Pewnego razu w Listopadzie, czyli o polskości inaczej

To z pewnością dobry film, nie przeczę, ale nie chcę go oglądać – dokładnie te słowa powiedział do mnie Mój Mężczyzna po obejrzeniu trailera do filmu Pewnego razu w listopadzie. Absolutnie mnie one nie dziwią. Tak samo, jak nie dziwi mnie to, że film zaledwie po tygodniu od premiery, ma już tylko dwa seanse. Nie dziwi mnie też to, że na seansie w niedzielę, w okolicy godziny 16, na sali kinowej byłam tylko ja i dwie inne osoby. Pewnego razu w listopadzie, jest bowiem filmem, który trochę wyskoczył jak Filip z przysłowiowej konopi i…Okazał się być swoistą perłą jeśli chodzi o polskie produkcje. Dodajmy perłą, na której „zakup” nie będzie stać każdego.

Nie lubimy mierzyć się z tematami dla naszego społeczeństwa niewygodnymi. Nie lubimy mówić o tym, co w naszym społeczeństwie nie działa. Zwłaszcza, jeśli winę za takie czy inne zmiany, ponosimy my sami. Zwłaszcza, jeśli temat może dotyczyć tak naprawdę każdego z nas. Bieda, długi, brak stałego dochodu – nie lubimy o tym mówić. A już szczególnie nie lubimy, kiedy ktoś mówi o tych sprawach otwarcie. Udajemy, że nie słyszymy. Wygodniej jest nam żyć, mając swoiste różowe okulary na oczach. Nie, nie twierdzę, że wszyscy tak mają. Nie twierdzę też, że Mój Mężczyzna, który stanowczo odmówił oglądania Pewnego razu w listopadzie, tak ma.

Andrzej Jakimowski, postanowił jednak wstać i głośno powiedzieć o tym, co nas dotyczy. Pod płaszczykiem w gruncie rzeczy prostej historii, przemyca pytania dotyczące naszej tożsamości, przywiązania do rodziny, nadrzędnych wartości czy wreszcie patriotyzmu i tego, jak może być on rozumiany. Reżyser nie udaje, że nie widzi. Wprost przeciwnie – z pełną świadomością każe nam spojrzeć na rzeczywistość Polski taką, jaka faktycznie jest. Taką, jaką możemy zobaczyć nawet nie bardzo się wysilając, a której z takich czy innych względów, oglądać nie chcemy. To trochę tak, jakby ktoś złapał nas za głowę i na siłę skierował ją w konkretnym kierunku, mówiąc: Patrz, to Twój kraj, Twoja rzeczywistość.

Większości z nas, bieda, długi czy eksmisje, kojarzą się z rodzinami patologicznymi. Sama, mieszkając w Toruniu, co i rusz słyszałam o eksmisjach rodzin mieszkających na Starówce, którzy przeniesieni zostali do mieszkań socjalnych, umieszczonych na Bydgoskim Przedmieściu. Osiedle przepiękne, zabytkowe, ale…Niesamowicie zaniedbane. To jedna z tych dzielnic, która przez wielu może być uważana za swoiste slumsy, szczególnie odcinki na ulicach Mickiewicza czy Bydgoskiej. „Nie idź sama w nocy po Bydgoskim. Bo cię napadną” – oto, co może usłyszeć nowo przybyły do Torunia student.

Tymczasem Pewnego razu w listopadzie, przełamuje schemat. Pokazuje, że eksmisja nie tyczy się li i jedynie rodzin, powszechnie uznanych za patologiczne. W historii, którą przekazać chce nam Jakimowski, na bruku ląduje była nauczycielka historii oraz jej studiujący syn, który dodatkowo otrzymał stypendium. To wykształceni, mądrzy i inteligentni ludzie, którzy z takich czy innych względów znaleźli się w niesamowicie ciężkiej sytuacji życiowej. O tym się jednak nie mówi. Bo jak eksmisja, to zawsze patologia. Przełamanie tego schematu to jednak nie jedyna rzecz, na którą w swoim najnowszym dziele, autor „Zmruż oczy” czy „Sztuczek” chce nam pokazać.

Pewnego razu w listopadzie, porusza też kwestie związane z szeroko rozumianymi prawami człowieka. Opowiedziane zostają nam one poprzez fragmenty wykładów, w których uczestniczy syn głównej bohaterki. Mowa jest tutaj o prawach człowieka i obywatela oraz tym, jak są one respektowane. To z kolei, zostaje zestawione z rzeczywistością, w jakiej faktycznie żyjemy. Reżyser jednak nie daje nam jasnej odpowiedzi na to, jak jest faktycznie. Każe nam po prostu patrzeć, myśleć i samodzielnie wyciągać wnioski. Nie sugeruje nam jednak żadnej odpowiedzi. Pokazując nam rzeczywistość Warszawy, tej brudnej, zadymionej, nieciekawej – zupełnie różnej od tej, którą znamy z wielu „polskich komedii romantycznych” – zmusza nas do refleksji.

To, co też uderza w produkcji, to kwestia związana z rozumieniem patriotyzmu. Mamy tutaj dwa punkty odniesienia. Widzimy naszą główną bohaterkę, która pomimo tego, że znajduje się w fatalnej sytuacji życiowej, dba o miejsca pamięci w bardzo prozaiczny sposób, a mianowicie…Sprzątając z nich śmieci. To jej sposób na upamiętnienie historii. W jednej z kluczowych, moim zdaniem, scen, wypowiada ona bardzo mocne słowa do swojego syna: „Tu zginęli ludzie, nawet dzieci!”. W ten sposób, reżyser stara się nam powiedzieć, że patriotyzm nie musi być postrzegany stereotypowo. Nie zawsze musi się on nam kojarzyć z „patriotami wyklętymi w dresie zaklętymi”. Uczula nas na to, że agresja nie jest dobrym sposobem na pokazanie przynależności do danego kraju. Z drugiej strony, zwraca on też uwagę na to, jak faktycznie jest ona teraz rozumiana i dlaczego tak się dzieje. Media w dość mocny sposób przekłamują obraz społeczeństwa polskiego. Widoczne w telewizji obrazy z Marszu Niepodległości, na których w dużej mierze widzimy zamaskowanych nacjonalistów z racami, owszem są prawdziwe. Ale nie są jedynymi obrazami, na które powinniśmy zwrócić uwagę. Jakimowski bardzo dobrze obrazuje rozróżnienie na „Polskę A i Polskę B”, które w jego ocenie w ogóle nie powinno mieć miejsca.

Nie chcę pisać, że to „potrzebny film”, mimo że faktycznie tak jest. Chciałabym jednak zwrócić uwagę na to, że jest on wolny od sztucznego patosu, wzniosłych a jednocześnie już wyświechtanych, frazesów. Tam nie ma wielkiej filozofii, nie ma wielkich słów. Jest rodzina, żyjąca w Warszawie w XXI wieku. Jest Warszawa, która jednocześnie jest potraktowana symbolicznie. I wreszcie – są trudne sytuacje, które mogą zdarzyć się każdemu. Wiele jest tutaj symboliki ale takiej, którą zrozumieć będzie w stanie każdy, niezależnie od wykształcenia. Jakimowski zrobił film o ludziach dla ludzi i to się chwali. Dialogi są oszczędne, reżyser stara się powiedzieć nam jak najwięcej za pomocą obrazów, co też działa na korzyść całej produkcji. Całości dopełnia może nie wybitna, ale bardzo dobrze wkomponowana muzyka. Zaś kreacja Agaty Kuleszy, to jedna z lepszych, jaką miałam okazję oglądać. I nie, nie przesadzam.

Wydawać by się mogło, że Pewnego razu w listopadzie, jest filmem, który ma bardzo pesymistyczny wydźwięk, lecz o dziwo wcale tak nie jest. Wbrew pozorom, finał, choć może się on wydawać wyjęty z kontekstu, daje nam nadzieję. Pokazuje, że nie wszystko zawsze musi kończyć się źle. Nie zawsze jest tak, że z sytuacji podbramkowej, nie ma już żadnego wyjścia. To film, który mimo wszystko pokazuje, że jest nadzieja, że Polska nie jest taka zła, brzydka i straszna.

Czy polecam? Oczywiście, że tak. Zwłaszcza, iż jestem świadoma, że to nie jest produkcja o której będzie się dużo mówiło. Ten film, tak bardzo #nikogo, jak już nie raz wspominałam. I właśnie dlatego postanowiłam o nim napisać. W nadziei, że może uda Wam się znaleźć te dwie godziny w tygodniu i pójść do kina. Nie będzie łatwo, nie ma co się oszukiwać. Ale będzie warto, a to już dobry powód, aby faktycznie zmierzyć się z tą produkcją.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close

Tu mnie znajdziesz! Lajkuj, obserwuj - będziesz na bieżąco!