3 Oscary za Ebbing, Missouri

Jedna z najważniejszych ceremonii wręczenia nagród filmowych już za nami. Po raz 90 Amerykańska Akademia Filmowa przyznała Oscary i po raz kolejny wywołała niemałe zamieszanie wśród widzów swoimi decyzjami. Śledziłam całą ceremonię, nie spałam całą noc i podejrzewam, że nie byłam w tym wszystkim osamotniona, czego potwierdzeniem może być chociażby aktywność na Twitterze czy grupach na Facebooku. Oczywiście jak co roku, mam mnóstwo przemyśleń, targają mną bardzo skrajne emocje: od rozczarowania, aż po szczerą i prawdziwą radość z powodu nagrodzonych. Widziałam niemalże wszystkie filmy, które nominowane były w głównych kategoriach. Miałam swoje typy, a jakże. To jednak nie oznacza, że kiedy nie wygrał mój faworyt, to się obrażałam, czy wyłączałam Galę i szłam ciąć się mydłem w płynie. Największa frajda – przynajmniej dla mnie – w trakcie oglądania takich ceremonii płynie z samej możliwości śledzenia gali oraz jej komentowania w czasie rzeczywistym. Nie zmienia to jednak faktu, że tak, jak uważam Oscary za takie trochę święto kina, tak nie jestem wobec niego bezkrytyczna. W tym roku nie podobało mi się wiele rzeczy i nie do końca są one związane z tym, do kogo Oscary trafiły.

Jimmy please staph!

Zacznijmy od prowadzącego galę czyli Jimmi’ego Kimmel’a. Ja nie wiem, dlaczego po raz drugi wybrano go na prowadzącego, serio. Po pierwsze nie był w stanie w żaden sposób rozruszać publiczności. Żarty były średnie bardzo, żeby nie powiedzieć żenujące. Okej, miał może ze dwa albo trzy momenty, kiedy naprawdę mu się udało rozbawić. Parę razy rzeczywiście się zaśmiałam. Natomiast absolutnie nie wyobrażam sobie, aby za rok także i on prowadził galę. Jasne, rozumiem, że nie on pisał te teksty, że nie on reżyserował ceremonię. Tylko to jest trochę tak, że kiedy godzisz się na prowadzenie takiej uroczystości, to jednak trochę się pod nią podpisujesz. Albo przynajmniej jesteś kojarzony. Ja na miejscu Jimmiego, po tym co się wczoraj wydarzyło, zapadłabym się chyba pod ziemię. Albo chociaż przez tydzień nie wychodziła z domu. W każdym razie, mnie by było wstyd za coś takiego.

And the Oscar goes to…

…Sam Rockwell. Tak dobrze się ta gala zaczęła, że mimo późnej godziny, piszczałam i podskakiwałam z radości przez mniej więcej trzy pierwsze statuetki. Potem było już różnie. Niemniej jednak niesamowicie cieszy mnie fakt, że nagrodzono właśnie Sama Rockwella – szczególnie jego! To aktor, który chyba zawsze musi coś udowadniać. Wydaje mi się też, że chyba nigdy nie został tak naprawdę doceniony – a szkoda! Dlatego też statuetka która do niego powędrowała i to za fantastyczną rolę w Trzech billboardach, ucieszyła mnie chyba najbardziej.

Podobnie było w przypadku Allison Janney. Tutaj miałam jednak minimalne wątpliwości, czy może bardziej nie kibicuję Laurie Metcalf. Niesamowicie ucieszyła mnie też statuetka za kostiumy dla Phantom thread (jeśli za cokolwiek ten film miał ją dostać, to właśnie za kostiumy!). No i oczywiście: Call me by your name z nagrodą za najlepszy scenariusz adaptowany to miód na moje serducho.

Oscar zamiast skutera

Żartem, który okazał się być jednym z bardziej udanych, był niewątpliwie ten dotyczący skutera. Zasada była jedna: im krótsze przemówienie, tym większa szansa na wygraną nagrody. Nie wiem, na ile to było prawdziwe, ale wiem, kto NA PEWNO nie miał szans na wygranie skutera. Gary Oldman mówił stosunkowo długo, ale umówmy się, miał święte prawo! Co więcej, nie wydaje mi się, żeby ktokolwiek miał odwagę mu tak po prostu przerwać. Swoją drogą, jakkolwiek mogłabym nie zachwycać się rolą Timothee Chalameta, tak nie wydaje mi się, żeby w jakikolwiek sposób Timothee mógł się tutaj czuć przegranym. On będzie miał jeszcze swój czas i wydaje mi się, że na jednej statuetce się nie skończy. A przynajmniej taką mam nadzieję.

No tego to się nie spodziewałam!

Chyba zawsze stałym elementem gali wręczenia statuetek Amerykańskiej Akademii Filmowej jest jakaś niespodzianka. Nie chodzi mi o kwestie związane z gośćmi czy programem uroczystości, a właśnie nagrodzonymi. W tym roku taką, nazwijmy to petardą, była nagroda za scenariusz oryginalny, która – ku zaskoczeniu bardzo dużego grona osób – powędrowała do Jordana Peele za film Get out! Nie powiem, żebym płakała z tego powodu. Jasne, kibicowałam jak nie wiem co Lady Bird czy Billboardom. Uważałam, że jeden z tych dwóch filmów jest „pewniakiem”. Myślę jednak, że nagroda dla Get out może być początkiem bardzo fajnego trendu. Kino gatunkowe, robione z pasji a nie „pod Oscara” w końcu zaczyna znaczyć coraz więcej i to cieszy. Dobrze, że wychodzimy ze sztywnych ram, kiedy nagradzane są filmy, określane przez co bardziej złośliwych „wielką sztuką”. Dobrze, że statuetka powędrowała do filmu ( a w zasadzie reżysera), który z pewnością będzie znacznie bardziej przystępny w odbiorze, niż (choć naprawdę cudowny) Phatntom thread.

3 Oscary za Ebbing, Missouri

Nie bez przyczyny tytuł wpisu jest taki właśnie. W kategorii najlepszy film, tak naprawdę nie było możliwości dokonania sensu stricto złego wyboru. Każdy z nominowanych filmów miał szansę na Oscara z róznych przyczyn. To były bardzo dobre produkcje, choć każda z nich inna. Każda uderzała w zupełnie inne struny naszej wrażliwości. Lady Bird, 3 Billboardy, Phantom thread czy Kształt Wody to produkcje kompletnie różne od siebie, a jednocześnie każda z nich jest na swój sposób wybitna. Tu nie było złego wyboru, naprawdę. Mam jednak pewien niedosyt. Kształt wody jest, owszem, piękną baśnią. Wybitna rola Sally Hawkins z fenomenalnym monologiem bez słów, fantastyczna muzyka, stylistyka tak dziwna, ale jednocześnie porywająca widza bez reszty…Długo bym mogła tak chwalić, tyle tylko, że… Billboardy były lepsze. Po prostu. W mojej ocenie oczywiście, bo znam osoby, które skaczą z radości w związku z nagrodzeniem Kształtu wody. Ja nie skaczę, ale też nie powiem, żeby było mi przykro. Ot, czuję mały niedosyt. To wszystko. Nie mogę się też oprzeć wrażeniu, że trochę powtórzyła się tutaj sytuacja ze scenariuszem oryginalnym. Znowu wygrało kino gatunkowe robione z pasji. I w tym kontekście, to rzeczywiście nie mogę mieć pretensji. Nie zmienia to jednak tego, że naprawdę mocno kibicowałam Billboardom.

Allison Janney

Frances McDormand wygrała najbardziej

Wiem, że nie ma czegoś takiego, jak wygrać bardziej czy mniej. Takie stwierdzenie w naszym języku nie funkcjonuje. Nie jestem jednak w stanie inaczej odnieść się do wystąpienia Frances McDormand, kiedy odbierała swoją statuetkę. Mówiąc kolokwialnie, rozwaliła system. Pokazała nie tylko niesamowitą klasę, ale też zwróciła uwagę na to, co było głównym tematem dyskusji około oscarowych, a mianowicie na kobiety. Dla takich momentów właśnie warto śledzić na żywo rozdanie statuetek. Nie ukrywam, że bardzo mnie poruszyło jej wystąpienie. Miałam ogromną ochotę wstać i zacząć bić brawo, ale że to była jakaś 4 czy nawet 5 nad ranem, to się jednak powstrzymałam. Natomiast uważam, że jeśli kiedykolwiek ma powstać jakiś wzór na to, jak dziękować i jak mówić na tego rodzaju uroczystościach, to Frances McDormand powinna uchodzić za przykład tego, jak robić to dobrze.

Nominacja dla ciebie, statuetka dla mnie….

Chciałabym jeszcze napisać o tym, co faktycznie sprawiło mi największy zawód jeśli chodzi o przyznane nagrody. Podejrzewam, że tutaj także nie będę jedyną. Mowa oczywiście o nagrodach za montaż i montaż dźwięku. Więcej niż pewne było to, że rywalizacja rozgrywać się będzie pomiędzy Baby driver a Dunkierką. Oscary za montaż i montaż dźwięku to jedne z tych nagród, które tak naprawdę mało kogo interesują. Nie bez przyczyny wziął się żart, który mówi, że na rozdaniach nagród, najbardziej niedocenieni są właśnie montażyści. W tym jednak przypadku, mieliśmy do czynienia z naprawdę dobrze wykonaną pracą. Zarówno Dunkierka jak i Baby driver stały montażem i montażem dźwięku. Uważam też, że to, iż oba Oscary w tych kategoriach trafiły do Dunkierki, jest wielką niesprawiedliwością. Ja to widziałam tak: Oscar za montaż dla Dunkierki a za montaż dźwięku – dla Baby Driver. Sprawiedliwie. Tymczasem nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że to, jak rozłożyły się nagrody, przypominało trochę scenę z Kilera, kiedy Siara i Lipski dzielą się sztabkami złota. Tyle tylko, że tutaj nie o sztabki się rozchodziło. Ot: Nominacja dla ciebie, statuetka dla mnie.

To był wyjątkowo dobry rok, jeśli chodzi o kino. Powstało mnóstwo świetnych produkcji, a co za tym idzie, wygrane w konkretnych kategoriach nie zawsze były oczywiste. Bardzo często też była to sytuacja pt: Chciałabym żeby dostał….ale nie będę też płakać, kiedy dostanie…. . Mam nadzieję, że trend z przyznawaniem statuetek filmom z kina gatunkowego się utrzyma. Wierzę, że kolejne gale oscarowe będą nie mniej emocjonujące, niż tegoroczna. Bo przecież w kinie chodzi przede wszystkim o emocje, prawda?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close

Tu mnie znajdziesz! Lajkuj, obserwuj - będziesz na bieżąco!