Oscarowe #1 – „Spotlight”

Dzisiejszy wpis, rozpoczynać będzie mini cykl, który do 28 lutego będzie ukazywał się na blogu. Data nie jest wybrana przypadkowo, albowiem to właśnie 28 lutego, odbędzie się gala rozdania najbardziej wyczekiwanych nagród filmowych, a mianowicie – Oscarów. Z tej właśnie okazji, postanowiłam prześledzić nominowane w tym roku filmy, z różnych kategorii i publikować ich recenzje oraz moje odczucia co do szans na wygranie przez dany film statuetki. Na sam początek, wzięłam na warsztat film, który jest mi bliski z jednego powodu, a mianowicie opowiada o grupie dziennikarzy. Jak pewnie część z Was wie, kiedyś byłam reporterką w dwóch studenckich rozgłośniach radiowych, stąd też moje zainteresowanie tematem.

„Spotlight” w reżyserii Toma McCarthy’ego, pozornie zupełnie niczym się nie wyróżnia na tle innych filmów, które są nominowane do Oscara. Ba, pozornie jest to film „bez fajerwerków”. W rzeczywistości bowiem, dostajemy w prezencie obraz bardzo niejednorodny, który z jakiegoś powodu budzi w nas emocje nie mniejsze niż nie jeden kryminał. W dużej mierze to właśnie na tym polega fenomen „Spotlight”: przy użyciu niewielkiej ilości środków, reżyserowi udało się stworzyć film, który nie tylko jest dobry, ale przede wszystkim – wciąga widza bez reszty.

Spotlight

O czym w zasadzie jest dzieło Toma McCarthego? „Spotlight” opowiada historię zespołu dziennikarzy śledczych jednej z bostońskich gazet. Rzecz dzieje się na początku XXI wieku, co nie jest bez znaczenia, ale o tym później. Nasz zespół poznajemy w momencie zmiany redaktora naczelnego. Baron Marty, który obejmuje to stanowisko, jest człowiekiem z zewnątrz, jednakże to, czego z pewnością nie można mu odmówić, to profesjonalizm. Na samym początku swojego urzędowania, proponuje swojemu zespołowi, aby „wziął na warsztat” historię…molestowania dzieci przez księży. Sprawa ta bowiem kiedyś do redakcji trafiła, jednakże nie ukazał się w zasadzie żaden konkretny artykuł, który by ją poruszył. Dziennikarze zatem zaczynają swoje śledztwo, a pozornie mała sprawa, okazuje się mieć znacznie większe rozmiary, niż ktokolwiek, kiedykolwiek przypuszczał.

Historia przedstawiona w „Spotlight” opiera się na faktach – rzeczywiście tego typu sprawa miała miejsce, zgadzają się także czas i miejsce wydarzeń. Jednakże nie to jest w tym filmie najważniejsze. To, czym „Spotlight” ewidentnie mnie „kupił” to sposób, w jaki historia została przedstawiona. McCarthy ukazuje bowiem dziennikarstwo takim, jakie powinno ono być w rzeczywistości, a jakim już dawno nie jest. Nasz zespół w trakcie prowadzenia śledztwa, nie korzysta z urządzeń nagrywających, w zasadzie nie używają oni Internetu, a wszystko, co znajdują, jest efektem ich ciężkiej pracy. Spotkania z proboszczami parafii, ich ofiarami czy prawnikami – to wszystko pochłania bardzo dużą ilość czasu. Dziennikarze ukazani są tu jako osoby z pasją. W zasadzie nie widzimy ich życia w kontekście rodziny – ten aspekt został tutaj ledwie zarysowany. Natomiast to, co uderza nas od początku trwania filmu, to przede wszystkim zaangażowanie w sprawę. I nie mówię tutaj tylko o dziennikarzach. W śledztwo coraz bardziej wciągają się osoby, które teoretycznie nie powinny – prawnicy, parafianie czy ofiary. Do redakcji zgłaszają się osoby, które mają na temat badanej sprawy jakiekolwiek informacje, a nasz zespół śledczych, zapisuje (dosłownie) każdą jedną informacje. Dziennikarze prowadzą notatniki, spędzają czas w archiwach, sądach – wszystko to po to, aby dotrzeć do prawdy a także – i przede wszystkim – by artykuł nad którym pracują, w końcu się ukazał.

Spotlight-e1448307157391.png

Mimo iż temat przedstawiony w filmie McCartego wydaje się mało atrakcyjny, na bazie tej historii stworzono świetny obraz, który trzyma w napięciu już od pierwszych minut. Napięcie w filmie budowane jest na wiele sposobów, jednakże głównym czynnikiem, który je wzmaga, jest bez watpienia muzyka. To szereg powtarzających się, jednostajnych melodii, nawiązujących swoim brzmieniem do brzmienia pozytywki. Czasem są one wzbogacane o dodatkowe instrumenty, jednakże ich „baza” cały czas jest ta sama.

Poza tym, w filmie nie ma długich i niekończących się dialogów. Nie oznacza to jednak, że nie ma ich wcale. Dialogi bowiem, także pełnią funkcję budowania napięcia a dodatkowo są napisane tak dobrze, ze widz mimowolnie chce wiedzieć, co będzie dalej. Są to krótkie, bardzo często szybkie wymiany zdań, co doskonale też pokazuje rytm pracy dziennikarza. Tylko w momentach, kiedy nasz zespół śledczych zastanawia się „co dalej”, dialogi zwalniają, by widz, podobnie jak bohaterowie filmu, mógł nabrać oddechu. Co za tym idzie, film ma świetną dynamikę, a to się bardzo rzadko zdarza we współczesnych produkcjach.

5101

Rozpatrując szansę filmu McCarthego na Oscara, mam mieszane uczucia. Z jednej strony, jest to film naprawdę dobry – przemyślany od początku do końca, pozbawiony dziur fabularnych. To film, w którym wszystko ma swoje uzasadnienie. Dodatkowym atutem jest też oczywiście jego temat, jednakże mam wrażenie, że posłużył on tutaj jedynie jako narzędzie, które miało na celu lepsze ukazanie zawodu dziennikarza. Całość obrazu to jeden wielki hołd dla dziennikarzy a jednocześnie swego rodzaju żal, tęsknota za tym, czego już niestety coraz mniej w mediach – za zaangażowaniem w sprawę, idealizmem, profesjonalizmem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close

Tu mnie znajdziesz! Lajkuj, obserwuj - będziesz na bieżąco!