Plan B czyli o tym, że nie ma sytuacji bez wyjścia

Przyznajcie się, komu z was zdarzyło się znaleźć w sytuacji teoretycznie bez wyjścia? Kto z was miał kiedyś tak, że wszystko było „na nie” i generalnie to nic „tylko iść się powiesić”. Ewentualnie napić alkoholu w ilości dużo. Ewentualnie szukać miejsca pod największym z kamieni i po prostu udawać, że nas tam nie ma. Zakładam, że nie ma tutaj takiej osoby, a to dlatego, że sytuacje dramatyczne, czy też nawet graniczne, zdarzają się każdemu z nas. Nie bez kozery powstało bowiem porzekadło, które mówi, że „jeśli chcesz rozbawić Pana Boga, to powiedz mu o swoich planach”. Najnowszy film Kingi Dębskiej pt. Plan B, zdaje się czerpać garściami z tego powiedzenia. Tyle tylko, że robi to w nieco inny, ciekawszy sposób.

Plan B, to kilka bardzo różnych i luźno powiązanych ze sobą historii. W mniejszym lub większym stopniu przeplatają się one ze sobą, ale zasadniczo każda z nich jest odrębnym bytem. W tym momencie, możecie spokojnie zacząć się zastanawiać, czy aby na pewno dobrym pomysłem było połączenie tych historii w jeden film. Otóż tak, to zdecydowanie był dobry pomysł. Kinga Dębska ma bowiem niesamowitą zdolność i swego rodzaju dar, żeby z pozornie różnych historii i bohaterów, wyłuskać wspólny mianownik. W „Moich córkach krowach” były widoczne zaledwie zalążki tej sztuki. Plan B jest pod tym względem znacznie bardziej wyraźny ale też dużo bardziej mocniejszy w wymowie. Zanim jednak przejdę do zarysu fabuły, chciałabym jeszcze poruszyć jedną kwestię, a mianowicie chodzi mi o marketing Planu B i tego, jak ten film był nam sprzedawany.

Wiadomo, że Walentynki to złote żniwa dla kin. Zarezerwowanie miejsca na dzień przed Walentynkami i to jeszcze na komedię, jest praktycznie niemożliwe. A jak w grę wchodzi komedia romantyczna, to w ogóle można zarzucić pomysł pójścia do kina, jeśli nie mamy biletów na tydzień wcześniej. Plan B, jeśli wierzyć tylko i wyłącznie trailerowi i – co bardzo ważne – muzyce, która została w nim wykorzystana, próbuje nam się pokazać jako komedia romantyczna. Nawet mamy prawie biały plakat, więc wydawać by się mogło, że wszystkie elementy (poza Karolakiem oczywiście) zostały spełnione. Sęk w tym, że Plan B nie jest w żadnym stopniu komedią. Ani przez moment nie jest tam śmiesznie, jeśli nie liczyć momentów i scen z udziałem Dorocińskiego i psa. Chociaż tak naprawdę, to w tym przypadku, pod płaszczykiem z pozoru zabawnej historii, też kryje się dramat.

Plan B, jeśli mowa o fabule, opowiada kilka historii związanych z większymi lub mniejszymi dramatami bohaterów. Teoretycznie- nic ich ze sobą nie łączy. Każda historia, spokojnie mogłaby być odrębnym bytem fabularnym. Dębska w swoim najnowszym filmie, kładzie największy nacisk na to, aby pokazać, że z nawet najbardziej tragicznej sytuacji życiowej, jest jakieś wyjście. O tym też jest w zasadzie cały film – nie tylko pokazuje nam moment zderzenia się postaci z sytuacją graniczną i ich reakcją na nią, ale też pokazuje, jak sobie z takim nieszczęściem poradzić. Kreacje aktorskie oraz to, w jaki sposób są prowadzone postaci – wszystko to razem składa się na potężną dawkę emocji w najlepszym, aktorskim wydaniu.

Skoro już mowa o aktorach, to nie sposób pominąć tutaj kreacji stworzonych przez Edytę Olszówkę i Małgorzatę Gorol. O ile w przypadku tej pierwszej, doskonale wiedziałam, że naprawdę stać ją na wiele, jeśli chodzi o aktorstwo, o tyle Małgorzata Gorol jest moim małym odkryciem, jeśli mowa o naszej rodzimej scenie aktorskiej. Po pierwsze, relacja stworzona przez obie panie jest bardzo niejednoznaczna. Po drugie – aż kipi w niej od emocji i to takich, w które spokojnie jesteśmy w stanie uwierzyć. Tutaj nie ma ani grama przesady, ani jednego momentu, który może być dla nas w jakikolwiek sposób niezrozumiały czy nawet przesadzony. Nie będę pisała o co dokładnie chodzi, natomiast napiszę tylko, że dawno w polskim kinie nie ruszyła mnie tak bardzo czyjaś relacja, jak ma to miejsce w przypadku postaci granych przez Olszówkę i Gorol.

Plan B to film, który właśnie na tych relacjach się skupia. Ale Plan B jest też filmem, gdzie największe znaczenie odgrywają nie same w sobie dialogi, a reakcje poszczególnych bohaterów, na to, z czym w danym momencie muszą się zmierzyć. Kinga Dębska oczywiście doskonale wie, jak pokazać emocje kobiety – o czym mieliśmy już okazję przekonać się w przypadku poprzedniego filmu reżyserki. Plan B wznosi to, co widzieliśmy w „Moich córkach krowach” na level wyżej. Szczególnie wyraźnie widać to w postaci wykreowanej przez Kingę Preis. Pomijam już fakt, że jakakolwiek rola, której ta aktorka się podejmuje jest swoistym arcydziełem. Pomijam też fakt tego, jak wielką sympatią ją darzę. Natomiast scena przedstawiona w trailerze filmu Plan B, ta, w której Kinga Preis siedzi przy herbacie, to jest majstersztyk. Tam każdy jeden mięsień twarzy, każde spojrzenie, gest czy ruch gałki ocznej, ma ogromne znaczenie. To jest wygrane od A do Z z ogromną nawiązką. Sama scena może nie za bardzo zwiastować to, co się za chwilę wydarzy, ale właśnie poprzez taki zabieg, napięcie budowane jest jeszcze bardziej, a wydźwięk samej sceny uderza w nas ze zdwojoną siłą.

Takich scen w filmie Plan B jest znacznie więcej. To, z czym jednak część z Was może mieć problem, to odbiór filmu oraz swego rodzaju „wczucie się” w konkretne sytuacje. Dębska stworzyła z jednej strony bardzo uniwersalny film, z drugiej zaś – bardzo intymny. Chodzi mi tutaj o to, że jeśli nie mieliście styczności z podobnymi sytuacjami, jeśli nigdy w życiu nie zdarzyło się Wam być świadkiem takowej, to możecie mieć spory problem z emocjonalnym stosunkiem do tej produkcji. Ja takiego problemu nie miałam, Mój Mężczyzna też nie. Natomiast wiem, że na część osób, które znam, Plan B nie wpłynął aż tak bardzo emocjonalnie. To też dowodzi tego, jak bardzo jest on prawdziwy.

Podczas omawiania Planu B, nie jestem w stanie pominąć swoistej wisienki na torcie, jaką jest finałowa piosenka. Przez długi czas, miałam spory problem z odpowiedzią na pytanie „Kim jest Daria Zawiałow”. Teraz już nie mam i uważam, że wykorzystanie piosenki „Jeszcze w zielone gramy” jako swoistego motta w filmie, było zabiegiem nie tyle pomysłowym, co po prostu trafionym. Słowa piosenki Młynarskiego, szczególnie w scenie finałowej potęgują odbiór filmu. Proponuję, zupełnie profilaktycznie, zabrać na seans chusteczki. W moim przypadku się przydały bardzo.

Czy Plan B jest dobrym filmem na Walentynki? Oczywiście, że tak, zwłaszcza, że to także w okolicy tego dnia, mają miejsce wydarzenia przedstawiane w filmie. Tyle tylko, że nie są to przesłodzone Walentynki, pełne czekoladek, kwiatków czy słodkich cherubinków. Plan B bardzo dobrze pokazuje, że nie ma znaczenia, jaki dzień czy – nazwijmy to święto – ma miejsce. Dramaty życiowe zawsze będą się nam przydarzać – czy tego chcemy czy nie. Naszą kwestią jest tylko i wyłącznie to, jak uda nam się z nich wyjść.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close

Tu mnie znajdziesz! Lajkuj, obserwuj - będziesz na bieżąco!