read dla każdego, kto chce mieć pojęcie nie tylko o literaturze ale i o kulturze. Postaci, motywy i to, co Rowling do tej opowieści przemyciła, funkcjonują od wieków w popkulturze i trzeba być naprawdę ślepym, żeby tego nie widzieć. Tym samym, wartość artystyczna sagi znacząco nam tu „skacze”. Co jest o tyle zabawne, że nadal mamy zniszczone pomniki. A mimo to, ja nadal kocham tę serię. I jestem przekonana, że pewnie nie raz i nie dwa ją jeszcze przeczytam.

Zapewne wielu z was, czytając ten wpis, zastanawia się, co dokładnie chcę nim przekazać. Zaznaczam, że to wcale nie jest tak, że hejtuję Harrego Pottera, że wieszam na nim przysłowiowe psy tylko dlatego, że mam taki kaprys. Pokazanie tego, że pomniki niszczeją, ma na celu coś zgoła odmiennego. Spójrzmy na to, co zaznaczyłam jako element budujący te pomniki. Za każdym razem były emocje. Każda z postaci, osłonięta jest bardzo konkretnym ładunkiem emocjonalnym, który sprawia, że wydaje nam się ona całkiem realna. Co więcej, emocje przysłaniają nam faktyczne cechy postaci, bo nie analizujemy jej postępowania „na chłodno”. Mamy do tego pełne prawo, wszak książka która nie budzi emocji, to słaba książka. Ważne jest jednak to, aby nie zapominać o analitycznym podejściu do postaci i nie budować pomników na darmo. Jeśli chcemy je zbudować po to, aby pokochać historię, to w porządku. Miłość (także ta do literatury) nie mija z chwilą, kiedy zaczynamy patrzeć na dane dzieło krytycznym okiem. Ona wtedy właśnie staje się silniejsza.

Wszystkie arty umieszczone we wpisie, są autorstwa Viria13. I są absolutnie wspaniałe 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close

Tu mnie znajdziesz! Lajkuj, obserwuj - będziesz na bieżąco!