Opowiedz mi o swoich planach – recenzja Parasite

Kiedy pracowałam w agencji SEO, uczyli mnie, że żeby przyciągnąć odbiorcę, trzeba zaczynać tekst od liczb. Zasadniczo bardzo nie lubię tej maniery, ale akurat w tym przypadku, nie mogę postąpić inaczej. 40 000 widzów w Polsce, którzy w miniony weekend obejrzeli w kinach Parasite, to wynik, wobec którego nie można przejść obojętnie. Jasne, w kontekście takich gigantów, jak hollywoodzkie blockbustery, to jest w sumie nic ale jeśli weźmiemy pod uwagę, że mówimy o kinie azjatyckim, to ostatnio taki wynik osiągnęło „Wejście smoka”. A wiecie, to jednak było chwilę temu. Nic nie dzieje się jednak bez przyczyny.

Ja ogólnie jestem straszna, jeśli chodzi o bycie tym tak zwanym influencerem. Nie uważam się za takowego, ale niezmiernie cieszy mnie, kiedy rzeczywiście taki mały żuczek jak ja, jest w stanie przyczynić się do czegoś naprawdę fantastycznego. Była bowiem sobie taka akcja o nazwie #MamBiletNaParasite. Twórcy internetowi, dziennikarze a także osoby nie związane w żaden sposób z jakąkolwiek działalnością w Sieci, przed oficjalną datą premiery Parasite, publikowały posty właśnie z powyższym hashtagiem. Niewiarygodnie wysoka była też frekwencja na pokazach przedpremierowych. Z reguły jestem dość sceptyczna, jeśli chodzi o takie akcje, ale w tym przypadku spotkało mnie miłe zaskoczenie. Film trafił do szerokiej dystrybucji – można go obejrzeć nie tylko w kinach studyjnych, ale też w multipleksach. To bardzo cieszy, bo – uwierzcie mi na słowo – Parasite jest tym filmem, który każdy obejrzeć powinien. Wcale mnie nie zdziwi to, jeśli za kilka lat zyska on miano kultowego.

Kiedy dowiedziałam się, że Parasite zdobyło Złotą Palmę w Cannes, przede wszystkim pomyślałam: Oho, to będzie film, który na pewno obejrzę na Tofifest. Wiem, że na tym niepokornym festiwalu filmowym, zawsze są filmy z Wenecji, Toronto czy Cannes właśnie. Niemniej, kiedy wspomniana wcześniej akcja internetowa sprawiła, że film trafił do szerokiej dystrybucji, nie zastanawiałam się zbyt długo i po prostu poszłam do kina w dniu premiery. Oczywiście czytałam sporo na temat tej produkcji. We wszystkich wrażeniach czy recenzjach krytyków, co i rusz przewijały się porównania do filmów Tarantino. Zaskoczyło mnie to, ponieważ spodziewałam się raczej arthausowego kina w najlepszym wydaniu. Dostałam fantastyczny, trzymający od pierwszych minut w napięciu, rasowy thriller z elementami komediowymi.

Nie lubię długich filmów. Wyjątkiem są jednak filmy Tarantino. One, choć bardzo często mocno „przegadane”, trzymają w napięciu i sprawiają, że zwyczajnie się nie nudzę. Parasite nie jest najkrótszy na świecie – trwa prawie 2,5h. Dlatego też trochę się bałam tego seansu. I wiecie co? Zupełnie nie odczułam tego czasu.

Napięcie budowane jest od pierwszych scen. Wartkie dialogi, akcja która cały czas idzie do przodu czy dynamiczny montaż – to wszystko sprawiało, że zasadniczo nie byłam w stanie się oderwać od filmu.

Parasite nie ma jednego głównego bohatera, chyba, że przyjmiemy iż jest to bohater zbiorowy. Od pierwszych scen, śledzimy historię rodziny, która żyje na skraju ubóstwa. Pewnego dnia, syn dostaje propozycję pracy jako korepetytor u bardzo zamożnej rodziny. Wydarzenie to zmienia sytuację finansową rodziny. Więcej nic nie napiszę, bo mogłabym za dużo zdradzić a bardzo nie chcę.

Skupię się jednak na tym, jakie problemy poruszane są w Parasite. Przede wszystkim, mamy kwestie wykluczenia społecznego i niemożności pogodzenia się z tym faktem. Sportretowana przez koreańskiego reżysera Joon-ho Bonga („Okja”, „Matka”) rodzina, ewidentnie nie jest zadowolona ze swojej sytuacji życiowej. Widać bardzo wyraźnie, że zazdrości ona tym, którzy „mają lepiej niż oni”.Jednocześnie, głowa rodziny nie podejmuje praktycznie żadnych działań, aby tę sytuację zmienić. Dopiero syn – Ki-woo – poprzez podjęcie pracy jako korepetytor, rozpoczyna lawinę wydarzeń, które sukcesywnie zapewniają pracę pozostałym członkom rodziny.

Kwestia wykluczenia społecznego jak również niemożność pogodzenia się z tym faktem, to nie wszystkie problemy, które porusza Parasite. Bardzo mocno zaakcentowane zostały tutaj kwestie związane z moralnością. Czy cel, zawsze uświęca środki? Do czego jesteśmy w stanie się posunąć, aby osiągnąć cel? Czy motywacja – choćby nie wiem, jak szlachetna była – zawsze może usprawiedliwić nasze zachowanie? Te pytania są bardzo mocno zaakcentowane. Reżyser jednak w żaden sposób nie daje nam na nie odpowiedzi a osąd zachowania bohaterów pozostawia widzowi.

To, co niesamowicie urzeka w Parasite, to mieszanie się ze sobą najróżniejszych gatunków filmowych, które razem dają naprawdę imponującą całość. To taki wiecie, najlepszy ze wszystkich koktajli jakie przyszło wam kiedykolwiek pić. Mamy tutaj i komedię i kryminał. Mamy elementy horroru, jak również rasowego thrillera. Mamy też bardzo dobry dramat społeczny. Dużo różnych elementów, które zostały ze sobą rewelacyjnie połączone. Co więcej, nie wystąpił tutaj w żadnym przypadku przerost formy nad treścią. Reżyser cały czas bowiem bardzo mocno trzyma się tego, co dokładnie chciał nam opowiedzieć. I ani na minutę nie gubi wątków. Wszystko ma tu swój sens. Ciąg przyczynowo – skutkowy nie zostaje przerwany w ani jednym momencie.

Wydaje mi się jednak, że największą siłą, jeśli chodzi o Parasite, jest gra, którą reżyser podejmuje z widzem. Napięcie budowane jest stopniowo, wydarzenia bardzo wyraźnie prowadzą do kolejnych. Sęk w tym, że kiedy widz już jest niemalże pewien, że zbliżamy się do punktu kulminacyjnego, reżyser zdaje się śmiać nam się w twarz i mówić, że jesteśmy trochę jak Jon Snow – nie wiemy nic. Mniej więcej od połowy filmu, zastanawiałam się, jak bardzo można to napięcie podkręcać i do czego to wszystko doprowadzi, bo moja własna skala się właśnie skończyła. Takie działanie to trochę miecz obusieczny. Bardzo rzadko się zdarza, że próba wywindowania suspensu jeszcze bardziej niż „normalnie”, przyniesie pozytywny efekt. W przypadku Parasite, zabieg ten wykonano mistrzowsko. Finał wbija w fotel, jest nie tylko spektakularny ale też bardzo mocno dający do myślenia.

Motywów i alegorii w Parasite jest mnóstwo. W dużej mierze z tego właśnie względu będę chciała obejrzeć ten film raz jeszcze. Mimo, iż doskonale wiem, jak ta historia się kończy, co dzieje się po drodze, chcę jeszcze raz. I niech właśnie to moje pragnienie będzie dla was najlepszą odpowiedzią na pytanie, czy warto się wybrać do kina.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close

Tu mnie znajdziesz! Lajkuj, obserwuj - będziesz na bieżąco!