Oh Boy…Czyli o The Boy słów kilka

Z zasady nie lubię horrorów. Thrillery oglądam sporadycznie. Co zabawne, literaturę grozy bardzo lubię. W sobotę postanowiłam jednak się przełamać i z własnej, nieprzymuszonej woli, poszłam na film, który określany był mianem horroru. Czy w rzeczywistości nim był? W mojej opinii – zupełnie nie. Co więcej, muszę niestety powiedzieć, że na tym filmie dosłownie zmarnowałam czas. To była pomyłka, o której chce bardzo szybko zapomnieć. Jednakże zanim to nastąpi, podzielę się z Wami wrażeniami dotyczącymi rzeczonego filmu. A filmem tym jest ”The Boy”.

Słuchajcie, czasem naprawdę zdarzało mi się iść na film „bo tak”. Serio, nie zawsze oglądam przysłowiowe „kino drogi”, jednakże „The Boy” to było coś, czego chyba nigdy sobie nie wybaczę. Zacznijmy zatem od początku.

O czym w zasadzie jest „The Boy”. Historia bazuje na schemacie starym jak świat – do starego domu, przyjeżdża obcy ( w tym wypadku obca) i zamieszkuje w nim. W „The Boy” powodem zamieszkania „obcej” w domu, jest podjęcie pracy, polegającej na opiece nad dzieckiem. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fakt, że dzieckiem tym jest…Lalka. No dobra, to jest horror, takie rzeczy się zdarzają i trzeba z tym żyć. Nasza bohaterka opiekuje się zatem lalką, co niekoniecznie jest jej w smak. Pojawia się też przystojny dostawca jedzenia i ogólnie ktoś, kto zaopatruje dom we wszystkie potrzebne rzeczy. To, że między nim, a naszą bohaterka zaiskrzy, widać od samego początku, a reżyser nawet nie stara się tego w żaden sposób maskować. Rozumiem jednak,  że bez wątku romantycznego, nie byłoby dramaturgii. Serio, rozumiem. Nasza bohaterka ma oczywiście pewne instrukcje co do tego, jak ma się opiekować dzieckiem – lalką. Jak też nie trudno się domyślić nie przestrzega ich, i co jest jeszcze bardziej oczywiste – wówczas dzieją się w domu dziwne i złe rzeczy.

the_boy_SD1_758_426_81_s_c1
Czy tylko mnie główna bohaterka przypomina Annę Muchę?

To w zasadzie cała fabuła, jeśli chodzi o ścisłość. Niestety, muszę być bezwzględna – to naprawdę nie jest nic odkrywczego. Gdyby jeszcze forma filmu była nieco bardziej ciekawa – ale gdzie tam! Wszystko oparte jest o stare, powtarzane już od wielu, wielu lat motywy. Tym samym, film ogląda się znośnie. Bo trzeba przyznać, że to nie do końca jest tak, że się na filmie zasypia. Owszem, plot twisty są, nawet dwa, z czego tylko jeden był dla mnie jako takim zaskoczeniem.

Czy się bałam? Zupełnie nie. To jedno było w stanie uratować ten film przed kompletną katastrofą. Nie uratowało. Przez praktycznie dwie godziny trwania filmu, raptem się może kilka razy wzdrygnęłam, to wszystko.

Zapewne zastanawiacie się, jak to się stało, że wytrzymałam w ogóle na tym seansie? Po pierwsze, to, że mi się nie podobało, nie oznacza, że komuś, kto siedział obok też się nie podobało. Zatem wyznając zasadę numer jeden dobrego kinomana: jeśli ty bawisz się średnio, to nie znaczy, że inni też muszą. Wytrzymałam grzecznie, chociaż przyznaję, że w którymś momencie zaczynałam już odliczać czas do końca seansu.

TheBoy-Featured-1050x683.jpg
Najstraszniejsza postać w filmie. Lalka.

„The boy” miał okazję też bronić się obsada aktorską, bo chyba tylko ona mu pozostała, skoro scenariusz i cała reżyseria zawiodły. Niestety i tutaj mamy totalny, przysłowiowy pasztet. Po pierwsze, aktorzy są do bólu sztampowi: ona ładna i zgrabna, co kilka minut prezentująca swój najlepszy uśmiech, on trochę nieporadny, ale i tak uroczy. No i przystojny oczywiście. Brytyjczyk, bo przecież jakże inaczej być atrakcyjnym. Sami widzicie jak to wygląda. Jeśli chodzi o obsadę, to swoją rolę spełnił tu tylko…Rekwizyt, czyli tytułowy „The Boy”, który był…Lalką. Już sam ten fakt powinien dać wam do myślenia jak słaby jest to film: najlepsza rola w filmie, przypada w udziale lalce.

Jest jeszcze przynajmniej kilkanaście powodów, przez które ten film jest zwyczajnie słaby. Z racji tego, że jest to tak marna produkcja, nie mam żadnych skrupułów, żeby zaspoilerować jedną ze scen. Otóż, oczywiście jak nie trudno się domyślić, lalka zostaje w którymś momencie roztrzaskana. Tak wiecie – w drobny mak. Co za tym idzie, zaczynają dziać się naprawdę straszne rzeczy. Problem polega na tym, że jeśli myśleliście, ze dom jest nawiedzony – to nie, nie jest. Co się okazuje? Tytułowy Chłopiec mieszka…W ścianach. Ma tam swój pokój. I ok, nie byłoby w tym niczego niezwykłego, gdyby nie fakt, że według legendy, ponad dwadzieścia lat temu dom doszczętnie spłonął. Pytam się zatem, jakim cholernym cudem, dom został magicznie odbudowany, a dzieciak przeżył? JAK? Nie ma tego nigdzie powiedzianego, co jest przyczyną pożaru, jak to się stało, ze dzieciak spłonął – no nic. To naprawdę tylko jedna scena tego typu. A wierzcie mi, ze jest ich więcej. Nie będę ich jednak opisywała, bo wpis miałby przynajmniej 10 stron, a zakładam że aż tyle nie chcecie słuchać o koszmarnie słabym filmie.

the-boy
To ten dom, co rzekomo spłonął.

Być może ktoś uzna, że kompletnie nie mam racji, jeśli chodzi o ocenę tego filmu. Oczywiście ma do tego prawo, wszak każdy z nas lubi coś innego i zupełnie czego innego może też oczekiwać od filmu. Ja od filmu – niezależnie czy ambitnego czy tez nie, oczekuję przede wszystkim rozrywki – na większym czy mniejszym poziomie, ale jednak na JAKIMŚ poziomie. W „the Boy” nie było nic, co w jakikolwiek sposób przekonałoby mnie, ze ten film nie jest jednak aż taką katastrofą. Jak tez pewnie zdążyliście zauważyć, we wpisie nie pada ani jedno nazwisko, które w jakimkolwiek stopniu związane byłoby z filmem. Nie dzieje się tak bez przyczyny – ten film był tak nijaki, że nawet niekoniecznie interesuje mnie, kto za tą katastrofa stoi. Nie za bardzo tez jestem ciekawa, czy aktorka, która nomen omen przypominała mi do złudzenia Annę Muchę, ma na swoim koncie jakiekolwiek inne role, poza tą w serialu „The Walking Dead”. Serio. Sami zatem widzicie, że musiało być naprawdę źle, skoro nawet nie mam ochoty czegoś więcej o tym filmie się dowiedzieć. Popkultura jednak rządzi się swoimi prawidłami i czasem niestety jest tak, że aby w niej przetrwać i rozumieć pewne schematy czy motywy, trzeba się poświęcić, choćby i miałom to polegać na oglądaniu naprawdę złych filmów. Cóż, jedni czytają i recenzują złe książki, innym czasem zdarza się pójść do kina na zły film. To nie jest zbrodnia. Ważne jest jednak, aby umieć odróżnić to, co dobre, od tego, co tragiczne. Jeśli nabędziemy tę umiejętność – śmierć w dżungli zwanej popkulturą, zupełnie nam nie grozi.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close

Tu mnie znajdziesz! Lajkuj, obserwuj - będziesz na bieżąco!