Pomiędzy mną a Tobą, pomiędzy nami. Pomiędzy słowami – recenzja przedpremierowa.

Chciałam jakoś mądrze zacząć tę recenzję, ale trochę nie wiem jak. Festiwal w Gdyni z dnia na dzień zaskakuje mnie coraz bardziej i nie mogę uwierzyć, że polskie kino wskoczyło na tak wysoki poziom. Od kilku lat możemy obserwować znaczącą poprawę jakości polskich filmów. To chyba dlatego, że w końcu robi się coś innego u nas, niż tylko polskie komedie, które nierzadko wcale nie są śmieszne. Ale ja nie o tym chciałam.

Festiwal dobiega końca, a ja się niezmiernie cieszę, że miałam okazję zobaczyć Pomiędzy słowami w reżyserii Urszuli Antoniak. Po pierwsze dlatego, że nadal pod dużym znakiem zapytania stoi to czy film w ogóle będzie można obejrzeć w polskich kinach. Kwestia dystrybucji nadal nie jest w tym przypadku jasna. Po drugie, bo Jakub Gierszał i Andrzej Chyra. Po trzecie, bo trailer mnie tak poruszył, że absolutnie nie było możliwości, żebym nie zobaczyła produkcji. Nie ukrywam, że miałam wobec tego akurat filmu, bardzo duże oczekiwania. Naprawdę, to był jeden z tych filmów, po których oczekiwałam najwięcej. Liczyłam na naprawdę dobre kino. Nie chciałam znowu dać marnej 5 czy 6 na Filmwebie, bo naprawdę byłoby mi smutno z tego powodu. Na szczęście, totalnie się nie zawiodłam. Pomiędzy słowami jest tak wielopoziomowe, tak dobrze nakręcone i zagrane, że moje czarne serduszko uśmiecha się szeroko. Dostałam dokładnie to, na co liczyłam – kawał porządnego kina i temat, który potraktowany został naprawdę wielopoziomowo.

Kwestia wyobcowania, imigracji czy przynależności, to temat bardzo uniwersalny. W zasadzie od zawsze jest on poruszany w sztuce – nie tylko filmowej, ale i malarskiej. Obecnie, temat ten jest dodatkowo bardzo aktualny, w dużej mierze ze względu na sytuację polityczną. Imigranci byli, są i będą. W przypadku Polski, kwestia jest o tyle skomplikowana, że poniekąd nasza polityka trąca mocno hipokryzją. Nie będę się za bardzo rozwodziła, ale dość, że odmawia się u nas przyjęcia imigrantów, niemalże zapominając o tym, że my sami przecież też emigrujemy. Tutaj nie ma znaczenia to, gdzie dokładnie. Fakt jest faktem.

Pomiędzy słowami próbuje w pewien sposób pokazać dwie strony problemu. Mamy głównego bohatera, Michaela. Mieszka on w Niemczech, jest prawnikiem w dodatku z perspektywami na awans i karierę. Dostaje polecenie wzięcia sprawy imigranta – poety. Odmawia z tylko jego znanych przyczyn. Chwilę później okazuje się, że odwiedza go jego ojciec, którego nigdy w życiu nie widział. Ojciec, o którym myślał, że nie żyje. Pojawia się w drzwiach mieszkania Michaela, który nagle staje się Michałem. Nagle wraca do niego ze zdwojoną siłą świadomość, że czego by nie zrobił, jest Polakiem. Tylko czy aby na pewno?

Michał i jego ojciec (w tej roli Andrzej Chyra), są sobie zupełnie obcy. Mimo to, zarówno jeden, jak i drugi próbują się ze sobą jakoś dogadać. Próbują znaleźć coś, co będzie dla nich pomostem w komunikacji. Pozornie, ta sztuka się udaje. Właśnie – tylko pozornie. Zarówno Michał, jak i jego ojciec są nie tylko obcy dla siebie, ale też – są kompletnie różni. Pierwszy – jest prawnikiem, ma względnie ułożone życie, wie czego chce. Drugi – lekkoduch, człowiek który próbuje jakoś sobie w życiu radzić. Niewiele wiemy o tym, czym się zajmuje. Wiemy, że kiedyś uczył muzyki i w sumie tyle. Można też wywnioskować, że pomiędzy ojcem a synem, jest też bardzo duża przepaść finansowa.

Michał i jego ojciec spędzają ze sobą weekend. Próbują rozmawiać, szukają takich form rozrywki, które mogłyby ich w jakikolwiek sposób do siebie zbliżyć. I to nie jest tak, że stara się tylko jedna strona. Na swój sposób, obaj starają się coś takiego znaleźć, co jednak jest niewykonalne. Mimo łączących tę dwójkę bohaterów więzów krwi, są oni dla siebie zupełnie obcy. Michał nawet w jednej ze scen, mówi, że „nie czuję nic” i jest to bardzo bolesna prawda.

Relacja ojca i syna, stanowi punkt zaczepienia, jeśli chodzi o treść filmu. Nie ma co się oszukiwać, konstrukcja fabuły na poziomie sensu stricto fabularnym, nie jest niczym odkrywczym, powiedzieć nawet można, że jest bardzo pretekstowa. Oczywiście w żaden sposób nie twierdzę, że pomimo tej w sumie dość prostej konstrukcji, jest ona pozbawiona emocji. Jednak problem pozostaje – Michał nadal musi zmierzyć się ze świadomością tego, kim tak naprawdę jest. Z Polską nie łączy go nic. Niemcem też nigdy nie będzie, bo dość brutalnie mu to uświadomiono. Zawsze będzie tylko imigrantem, kimś z zewnątrz. Dla naszego bohatera jest to coś, z czym kompletnie nie wie, jak sobie poradzić. Nagle w przeciągu dosłownie kilku dni, zostaje pozbawiony wszystkiego, co do tej pory uważał za swoje. Momentem przełomowym okazuje się rozmowa Michaela ze swoim szefem. Michael zmienia zdanie i chce wziąć sprawę poety – imigranta. Dowiaduje się jednak, że „w sądzie dobrze by to wyglądało. Imigrant, broni imigranta”. Mimo to, nadal chce wziąć sprawę, lecz jest to już niemożliwe. Sens tutaj jest ukryty – niemalże tak jak głosi tytuł – pomiędzy słowami. Nikt nigdy nie powiedział Michaelowi wprost, że jest obcy, że jest z zewnątrz. W trailerze pojawia się przepiękny dialog pomiędzy ojcem a synem: „A Niemcy? Akceptują cię?” – pyta grany przez Andrzeja Chyrę ojciec, na co Michał odpowiada lakonicznie „Nie mogą mnie ignorować”. Bez odpowiedzi pozostaje ostanie pytanie dialogu „I to ci wystarcza?”. Właśnie o to „wystarcza” wszystko się rozbija. Michał, przez to, że jest akceptowany, że ma prace, że czuje się Niemcem, zapomina o swoich korzeniach albo też – zwyczajnie nie chce o nich pamiętać. To uderza w finale filmu, kiedy wszystkie zdarzenia pokazują do czego prowadzi brak jakiejkolwiek przynależności i niemożność poradzenia sobie z tym.

Pomijając już kwestie związane z tematyką filmu, nie mogę przejść obojętnie wobec aspektów technicznych. Pomiędzy słowami, jest dopracowany pod każdym, nawet z pozoru najmniej istotnym szczegółem. Poczynając od samego castingu: Jakub Gierszał, ze względu na to jak wygląda i, że chcąc nie chcąc, ma urodę aryjską, jest w punkt. Dobrze pasuje do roli Polaka, który jednak od lat żyje w Niemczech i chce się bardzo tym Niemcem czuć. Dla przeciwwagi, mamy casting Andrzeja Chyry, który także wizualnie wpisuje się w postać będącą lekkoduchem, Polakiem, który trudni się tym, co akurat się trafi. Kontrast pomiędzy tą dwójką bohaterów, uderza widza już od samego początku.

Kolejną kwestią, są zdjęcia. O matko, jakie one są piękne! Serio, każdy kadr jest zrobiony z dużym smakiem. Przestrzenie wewnątrz aż kipią od symetrii. Scenografia dopasowana pod charakter postaci, jest czymś, co aż bije po oczach. Mieszkanie naszego głównego bohatera jest sterylnie czyste, symetryczne i piękne. Ale pozbawione jakiejkolwiek duszy, nie ma w nim życia. To bardzo zimna przestrzeń. Symetryczne kadry, podkreślają to, jak poukładany i pozornie szczęśliwy jest nasz bohater. Kiedy w mieszkaniu pojawia się jego ojciec, ta symetria gdzieś się zatraca. Co jest też ciekawe, bo w tym przypadku scenografia oraz zdjęcia także w pewnym stopniu stają się narratorem w filmie.

Całości obrazu, dopełnia fenomenalna muzyka. Motyw muzyczny, który można usłyszeć w trailerze w filmie pojawia się na pozornym zapętleniu. Potęguje on odczucia towarzyszące bohaterom, a przez to film jeszcze mocniej do nas trafia. Jeszcze bardziej zostajemy nim uderzeni, choć w sumie nie wiem, czy to możliwe. Zasadniczo, obraz Urszuli Antoniak jest perfekcyjny pod niemalże każdym względem.

Pomiędzy słowami, to film ze wszech miar bardzo świadomy. Nie tylko pod względem tematyki, ale także doboru aktorów, scenografii, zdjęć czy wreszcie – muzyki. To film, którego siłą są przede wszystkim emocje, ale co ciekawe – nie przytłacza on nimi widza. Napięcie jest bardzo zgrabnie rozładowywane w niektórych momentach poprzez bardzo dowcipne dialogi, które sprawiają, że widz jest w stanie się szczerze zaśmiać. Czasem jednak, ten śmiech może się okazać taki trochę przez łzy. Czasem humor bywa naprawdę gorzki.

Bardzo smuci mnie fakt niejasnej sytuacji dotyczącej dystrybucji tego filmu. Uważam, że powinien być on wyświetlany nie tylko w kinach studyjnych ( po cichu liczę na to, że jednak do nich trafi) ale też w sieciówkach. Zakładam, że będzie się podobał. Nie męczy, nie jest kolejnym „trudnym” filmem. Porusza bardzo aktualny i ważny temat a przy tym jest zrobiony z dużym smakiem. Pomiędzy słowami, daje też bardzo do myślenia, każe się widzowi bardzo mocno zastanowić nad kwestiami tożsamości, przynależności czy wreszcie tego, jak postrzegani są obcy. Czy rzeczywiście można kogoś uznać za obcego, mimo że żyje w danym kraju przez bardzo długi czas? Czy obywatelstwo jest tylko formalnością i czy nawet jeśli je posiądziemy, nadal będziemy uznawani za imigranta? Obcego? Zostawiam Was z tymi rozważaniami. A jeśli film trafi do kin, to idźcie. Koniecznie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close

Tu mnie znajdziesz! Lajkuj, obserwuj - będziesz na bieżąco!