Niech Was ręka boska…czyli o Hand of God.

Serial, o którym notka będzie okazał się dla mnie absolutnym hitem, jeśli chodzi o jesienną ramówkę.  Stanowi on bowiem połączenie kilku gatunków, a w efekcie wychodzi z tego bardzo dobra produkcja. Amazon się postarał. Ten serial ma wszystko, czego dobrej produkcji potrzeba: odpowiednią reżyserię, kapitalną muzykę oraz…Rona Perlmana. Moi mili,  oto moja nie-do-końca-recenzja trzech pierwszych odcinków Hand of God.

Przede wszystkim należy zacząć od samego pomysłu. Tutaj ogromne brawa i fanfary dla Bena Watkinsa. Samo założenie, w którym nasz sędzia Harris postanawia zejść z drogi nieprawości i korupcji, by być wzorowym katolikiem, nie jest niczym szczególnym. Natomiast w połączeniu z „resztą” serialu zaczyna być to interesujące. Owszem mamy tu coś, co zmotywowałopobrane (1) Harrisa do przemiany, a mianowicie pragnienie, by jego syn wybudził się ze śpiączki, spowodowanej próbą samobójczą. Dość istotne jest to, że nie do końca jesteśmy pewni, co było przyczyną targnięcia się na swoje życie syna sędziego. Początkowo sugerowane jest to, że żona PJ została zgwałcona na jego oczach i to właśnie wydarzenie doprowadziło do próby samobójczej. Jednakże z każdym kolejnym odcinkiem, powód nie jest już tak oczywisty. Tylko pytanie: jak być człowiekiem wierzącym i postępującym zgodnie z wszelkimi zasadami, kiedy wszyscy wokół (nawet pastor) są tego przeciwieństwem? Ten kontrast jest tutaj bardzo wyraźny i to, przynajmniej w moim odczuciu, sprawia, że całość ogląda się tak dobrze.

Robiąc notatki do wpisu, zapisałam sobie na karteczce hasło „pajęczyna”. Zapisałam je na samym początku oglądania serialu i oczywiście dziś, kiedy na karteczkę spojrzałam, nie miałam bladego pojęcia, o co mi chodziło. Włączyłam więc 3 odcinek raz jeszcze i już pamiętam wszystko. Otóż, słowo „pajęczyna” doskonale obrazuje siatkę połączeń przedstawioną w Hand of God. Naszym wielkim pająkiem jest oczywiście sędzia Harris. Ale mamy tu też burmistrza, który jest w bardzo dobrych relacjach z wpływowym sędzią. Grany przez Andre Royo burmistrz, jest postacią bardzo złożoną. Z jednej strony widzimy w nim człowieka bardzo rodzinnego, dbającego o dom, syna i ojca. Z drugiej zaś, jest bezwzględnym, dążącym do celu po trupach urzędnikiem. Manipuluje swoimi podwładnymi, grozi im utratą pracy, tym samym powołując się na swoje koneksje. Śmiem przypuszczać, że paradoksalnie, to on jest główną siłą napędzającą cały serial. To on walczy o to, żeby nawrócony sędzia nie został zawieszony. Co więcej, burmistrz wspiera wszelkie działania Harrisa, mające na celu doprowadzenie do gwałciciela synowej Pernella. Sam nie do końca jest przekonany co do słuszności tych działań, jednak potencjalne korzyści płynące z tego wsparcia, są dla burmistrza o wiele bardziej istotne niż zasadność działań Harrisa.

Mamy tu też żonę sędziego, dbającą o interesy męża, podczas kiedy jego samego zajmują takie rzeczy jak stanie nago pośrodku fontanny i mówienie „w językach”. Dana Delany fantastycznie odgrywa swoją rolę. Jest jednocześnie kochającą i troszczącą się o męża żoną natomiast z drugiej strony, pozwolę sobie na użycie tego wyrażenia: straszna z niej suka.Jej motywacje są bardzo proste: nie chce stracić swojej pozycji, co z pewnością nastąpiłoby, gdyby jej mąż stracił pracę. Póki co, walczy o nie dopuszczenie do tego, by sędzia został zawieszony. Walka jest trudna, zważywszy na fakt, że o ile Crystal Harris daje z siebie wszystko, o tyle jej mąż, zdaje się zupełnie tym nie przejmować. Oczywiście to nie tak, że nie przejmuje się tym wszystkim, bo jest leniwy czy też ma depresję. Sędzia Harris, w czasie kiedy jego żona walczy o jego pozycję, sam stara się wymierzać sprawiedliwość. I nie mówię tu o wymierzaniu jej na drodze procesu.

Tu przechodzimy do wątku pastora a co za tym idzie, największej słabości naszego sędziego. W całości serialu, wątek pastora jest chyba najistotniejszym. Wiąże się z nim bowiem cała intryga na której oparty jest serial. Nasz sędzia, trafia do kościoła prowadzonego przez wątpliwej jakości pastora. Rzeczony pastor, jest kryminalistą i oszustem, działającym „pod przykrywką” dobrego i głoszącego słowo Boże sługi. Prowadzi kościół, ale tak naprawdę, wszystkie jego działania sprowadzają się do wyłu1441278292-a0922070e675a339d87ebf473d344b0c-600x400dzania pieniędzy od naiwnych ludzi, w tym także od Pernella Harrisa. Patrząc na całość działalności pastora, nie można nie mieć wrażenia, że nie prowadzi on kościoła, a w zasadzie sektę. Sam pastor też nie jest świątobliwy – wraz ze swoją pomocnicą, uprawiają seks praktycznie w każdym z możliwych miejsc. Co więcej, piękne dziewczę działające u jego boku jest „tajną bronią” służącą do skutecznego wyciągania pieniędzy od różnorodnych instytucji.Ów pastor, na polecenie sędziego, zatrudnia też człowieka, twierdzącego, że jest on sługą bożym, naznaczonym przez samego Pana. W tej roli znakomity Garret L. Dillahunt znany m.in z filmu 12 years a Slave. KD, to kryminalista, były działacz nazistowskiej organizacji, który uniewinniony przez Harrisa, zaczyna mu pomagać. Oczywiście wszystko na chawłę Pana i sprawiedliw
ości. Nie trzeba długo debatować nad tym, czy KD jest do końca zdrowy psychicznie, bo nie jest. Jednakże jego psychiczna ułomność nie przeszkadza mu w dokonaniu morderstwa. Kolejnego w jego karierze. KD pracuje u pastora i jednocześnie pomaga sędziemu. Póki co, czyli w 3 pierwszych odcinkach, wszystko idzie zgodnie z planem, aczkolwiek biorąc pod uwagę przewrotność serialu, zapewne nie raz jeszcze wstrzymamy oddech patrząc na poczynania naszego religijnego duetu.

Nie będę bardziej zagłębiała się w fabułę serialu, gdyż nie chcę zdradzać zbyt wielu szczegółów. I tak już dużo napisałam. Chciałabym teraz poświęcić jeszcze kilka słów reżyserii oraz muzyce. Zacznijmy od reżyserii.

W serialu jest mnóstwo scen, w których mam wrażenie, wcale nie byłyby potrzebne dialogi. Reżyser tak dobrze operuje obrazem, że naprawdę, dialogi są momentami zbędne i rzeczywiście mamy masę scen, gdzie w zasadzie słyszymy tylko muzykę i widzimy obraz i doskonale wiemy „co autor ma na myśli”. Marc Forster się spisał. Znany z takich produkcji jak Quantum of Solace, World War Z czy Finding Neverland, reżyser doskonale radzi sobie z opowiadaniem nam historii sędziego Harrisa. Nie chcę za bardzo zdradzać tego, co się dokładnie dzieje w serialu, aczkolwiek jedna scena szczególnie zasługuje tu na uwagę.

Crystal chcąc nie dopuścić do zawieszenia swojego męża, stara się przekonać jednego z urcomparezędników do wycofania skargi. Spotyka się z nim na biznesowej kolacji. W momencie kiedy widzi, że jej wysiłki nie przynoszą żadnego rezultatu, postanawia pójść na całość. Wychodzi do toalety i jak nie trudno się domyślić, mężczyzna idzie za nią. Mamy scenę z lustrami, która doskonale obrazuje to, kto w tej rozgrywce gra pierwsze skrzypce. Kamera skoncentrowana jest początkowo na mężczyźnie by po dłuższym czasie, przenieść się na Crystal i to ona jest „górą”. Zabieg niby prosty, aczkolwiek w zestawieniu z całością wątku, daje niesamowity efekt.

Jeśli chodzi o muzykę, Marc Streitenfeld, znany z genialnej ścieżki dźwiękowej do Robin Hooda, pokazał, że muzyka w serialu też może być, dobra. Nierzadko to muzyka staje się narratorem naszej historii. Chociażby w scenie, w której widzimy, jak dokładnie doszło do nieudanego samobójstwa PJ’a. Muzyka trzyma widza w napięciu, a co więcej, doskonale współgra z reżyserią. To rzadkość, jeśli chodzi o seriale, szczególnie te Amerykańskie.

Jeśli chodzi o muzykę samą w sobie, to intro serialu, w którym słyszymy utwór „An Honest Man” wykonywany przez grupę Fantastic Negrito jest naprawdę mistrzowski. Doskonale wpisuje się w klimat serialu, zapowiada z czym będziemy mieć do czynienia a przede wszystkim, jest po prostu dobrym kawałkiem. Żebym nie została posądzona o gołosłowność, sami oceńcie:

„Hand of God” to serial trudny. Nie jest to produkcja do obejrzenia jednym ciągiem, bo naprawdę, jest to serial wymagający koncentracji ze strony widza. Nie męczy, a wręcz przeciwnie, jest to swego rodzaju przyjemność, którą chcemy sobie dawkować. Odcinki zostawiają widzowi dość szeroko otwartą furtkę jeśli chodzi o ciąg dalszy i, przynajmniej do tej pory, nie są przewidywalne. To dobrze rokuje. Niewątpliwą zaletą serialu jest także to, że ma on jedynie 10 odcinków i póki co nie słyszałam nic o tym, żeby miał powstać drugi sezon. Zresztą, nie bardzo wiem o co miałby się ten rzekomy drugi sezon rozbijać. Dziesięć odcinków to wystarczająca ilość do opowiedzenia ciekawej historii, która nie zanudzi się widza. To w sam raz tyle, żeby mieć serial dobry, pomagający przetrwać długie, deszczowe i zimne, jesienne wieczory.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close

Tu mnie znajdziesz! Lajkuj, obserwuj - będziesz na bieżąco!