Oscarowe #3 – Room

Dziś na blogu kolejny odcinek cyklu związanego z filmami nominowanymi do Oscara. Tym razem miałam okazję uczestniczyć w przedpremierowym pokazie filmu Room, czy też – jeśli ktoś woli polskie tłumaczenie – Pokój. Film ten zdobył nominację do nagrody Akademii w 4 kategoriach, a są to: najlepszy film, najlepsza aktorka pierwszoplanowa, najlepszy reżyser i najlepszy scenariusz adaptowany. Jak nie trudno domyślić się po ostatniej nominacji, film ten jest adaptacją powieści pod tym samym tytułem, której autorką jest Emma Donoghue. Przyznaję się otwarcie: książki nie czytałam, więc w żaden sposób nie jestem w stanie stwierdzić, czy film jest dobrą adaptacją, czy też nie, aczkolwiek muszę przyznać, że jestem pod jego ogromnym wrażeniem.

To, czym najbardziej ujął mnie „Pokój” to przede wszystkim historia. Nie chodzi tu jednak o samą w sobie fabułę filmu, ale o sposób jej ukazania. Zanim jednak zagłębię się w jej analizę, kilka słów o tym, o czym film opowiada.

24-letnia kobieta, po tym, jak w wieku 17 lat została porwana przez znacznie starszego od siebie mężczyznę, przetrzymywana jest w starej szopie. Mężczyzna nie wypuszcza jej, nie jest ona też w stanie w żaden sposób się z niej wydostać. Dwa lata po porwaniu, na świat przychodzi jej syn, Jack. Oczywiście nie trudno się domyślić, kto jest jego ojcem biologicznym. Jack żyje zatem wraz z matka w odosobnieniu, a ta z kolei utwierdza go w przekonaniu, ze świat zewnętrzny jest fikcją, a prawdziwe jest tylko to, co ich otacza – czyli tytułowy Pokój. Gdy chłopiec kończy pięć lat, Joy postanawia powiedzieć synowi prawdę o otaczającym go świecie i tym samym spróbować uciec z Pokoju. Plan jest niesamowicie trudny do wykonania, ale nie niemożliwy. Nie będę się bardziej zagłębiała w szczegóły fabularne, powiem jedynie tyle, że w końcu udaje im się uciec.

07434d78a5dd3274fdd2fd846732cc3e
Jack i Joy robią jajowęża. To jedna z ich wspólnych rozrywek.

Cała historia nie byłaby niczym szczególnym, gdyby nie, jak już wcześniej wspomniałam, sposób jej przedstawienia. Narrację w filmie prowadzi bowiem…Pięcioletni Jack, który przedstawia wydarzenia oraz opisuje otaczający go świat, ze swojej, dziecięcej perspektywy. Chyba właśnie to mnie najbardziej ujeło w tej produkcji. Nie oznacza to jednak, ze to jedyna dobra rzecz w „Pokoju”.

Obsada aktorska filmu też jest niczego sobie, chociaż przyznaję bez bicia, że zupełnie nie kojarzę aktorki grającej główną rolę. Nie zmienia to jednak faktu, że zagrała ona genialnie. Biorąc pod uwagę to, jak trudną miała rolę, to trzeba przyznać, ze poradziła sobie z nią wprost koncertowo. Brie Larson, nie bez kozery, nazywana jest po cichu drugą Jennifer Lawrence. Po sukcesie, jakim bez wątpienia jest „Pokój” wróżę jej nie mniejszy sukces, niż ten, który osiągnęła wspomniana wcześniej Lawrence. Co do Jacoba Trembleya, nie mam takiej pewności, bo przecież to jeszcze dziecko i tak naprawdę wszystko się może zdarzyć. Nie mniej jednak rolę Jacka zagrał naprawdę świetnie, był bardzo autentyczny i dobrze oddał to, co potencjalnie najbardziej mogło tak małego chłopca przerażać po wyjściu „na zewnątrz”. Jego spostrzeżenia, uwagi dotyczące samochodów, nieba, liści czy zarazków są trafne, ale też w żaden sposób nieprzesadzone.

64176.jpg
Wspominałam o tym, że w „Pokoju” są kapitalne ujęcia? Nie? No to są.

Na uwagę zasługuje też wcielająca się w postać mamy Joy, Joan Allen. Jej postać jest co prawda drugoplanowa, aczkolwiek także bardzo istotna. To, co mam na myśli, to że stanowi ona swego rodzaju dopełnienie postaci naszych głównych bohaterów. Poza tym, nie bez znaczenia jest tu także relacja pomiedzy nią a Joy. Kobiety nie widziały się siedem lat. Przez siedem lat nie wiedziały co się dzieje. Matka niemalże straciła nadzieję na to, ze kiedykolwiek zobaczy córkę. Niech samo to będzie wyznacznikiem, jak trudna do ukazania i oddania była ta relacja.

Co ciekawe, film nie jest „ciężki” w odbiorze. To nie jest jeden z tych filmów, po których obejrzeniu chce nam się wyć i dopada nas nijakość naszego życia. To film, który owszem, zmusza do myślenia, ale nie w kategorii „ja i moje problemy” tylko bardziej skłaniałabym się ku „jakby to było gdyby”. Widz zaczyna się podświadomie zastanawiać, jakby zachował się, gdyby historia przedstawiona w filmie, spotkała jego. Gdyby to on był rodzicem, bądź też porwaną. Jeśli film jest w stanie wywołać w nas takie refleksje, to znaczy, że w mocny sposób oddziałuje na wyobraźnię widza, a to dobrze.

Nie sądziłam, że kiedykolwiek, od czasów „Love Story” będę wprost zachwycona muzyką z dramatu, a tu taka niespodzianka! Stephen Rennicks spisał się naprawdę na medal. Muzyka pełni w „Pokoju” dokładnie taką rolę, jaką pełnić powinna: poniekąd jest narratorem ale tez potęguje odczuwanie emocji przez widza, a dodatkowo pomaga utrzymać napięcia, chociażby w scenie w której Jack próbuje uciec z Pokoju.

ROOM_DAY22-0113_3534b05b51
Pięcioletni Jack. Jack, nie dziewczynka.

„Pokój” to film, który nie tylko jest skrojony pod Akademię, ale też może się podobać. Tak jak w przypadku „Dziewczyny z portretu” miałam mnóstwo mieszanych uczuć i ogólny mętlik w głowie, tak w przypadku „Pokoju” wiem, że nawet jeśli film Oscara nie zdobędzie, to i tak chętnie obejrzę go raz jeszcze. To film, do którego spokojnie można wrócić raz, dwa a nawet i trzy razy. Bo to, że będziemy znać fabułę, w żaden sposób nie umniejszy jakości oglądanego przez nas obrazu. Ten film to nie tylko fabuła – to też mnóstwo emocji oraz przekaz, który wcale nie jest taki oczywisty, jakby się mogło początkowo wydawać. Na początku wpisu, przyznałam się Wam do tego,  że nie przeczytałam książki, na której podstawie film powstał. Teraz wiem, że jest to pozycja literacka, którą koniecznie muszę nadrobić. Nie dla fabuły, a po to, aby przekonać się, czy książka też jest takim emocjonalnym rollercoasterem, jak film.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close

Tu mnie znajdziesz! Lajkuj, obserwuj - będziesz na bieżąco!