Upiór stracił głos…I w sumie dobrze się stało!

Upiór w operze to jeden z tych filmów ( bo od tego zaczęła się moja przygoda z nim), który kocham miłością bezwarunkową. Oczywiście mówimy tu o filmie z 2004 roku w reżyserii Joela Shumachera. To właśnie po obejrzeniu tego musicalu sięgnęłam po książkę Gastona Leroux. I wiecie co? Miałam lekkie „zderzenie ze ścianą” bo jednak widziałam pewne znaczące nieścisłości fabularne. I zupełnie inaczej wyobrażałam sobie cały świat przedstawiony. To nie tak, że film mi się nie podobał, bo muzyka Andrew Lloyda Webbera zrobiła swoje. Niemniej jednak czułam niedosyt. Jeszcze gorzej było, kiedy postanowiłam obejrzeć film z 1989 roku, o którym można powiedzieć, że jedynie wykorzystał powieść Gastona Leroux jako inspirację. Jakoś niespecjalnie przemawiała do mnie wizja uwspółcześnionego Upiora. Aż w końcu, w miniony piątek, obejrzałam taką adaptację Upiora, która w pełni zaspokoiła moje oczekiwania względem niej. Był to niemy film, z 1925 roku w reżyserii Ruperta Juliana. Tytułową rolę zagrał Lon Chaney, zaś w postać Christine wcieliła się Mary Philbin. I wiecie co? To było dokładnie to, czego oczekiwałam od adaptacji powieści.

Upiór z 2004 roku. Żebyście mieli ogląd sytuacji.

Zacznijmy jednak od początku. Kiedy myślę „Upiór w operze” w uszach automatycznie słyszę ten bardzo charakterystyczny motyw organowy. Wiecie doskonale który. Dlatego też, kiedy w piątek ani razu nie usłyszałam tego utworu, czułam się nieco zawiedziona. Kiedy dowiedziałam się, że w toruńskim Kinie Centrum wyświetlany jest ten właśnie film i to do tego z muzyką na żywo, marzyłam o tym właśnie utworze. I to był mój zasadniczy błąd. Po pierwsze, utwór powstał na potrzeby musicalu z 2004 roku, więc nasuwa się całkiem logiczny wniosek, że w produkcji z 1925 roku nie miał prawa się pojawić. Co ciekawe, wcale mi go jakoś w ostatecznym rozrachunku nie brakowało. Oprawa muzyczna była bowiem nie tylko na najwyższym poziomie, ale też doskonale wpasowywała się w klimat produkcji. Marcin Młynarczyk i Grzegorz Kosowski – bo to oni odpowiedzialni byli za muzykę – wykonali naprawdę kawał dobrej roboty. Przyznam szczerze, że trochę się obawiałam, szczególnie, kiedy okazało się, że utwory są w dużej mierze elektroniczne a ich brzmienie w żaden sposób nie jest współczesne erze, w której powstał film. Miałam zatem możliwość doświadczyć z jednej strony dość ciekawego kontrastu pomiędzy współczesnym a „starym”, ale też przekonać się, że narracja za pomocą muzyki może być wyrażana na wiele sposobów.

Przyznaję bez bicia, że bardzo mało widziałam produkcji niemych a jeśli już, to muzyka nie robiła na mnie jakiegoś szczególnego wrażenia. W przypadku „Alicji w krainie czarów” z 1915 roku, miałam wręcz wrażenie, że gdzieś mi ta muzyka „ucieka”. Tutaj z kolei była ona wyraźnie spójna – jakkolwiek dziwnie to nie zabrzmi – z obrazem. Zdałam sobie też sprawę z tego, jak ważna w gruncie rzeczy jest muzyka w filmie – nie ma tu znaczenia, czy jest on niemy, czy też nie. Może to kwestia tego, że była grana na żywo? A może po prostu przez to, że kiedy oglądamy film, bardziej skupiamy się na grze aktorskiej, na dialogach niż na tym, jak ten cały obraz jest uzupełniony? Oba przypadki wydają się tu być zasadne. Co jest też ciekawe, po raz kolejny utwierdziłam się w przekonaniu, że nie ma znaczenia, czy muzyka jest elektroniczna, czy klasyczna. Czy jest bardziej współczesna, czy mniej. W muzyce, która jest komponowana do danego filmu, najważniejsze jest to, jakie dokładnie emocje budzi w widzach i czy jest w stanie budować napięcie. Tutaj, oba te czynniki zostały spełnione. Nie jest to jednak jedyna rzecz, która zrobiła na mnie wrażenie.

Pomijając fakt spójności fabularnej filmu z książką, nie mogłam oderwać wzroku od aktorów i tego, jak wiele byli oni w stanie przekazać za pomocą mimiki. Oczywiście, w przypadku produkcji niemej, odchodzi nam granie głosem, więc trzeba „nadrabiać” innymi rzeczami. Kluczową rolę w takim przypadku odgrywa charakteryzacja. Właśnie tej kwestii chciałam też przyjrzeć się nieco bliżej.

Główny bohater nosił maskę i w tej kwestii, w przypadku produkcji z 1925 roku nic się nie zmienia. Upiór dalej ją nosi, jednakże w przeciwieństwie do adaptacji z 2004 roku, zasłania ona całą twarz, a nie jej część. Jest to podyktowane kwestią tego, że nasz bohater jest zdeformowany genetycznie. W adaptacji z 2004 roku, deformacja została nabyta, o ile dobrze pamiętam, na skutek poparzenia. W każdym razie, nie była ona uwarunkowana genetycznie. To też rzutuje na to, jaką maskę nasz bohater nosi oraz na to, jak wygląda bez niej. Nie bez przyczyny wspominam tu o tym właśnie elemencie, bowiem to on stanowi punkt wyjścia, jeśli mówimy o charakteryzacji głównego bohatera filmu z 1925 roku.

Lon Chaney, bardzo długo przygotowywał się do roli. Podobno, wedle informacji, które podane nam zostały przed rozpoczęciem seansu, zadał sobie bardzo wiele bólu, żeby jak najwierniej oddać twarz upiora. Ciekawostką może być na przykład to, że przykładał sobie jajka do oczu, aby stały się one bardziej mętne – ciężko stwierdzić na ile jest to informacja prawdziwa. Twarz upiora, miała oczywiście przerażać – wszak mowa o filmie grozy – ale też być odrażająca i spójna z historią bohatera. Wedle innej, zasłyszanej anegdoty, pewnego dnia zaprosił do swojej garderoby przyjaciela, a gdy ten wszedł, aktor nie odwrócił się od razu. Kiedy jednak przyjaciel ujrzał oblicze Chaneya, a na jego twarzy malowało się prawdziwe zdumienie połączone ze strachem, aktor uznał, że jest w pełni przygotowany do roli. Trzeba przyznać, że rzeczywiście, charakteryzacja głównej postaci w filmie Ruperta Juliana, robi wrażenie. Zresztą nie tylko ona.

Maska upiora z 1925 roku.

Nie bez znaczenia są tu pewne elementy charakteryzacji, które powtarzają się u innych postaci. W filmie niemym, kiedy nie możemy usłyszeć modulacji głosu, czy chociażby sposobu wypowiadania kwestii, bardzo ważną rolę odgrywa mimika twarzy. Dlatego też, charakteryzacja w Upiorze, skoncentrowana była na tym, aby jak najlepiej tę twarz wyeksponować. Oczywiście kluczem do tego, były mocno podkreślone i zaznaczone oczy – najpewniej za pomocą czarnej kreski. Ważne było też to, aby w odpowiedni sposób wyeksponować całą twarz – czy to za pomocą charakterystycznej fryzury, czy też wąsów. Wszystkie te elementy sprawiały, że pomimo iż nie słyszeliśmy aktorów, każdy z nich był dla nas wyrazisty i co więcej – zaczynaliśmy w jakiś sposób z nim sympatyzować, bądź też – budził on naszą niechęć. Ale nie tylko twarz miała tu znaczenie, bo przecież kiedy nie mamy słów, musimy grać „całym ciałem” stąd też nie umknęły mojej uwadze nieco przerysowane, momentami hiperbolizowane, gesty wykonywane przez aktorów.

Gwałtowne ruchy rąk, teatralne omdlenia, czy reakcje emocjonalne angażujące całe ciało – to wszystko w przypadku filmu niemego składa się na to, że jesteśmy w stanie lepiej poznać naszych bohaterów, bardziej zrozumieć ich motywacje. Dzięki temu też to, co oglądamy, staje się dla nas bardziej zrozumiałe i… Nie nudzi nas. Znowu zatem wracamy do punktu wyjścia, jakim jest oddawanie emocji bez użycia głosu. Im dłużej się nad tym wszystkim zastanawiam, tym bardziej przekonuje mnie to, że na dobrą sprawę, głos w filmie, nie jest najważniejszą rzeczą na świecie. Jeszcze całkiem nie tak dawno temu, miałam sporą niechęć do filmów niemych. Wydawały mi się zwyczajnie nudne. Teraz jednak, zaczynam chyba bardziej doceniać pracę aktorów i to, jak dzięki temu odbiera się cały film.

Oczywiście w filmie niemym są dialogi, a jakże. Jednakże pokazywane są nam one na planszach, nierzadko ozdobnych. To także ma znaczenie, jeśli chodzi o estetykę filmu. Warto bowiem podkreślić, ze właśnie dzięki tym planszom, dowiadujemy się, co dokładnie dzieje się na ekranie. To nie są same dialogi, to także kwestie związane z opowiadaniem nam historii, czyli – narracją. Wiadomo, że muzyka także może ją prowadzić, ale muzyka oddaje nam jedynie emocje. A kiedy nie mamy odpowiedniego montażu, kiedy nie jesteśmy w stanie czytać w myślach bohaterów, bądź też – kiedy zwyczajnie nie znamy przedstawianej nam historii, to plansze z opisem zdarzeń czy fabuły, są potrzebne. Tym sposobem, oglądając film niemy, możemy się poczuć trochę tak, jakbyśmy mieli do czynienia z audiowizualną książką. Z jednej strony mamy obraz, mamy grę aktorska, mamy muzykę, z drugiej zaś – jesteśmy zmuszeni czytać tekst, który pojawia się na ekranie. Przyznaję, że to także jest dość ciekawe doświadczenie, więc jeśli jeszcze nie mieliście okazji obejrzeć żadnego filmu niemego, to obejrzyjcie. Sami się przekonacie, że głos aktorów, wcale nie jest potrzebny do tego, aby film był dla was w jakikolwiek sposób ciekawy.

Film jest jednak takim tworem kultury, który jest bardzo złożony. Możemy mieć nawet i najlepszych aktorów, najlepsze dialogi, ale należy zwrócić też uwagę na to, że scenografia czy kostiumy, szczególnie, jeśli mówimy o adaptacji powieści, także mają tu znaczenie. W przypadku produkcji z 1925 roku, mamy do czynienia z niezwykle widowiskową i robiącą wrażenie scenografią. Plan filmowy na którym kręcono Upiora, został stworzony właśnie na jego potrzeby i przetrwał aż do 2014 roku. Warto zwrócić uwagę na to, z jakim rozmachem został on przygotowany – pomieszczenia robiły ogromne wrażenie, podziemia paryskiej opery zostały oddane bardzo dokładnie. Sam fakt podziemnego jeziora i tego ze wyglądało ono niezwykle realistycznie, zasługuje za uznanie. To, co jednak zrobiło na mnie największe wrażenie, to kluczowa dla całej historii scena ze spadającym żyrandolem. Przyznam szczerze, że byłam bardzo ciekawa, jak to rozwiązanie tutaj zagra. Bez specjalistycznych technologii, bez dodatkowych efektów specjalnych, bez światła – wydawało się to dla mnie wręcz niemożliwe do zrealizowania. Muszę jednak przyznać, że żyrandol dość spektakularnie spadł, co więcej, pomijając kwestię „przyspieszenia” taśmy filmowej, ewakuacja ludzi także wyglądała dość naturalnie, przynajmniej jak na tamte warunki. Podobnie scena ucieczki Upiora i Christine.

Upiór w Operze, to historia, która miała już bardzo wiele różnych interpretacji – zarówno tych lepszych jak i gorszych. Znaczną część z nich miałam okazje oglądać. W kontekście Upiora, muszę Wam się do czegoś przyznać. Stanowi on bowiem pewną kość niezgody pomiędzy mną a moim Mężczyzną. Mężczyzna Mój, miał bowiem okazje obejrzeć musical w Teatrze Roma, którego ja nie widziałam. Zasadniczo nie znoszę go za to, zwłaszcza, że Upiór w interpretacji Tomasza Steciuka bardzo do mnie przemawia, zaś Christie, w którą wcieliła się Edyta Krzemień, brzmi dokładnie tak, jak zawsze to sobie wyobrażałam. Poza tym, fakt zakończenia pierwszego aktu tym, że na publiczność faktycznie „spada” żyrandol, budzi moją jeszcze większą zazdrość. Ale ja sobie to kiedyś odbiję. Na pewno.

Przy okazji tworzenia tego wpisu, zmuszona byłam powtórzyć sobie tekst źródłowy, czyli właśnie powieść Gastona Leroux. Widzę pewne różnice interpretacyjne aczkolwiek wynikają one w dużej mierze z innej formy. Bądźmy ze sobą szczerzy – film, nigdy nie odda książki w skali 1:1, chociażby ze względu na to, że jest to zupełnie innego rodzaju tekst kultury. W przypadku Upiora w reżyserii Ruperta Juliana, mieliśmy niejako trzy próby realizacji tejże powieści. Pierwsza z nich, była filmem grozy, w dosłownym tego słowa znaczeniu. Film jednakże nie spotkał się z entuzjastycznym przyjęciem, a w związku z tym, twórcy postanowili nieco zmienić jego kształt i w efekcie otrzymaliśmy komedię. Ta z kolei okazała się jeszcze większą porażką, niż pierwsza wersja filmu, w związku z czym powstała trzecia – i już ostateczna wersja, która połączyła ze sobą te elementy komediowe z tymi, które można uznać za straszne. Box office tej produkcji wynosił 2mln $, co na tamten czas było ogromną kwotą. Biorąc pod uwagę to, jak duże koszta związane były z tworzeniem tej produkcji to możemy śmiało powiedzieć, że film na siebie zarobił.

Bardzo cieszę się, że miałam okazję obejrzeć seans tego właśnie filmu z muzyką na żywo. Inicjatywa toruńskiego Kina Centrum, jest fantastyczną okazją do tego, aby właśnie zapoznać się z klasyką kina, także i tego niemego i zwyczajnie ją pokochać. Ja, osoba, która podchodziła do filmów niemych jak do czegoś, co wydawało mi się absolutnie nudne i nieatrakcyjne, teraz mam ochotę na więcej. I z niecierpliwością czekam na kolejne tego rodzaju wydarzenia, a jestem przekonana, że pojawią się one już niebawem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close

Tu mnie znajdziesz! Lajkuj, obserwuj - będziesz na bieżąco!