Pandemia. Jak ją przetrwać? Poradnik (nie)poważny.

Przyszło nam żyć w bardzo ciekawych i ciężkich jednocześnie czasach. Nie będę jednak pisała o tym, co się dzieje, bo wszyscy doskonale jesteśmy świadomi tej sytuacji. Nie ukrywam, że początkowo, domowa izolacja nie za bardzo mi przeszkadzała, bo ja w gruncie rzeczy, jestem domatorką. Ot, po prostu stwierdziłam, że po pracy – którą i tak już od ponad dwóch lat wykonuję zdalnie – zamiast wyjścia na planszówki czy na miasto, będę miała więcej czasu na granie w gry czy oglądanie Netflixa. Bardzo szybko jednak dotarło do mnie, że jednak brakuje mi tej „normalności”. W związku z tym, zaczęłam szukać rozwiązań, które pozwoliłyby mi nie zwariować w tym dziwnym czasie.

A może by tak zacząć dilować drożdżami?

Przeglądając Instagrama czy Facebooka zauważyłam, że wielu moich znajomych odkrywa w sobie nowe talenty. W dużej mierze te kulinarne. Patrzyłam na to wszystko z lekkim uśmiechem i myślałam, że to już musi być naprawdę ciężka desperacja, żeby dobrowolnie spędzać czas przy pieczeniu czy gotowaniu.

Nie minęły 2 tygodnie, a sama wylądowałam w kuchni.

Wszystko zaczęło się od tego, że w związku z brakiem możliwości podróżowania, na czas pandemii jest ze mną Filip. I wiecie, gotowanie dla jednej osoby, w moim mniemaniu jest średnio opłacalne. To nie tak, że nie jadłam wcale. Ale np. nie piekłam ciast czy nie robiłam jakichś „normalnych” obiadów. Ot, owsianka na śniadanie, coś na szybko z patelni na obiad i kolacja, jak akurat stwierdziłam, że w sumie jestem głodna. W momencie, kiedy w domu są dwie osoby, sprawa zaczyna wyglądać nieco inaczej.

To nie tak, że „obiad być musi i koniec”. Ale znacznie przyjemniej jest zjeść go we dwójkę. No więc radośnie postanowiliśmy z Filipem zrobić pizzę. Ja lojalnie uprzedzałam, że ciasto drożdżowe i ja, to nie jest duet idealny. Co zresztą się potwierdziło i to bardzo szybko. W akcie desperacji, zadzwoniliśmy do Mamy Filipa i ciasto wyszło.

Osiągnięcie pierwsze w czasie pandemii: mam przepis i co więcej – umiem zrobić – pyszne ciasto na pizzę.

Na ciasto na pizzę potrzebne są drożdże. Wszyscy wiemy, że obecnie to towar deficytowy. No ale miałam paczkę i co mają leżeć i się marnować? Weszłam zatem na jeden z popularniejszych portali kulinarnych i znalazłam przepis na drożdżówki. Z kruszonką. Pierwotnie były z owocami, ale ani ja ani Filip za drożdżówkami z kruszonką nie przepadamy, więc były z serem.

Piekłam dzielnie do godziny 23 w piątek.

A potem przez pół dnia w niedzielę, bo mi został ser.

Osiągnięcie drugie w czasie pandemii: umiem zrobić słodkie ciasto drożdżowe.

W międzyczasie padały propozycje dotyczące podjęcia przeze mnie średnio legalnego zajęcia polegającego na sprzedaży drożdży. To z pewnością byłby dochodowy interes, ale jednak podziękowałam.

Netflix to Twój największy przyjaciel, pamiętaj o tym!

Kiedy dostęp do innych rozrywek był w zasadzie nieograniczony, nie czułam potrzeby spędzania czasu na oglądaniu seriali czy filmów na Netflixie. Jasne, czasem włączyłam, szczególnie przed snem czy po pracy, do obiadu. Ale nie, żeby jakoś super często czy coś. Ot, mam Netflixa, to korzystam.

W sytuacji, kiedy nagle zyskałam jakąś niebotyczną ilość czasu i kiedy nagle okazało się, że te wieczory to jednak jakieś takie strasznie długie się zrobiły, a to przecież nie zima, Netflix wjechał cały na biało.

Zaczęło się całkiem niewinnie, od obejrzenia serialu „Niewiarygodne” – swoją drogą, bardzo polecam! Potem było „Już nie żyjesz” – też genialne. A potem to już nie pamiętam. Dość, że w ciągu zaledwie kilku dni, obejrzeliśmy z Filipem więcej rzeczy, niż przez ostatnie pół roku. I to były dobre rzeczy, w zdecydowanej większości.

Co więcej, cały czas znajduję nowe rzeczy do oglądania i póki faktycznie wyznaję zasadę że, #ZostańWDomu, to Netflix jest jak zbawienie.

Osiągnięcie trzecie w czasie pandemii: Doceniłam różnorodność produkcji dostępnych na Netflixie.

Być jak Anna Lewandowska, Ewa Chodakowska, czy kto tam jeszcze… Na miarę naszych możliwości.

W związku z pandemią, dość mocno ograniczono mi możliwość poruszania się. Jak na złość, pogoda jest idealna, żeby zabrać psa na spacer i pobiegać czy coś. Niestety – nie da się. Rogsiu cierpi dość, ale staję na rzęsach, żeby chociaż trochę go zmęczyć w domu. Bawimy się, szarpaki i piłki poszły w ruch, ale i tak najbardziej lubi zabawę w „Szukaj smaczka”. Nawiasem mówiąc, ta jego zabawa doprowadzi mnie na skraj ruiny, bo najlepszym smaczkiem do szukania jest oczywiście coś z lodówki. Smaczki dla psa oczywiście spoko, ale wiadomo – to, co człowieki jedzą, to najlepsze.

O ile pies ma zapewnioną aktywność fizyczną, o tyle ze mną było ciężko. Przyznaję, że pomału zaczynałam już przysłowiowo chodzić po ścianach i szukać jakiegokolwiek zajęcia, bo jednak ciągłe siedzenie przed komputerem czy telewizorem, to nie najzdrowsze jest.

A wtedy z odsieczą przybyło Just Dance 2019. Radośnie stwierdziłam, że to w sumie nie jest jakiś wielki wysiłek, a poskakać do Sławomira i jego „Miłości w Zakopanem”, będzie całkiem zabawnie.

No to włączyłam…

15 minut później, po Sławomirze, Nettcie, Natalii Nykiel i Eltonie Johnie – wypluwałam płuca. Byłam owszem, bardzo szczęśliwa, ale za to zmęczona, jak nie wiem co. Stwierdziłam, że nie poddam się tak łatwo i następnego dnia zrobiłam drugie podejście do tej gry. Było lepiej, choć do Anny Lewandowskiej to mi jeszcze trochę brakuje. Tak trochę dużo…

Osiągnięcie czwarte w czasie pandemii: Aktywność fizyczna w domu jest całkiem spoko.

Pożycz mi psa, czyli Rogsiu moim bohaterem!

W czasie pandemii, okazało się, że ja nie do końca jestem taka leniwa. Otóż na szczęście, można a nawet trzeba wychodzić z domu, jeśli ma się psa. Nie musi mnie pilnować nikt z dorosłych, bo już dawno temu skończyłam 18 lat. W związku z tym, żeby mój pies jednak nie roztył się aż tak bardzo od tej wspaniałej zabawy pt. „Szukaj smaczka!”, zwiększyliśmy ilość spacerów. W tych memach, co to krążą po Internetach, że 20 spacerów w ciągu dnia, to jest trochę prawdy. Pies patrzy na mnie jak na kosmitkę, szczególnie, jeśli wychodzi o 7:30, 9:30, 11:30, 14, 15, 19 i 22. Tzn. cieszy się, pewnie. Ale jednak początkowo patrzył z niedowierzaniem. To krótkie spacery, zaledwie po kilka – kilkanaście minut. Ale to zawsze szansa na spędzenie choć chwili na świeżym powietrzu.

Rogs trochę cierpi, że cały czas na smyczy, ale jest ogólnie dzielny. I całkiem daje radę.

Osiągnięcie piąte w czasie pandemii: Z psem da się wyjść na dwór nawet i 10 razy dziennie.

Nie traktujcie tego wpisu na poważnie. Każdy z nas musi sobie jakoś w tym głupim czasie radzić. Postanowiłam, że takie opisanie swoich „osiągnięć” może być miłą rzeczą do przeczytania w internetach, kiedy 3/4 z tego co czytamy, to informacje z kraju i ze świata, które nie są dobre.

Zróbcie dla siebie coś miłego. Włączcie serial. Włączcie ulubioną grę. Poczytajcie coś.

Zróbcie coś, co sprawi Wam przyjemność.

A jeśli możecie, to spytajcie, czy ktoś nie ma czasem psa na pożyczenie – może akurat uda się wyjść na spacer?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close

Tu mnie znajdziesz! Lajkuj, obserwuj - będziesz na bieżąco!