Nikt cię tak nie wkurzy, jak twoja własna, rodzona siostra

W zdaniu, które jest tytułem tej notki, zawarta została uniwersalna prawda, pod którą podpisuje się obiema łapkami. Mówię to z pełną świadomością, jako osoba, która „z przydziału” ma młodszą siostrę. Czy też – młodszą zołzę. Zarówno w pierwszym, jak i w drugim przypadku, do określenia należy dodać słowo „kochaną”. W dużej mierze dlatego też niesamowicie chciałam wybrać się na film Kingi Dębskiej „Moje córki krowy”. Z kartą CinemaCity Unlimited wszystko jest Unlimited, to też w niedzielę miałam przyjemność obejrzeć tę polską produkcję.

Zanim jednak przejdę do omówienia filmu, chciałabym jeszcze słów kilka poświęcić ogólnie rozumianej polskiej kinematografii, która ku mojej wielkiej uciesze, dźwiga się z przysłowiowych popiołów. Związane jest to z pewnością z tym, że filmy tworzone są przez nowych, młodych reżyserów, a co za tym idzie – jest to też nowa jakość. Po genialnych „Córkach Dancingu”, moja poprzeczka, jeśli chodzi o polskie filmy, została podniesiona dość wysoko. „Moje córki krowy” sprostały zadaniu i trzymają naprawdę bardzo dobry poziom. W najbliższym czasie, a dokładnie 19 lutego, do kin wchodzi „Na granicy” i mam nadzieję, że i w tym przypadku się nie zawiodę. Zwłaszcza, że jeśli chodzi o obsadę, to „Na granicy” ma ją naprawdę doborową (Chyra, Grabowski, Dorociński).

13ce3f88-06d3-43e4-83e0-b513239331f4
Kadry. Coś pięknego! Tego typu ujęć, jest w filmie znacznie więcej.

To, co przykuło moją uwagę, jeśli chodzi o „Moje córki krowy”, to właśnie obsada aktorska. Po pierwsze, bardzo cieszy fakt, że w jednej z głównych ról, została obsadzona Gabriela Muskała. Aktorka mi osobiście raczej nieznana, a która zagrała naprawdę świetną rolę. Jej kreacja dobrze współgrała z charakteryzacją, co tylko potęgowało efekt, który reżyserka filmu chciała osiągnąć. Drugim, niewątpliwie bezapelacyjnym plusem filmu, jest Agata Kulesza, którą od czasów „Idy” coraz bardziej zaczynam cenić. To ten typ aktorki, która potrafi zagrać zarówno role komediową jak i poważną, przy czym jeśli o mnie chodzi, zdecydowanie wolę ją oglądać w tej drugiej wersji. Nie mogę też nie wspomnieć o fantastycznej kreacji, która przypadła w udziale Marianowi Dziędzielowi. Postać przez niego grana nadaje w zasadzie rytm całemu filmowi i jest idealną przeciwwagą dla postaci sióstr. Dzięki niemu, film ma formę taką, jakiej od niego oczekiwałam.

h42szbvk3zrot21wnt93.jpg
Młodsza córka, ojciec i mąż rzeczonej córki. Idealny obrazek, prawda?

No właśnie, znamy już obsadę, ale o czym „Moje córki krowy” są? Przyznam szczerze, że pomysł na historię jest dość banalny i wtórny. Nie zmienia to jednak faktu, że została ona przekazana w takiej formie, że jej wtórność w żadnym wypadku tu nie przeszkadza. Mamy bowiem bardzo poruszającą historię rodzinną: dwie córki, bardzo zżyte ze swoimi rodzicami (jedna to nawet z nimi mieszka), którzy zaczynają chorować. Matka córek ma jechać na ostatnie, kontrolne badania , kiedy to nagle mdleje i okazuje się, że jej stan jest znacznie poważniejszy, niż sądzono dotychczas. W międzyczasie, okazuje się też, że ojciec sióstr ma raka mózgu i zostało mu niewiele czasu, bowiem guz jest złośliwy. Ot cała historia. Przyznacie, że tego typu historii, albo raczej – historii bazowanych na podobnym schemacie, powstało już bardzo dużo. Nie wszystkie jednak były tak fantastycznie pokazane, jak ta w filmie Kingi Dębskiej.

To, co jest niewątpliwym atutem filmu, to przede wszystkim kontrasty. Każda z postaci jest kontrastem dla innej, poczynając już od naszych głównych bohaterek. Ba! Powiem nawet więcej, sama fabuła filmu skonstruowana jest na zasadzie kontrastu. Chodzi bowiem o to, że mimo iż historia przedstawiona w filmie jest niekoniecznie śmieszna, to i tak film jest zabawny. Nie jest to jednak humor, który uwłacza w jakikolwiek sposób widzowi – wprost przeciwnie. Dialogi są błyskotliwe, żarty w klimacie historii a przy tym bardzo inteligentne. Film nie jest też pozbawiony ironii i nie mówię tu tylko o tej losowej. Jednakże to, co zwróciło moją szczególną uwagę, to przede wszystkim fakt, że obraz Dębskiej obnaża pewne schematy, zachowania i tendencje, których nie brak w niejednej rodzinie. Bo któż z nas nie ma w rodzinie czarnej owcy? Albo – ile razy było tak ( to pytanie do osób, które posiadają rodzeństwo ), że podświadomie czuliście się gorsi w czymś od swojej siostry / brata? Brzmi znajomo, prawda? Nawet, jeśli były to tylko bezpodstawne uczucia – to jednak były. Film doskonale je obrazuje.

Moje-córki-krowy1
Chyba najbardziej popularny kadr z filmu. I chyba też mój ulubiony.

Pomijając fakt obnażania takich właśnie schematów i w pewien sposób piętnowania ich, film jest też bardzo mądrą opowieścią, która pokazuje, że niezależnie od tego, co się stanie, rodzeństwo zawsze może ( a przynajmniej powinno móc) liczyć na siebie nawzajem. Jednak nie ukazuje tego w sposób banalny, czy też łatwy i przyjemny. Dębska zdaje się doskonale wiedzieć, że w rodzinie nie zawsze jest kolorowo, że nawet ci z nas, którzy pozornie mają ułożone życie i całkiem ciekawa karierę – nawet oni mogą czuć się nieszczęśliwi. Świetnie pokazuje to scena, w której starsza z córek, grana przez Kuleszę, rozmawia z ojcem i mówi mu, że tak naprawdę to ona ma problem. Jednakże cały wydźwięk rozmowy wcale nie jest smutny – wprost przeciwnie! Po chwili oboje obracają wszystko w ciepły i całkiem prosty żart, tym samym pokazując, że przecież te problemy to nic, bo mamy siebie i damy radę. Podobnie rzecz się ma w samej w sobie relacji sióstr. Pozornie się nienawidzą, jedna zazdrości drugiej i generalnie to niekoniecznie umieją się ze sobą dogadać. Ale są takie momenty, kiedy rozpaczliwie szukają w sobie oparcia, i mimo tego,  że są to czasem bardzo nieudolne próby, to jednak znajdują nić porozumienia.

Tego typu scen w filmie jest sporo, bo też jest to film, który ma ukazywać pewien problem. Dębska stworzyła obraz, który nie tylko ma w sobie walory artystyczne, ale tez świetnie komentuje realne problemy czy też – jak kto woli – piętnuje je i pokazuje tylko propozycje ich rozwiązania. Przyznam szczerze, że bardzo bałam się, iż „Moje córki krowy” okażą się kolejnym, bardzo ckliwym i niekoniecznie wartościowym filmem. Pomyliłam się i to bardzo, z czego też bardzo się cieszę. Mam nadzieję, że polska kinematografia będzie szła w tym dobrym kierunku, a kolejne filmy, które już lada moment wchodzą na ekrany kin, będą dorównywać poziomem zarówno „Córkom dancingu” jak i „Moim córkom krowom”. Czego i sobie i wam, z całego serca życzę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close

Tu mnie znajdziesz! Lajkuj, obserwuj - będziesz na bieżąco!