Krótka historia o tym, jak wywróciłam swoje życie do góry nogami

To nie jest kolejna recenzja. To nie jest kolejna topka. Nie jest to nawet polecajka czy cokolwiek innego związanego z popkulturą. Dziś będzie bardzo osobiście i bardzo szczerze. Dzień jest wszak szczególny – skończyłam 29 lat i właśnie dziś wywróciłam swoje życie do góry nogami.

Zacznijmy jednak od tego, że ja to tak naprawdę bardzo się boje różnych rzeczy. Igieł na przykład boję się bardzo i chyba w dużej mierze z tego względu do tej pory nie mam tatuażu. A chciałabym. Boję się też jeździć na nartach, bo kiedyś miałam przykry wypadek i od tamtego czasu nawet nie próbuję. Boję się patrzeć na szeroko rozumianą krew i dlatego nie oglądam horrorów, których boję się z zasady. Boję się strasznych lalek, bo jak byłam mała to podglądałam jak rodzice oglądali Chucky i od tamtej pory mam uraz.

Boję się też wielu innych rzeczy, ale chyba ponad wszystko boję się tego, czego nie znam.

Dlatego właśnie, że jestem taką bojaźliwą osobą, moja strefa komfortu jest dla mnie bardzo ważna. Lubię mieć stały rytm dnia. Lubię mieć jasno wyznaczone cele, stałe elementy dnia codziennego, które sprawiają, że moje życie jest dobre. Kawa rano. Kawa po południu. Kawa pod wieczór. Spacery z psem. Wyjścia do kina. Wyjścia ze znajomymi do klubu, granie w planszówki. Oglądanie seriali. Leżenie i czytanie książek. To wszystko sprawia mi wielką przyjemność i jest stałym elementem mojego życia.

Dlatego nie lubię, kiedy muszę z tego rezygnować.

Nie lubię, kiedy muszę przekładać coś, co sobie zaplanowałam na konkretny dzień, bo mam inne obowiązki. Chyba nikt tego nie lubi. Nie lubię rano wstawać. Nie znoszę wręcz świadomości, że jest już pierwsza w nocy, a budzik zadzwoni za sześć godzin i trzeba będzie wstać. Nie lubię liczyć ile czasu zeszło mi na taką czy inną czynność Nie lubię, kiedy muszę zrezygnować z pójścia do kina, bo seans jest za późno, a rano trzeba wstać. Nie lubię niedzieli, bo zaraz po niej jest poniedziałek, a to oznacza, że muszę iść do pracy.

Ale to nie jest tak, że nie lubię pracy.

Uwielbiam tworzyć. Kocham pisać rzeczy – te bardziej kreatywne i te mniej, choć wychodzę z założenia, że każdy tekst, który tworzę, jest czymś, co podchodzi pod szeroko rozumianą kreatywność. Lubię statystyki, nowinki technologiczne. Lubię czytać o nowych trendach „w internetach”. Przyjemność sprawia mi nadzorowanie projektów, prowadzenie ich. Bardzo lubię nowe wyzwania, kiedy mogę się w czymś sprawdzić.

Ale nie lubię być tak strasznie od A do Z.

W mojej naturze nie ma miejsca na stagnację. Jestem kimś, kto musi mieć nowe bodźce, które pobudzą go do działania. Kiedy za długo robię coś tak samo, zaczynam się nudzić. To z kolei prowadzi do poczucia beznadziei. A to do stanów, podchodzących pod marazm czy takie jakieś poczucie beznadziei. Schodzi wtedy ze mnie całe powietrze, przestaję widzieć sens w tym co robię. A w rezultacie – tak bardzo mi się nie chce, że zwyczajnie nie robię. A potem mam problemy.

Dlatego właśnie dziś, w swoje urodziny, postanowiłam to wszystko zmienić.

Złożyłam wypowiedzenie w pracy.

Nie dlatego, że coś było nie tak. Nie dlatego, że mój szef mnie wkurzał. Nie dlatego też, że nie lubiłam ludzi, z którymi pracowałam.

Po prostu czułam, że już nie umiem pracować na etacie tak, jak jeszcze umiałam dajmy na to pół roku temu. Coś ewidentnie zaczęło się psuć, coś było ze mną bardzo nie tak. Próbowałam zdusić to poczucie, wmawiając sobie, że to minie.

Nie minęło, a było jeszcze gorzej.

Poczucie, że idę do pracy, które jeszcze niedawno było dla mnie całkiem przyjemne, zaczęło zmieniać się w przykry obowiązek, a ostatnio w ogóle nie miałam ochoty iść do biura. Długo próbowałam zapomnieć o tym paskudnym uczuciu, które dopadało mnie co rano, a właściwie to już nawet wieczorem.

Na nic się to wszystko zdało.

Dlatego właśnie dziś, złożyłam wypowiedzenie.

I nie, nie szukam nowej pracy sensu stricto. Nie, nie wygrałam tez w totka, choć trochę tak się czuję. Postanowiłam, że wezmę życie we własne ręce i jakoś to będzie.

Wszak freelancerzy jakoś sobie radzą, no nie?

Od dziś, sama jestem sobie sterem, żaglem i okrętem. Czy jak to tam szło.

Mam tylko nadzieję, że nie zatonę i żaden sztorm nie przewróci mojej łajby.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close

Tu mnie znajdziesz! Lajkuj, obserwuj - będziesz na bieżąco!