Mr Roosvelt czyli o tym, jak kot może zmienić czyjeś życie

Koty w Internecie „się klikają”. Nie znam osoby, która nie zainteresowałaby się chociażby na ułamek sekundy filmikiem czy zdjęciem ze „śmiesznym kotem”. Powiedzenie „oglądam śmieszne koty w Internetach” nie wzięło się znikąd. Z pewnością większość z Was, zastanawia się teraz: No dobra, ale o co jej chodzi? Co ona z tymi kotami? Otóż koty, a w zasadzie kot, mają kluczowe znaczenie dla tego wpisu. Nie, nie chodzi o żadne studium zjawiska w Sieci czy cokolwiek innego, co przy piąteczku mogłoby Was zanudzić na śmierć. Kot jest bohaterem filmu, który chcę wam dziś polecić. To komedia, bardzo zabawna, inteligentna i przy okazji dobrze zrealizowana. Miałam okazję obejrzeć ją na tegorocznym OFFCamera, aczkolwiek wiem, że dostępna jest ona już na Netflixie. Mowa o Mr Roosvelt, czyli indie komedii o tym, jak przewrotny potrafi być los.

Fabuła filmu dotyczy życia głównej bohaterki – Emily. Poznajemy ją w momencie, kiedy ma pracę, której szczerze nie znosi i marzy jej się kariera standuperki. Emily bowiem uwielbia parodiować ludzi i jest w tym niezła, mówiąc oględnie. Na co dzień Emily dzieli swoje życie pomiędzy pracę a jeżdżenie na rozmaite castingi do programów czy filmów, które dałyby jej szansę zaistnieć. Pewnego dnia, dowiaduje się od swojego byłego chłopaka, że jej kot – tytułowy Mr Roosvelt – jest bardzo chory. Tak, dobrze czytacie – jej kotem opiekuje się jej były facet. Emily rzuca wszystko i jedzie do chorego kota. Niestety, kiedy jest na miejscu okazuje się, że Mr Roosvelt przeszedł już na drugą stronę kociej tęczy. Okazuje się też, że jej były facet mieszka z nową kobietą i to oni chcą zorganizować pogrzeb Mr Roosvelta. Tak, dokładnie: Były facet Emily wraz ze swoją nową dziewczyną, chcą zorganizować pogrzeb (i stypę) kota, który należy do Emily. Poziom absurdu tej sytuacji jest miarodajny do poziomu absurdalności całej komedii. I nie, to nie jest wada.

Absurdalność założenia fabularnego, to wbrew pozorom największa zaleta tej produkcji. Widz jest początkowo nieco ogłupiały, zastanawia się o co chodzi. Jednakże narracja prowadzona jest w taki sposób, że to uczucie bardzo szybko mija i bez problemu jesteśmy w stanie wejść w przedstawianą nam historię. Co więcej, główna bohaterka bardzo szybko wzbudza sympatię i co za tym idzie, zaczynamy jej kibicować, mimo iż wcale nie jest jej lekko. Pretekst, jakim jest organizacja stypy Mr Roosvelta, pozwala nam dowiedzieć się o niej czegoś więcej. Nie ma tutaj zbyt dużo retrospekcji. Ot, kilka przebitek, aby widz mógł połapać się w tym, jakie wydarzenia doprowadziły do tego, że po pierwsze: Emily rozstała się ze swoim facetem, a po drugie – wyjechała z miasta.

Oprócz tego, Mr Roosvelt jest też bardzo trafnym komentarzem społecznym, który w mniejszym lub większym stopniu, punktuje przywary Amerykanów. Pod płaszczykiem gagów, czy omyłek, widz jest w stanie wyłapać to, o co chodziło reżyserce. Każde zdanie, które wypowiedziane jest jako pointa, jest w punkt. Zachowanie głównej bohaterki bardzo jasno daje nam ogląd na to, co o danych sytuacjach czy postawach społecznych reżyserka sądzi. Humor w filmie ma zatem dwojaką funkcję: z jednej strony – naprawdę bawi, nie jest głupi i sprawia, że widz nie ma poczucia iż ogląda „komedię dla idiotów”. Z drugiej strony, zmusza nas do refleksji, bo kiedy już się pośmiejemy z konkretnej sytuacji czy żartu, zaczyna do nas docierać to, co faktycznie reżyserka zamierzała przez nią powiedzieć. A nie zawsze są to miłe i przyjemne kwestie.

To, co też zasługuje na uznanie, jeśli mowa o Mr Roosvelt, to fakt, że za scenariusz jak i reżyserię odpowiada Noel Wells. Ona też wciela się w rolę głównej bohaterki. Ja bardzo nie lubię, kiedy za reżyserię, scenariusz i jeszcze główną postać, odpowiada jedna osoba, bo to zwykle nie kończy się dobrze dla produkcji. W tym przypadku, jest jednak inaczej. Noel Wells bardzo dobrze wie, co chce powiedzieć, ma konkretny pomysł na film, jak i na postać, którą zagra i od początku do końca, bardzo konsekwentnie realizuje swoją koncepcję.

To, co też zasługuje na uznanie, jeśli mowa o Mr Roosvelt, to fakt, że za scenariusz jak i reżyserię odpowiada Noel Wells. Ona też wciela się w rolę głównej bohaterki. Ja bardzo nie lubię, kiedy za reżyserię, scenariusz i jeszcze główną postać, odpowiada jedna osoba, bo to zwykle nie kończy się dobrze dla produkcji. W tym przypadku, jest jednak inaczej. Noel Wells bardzo dobrze wie, co chce powiedzieć, ma konkretny pomysł na film, jak i na postać, którą zagra i od początku do końca, bardzo konsekwentnie realizuje swoją koncepcję.

Przyznaję, że nie jestem jakąś wielką fanką komedii. Mr Roosvelt jednak kupił mnie bez dwóch zdań. Umówmy się: To nie jest w żadnym wypadku film wybitny. Fabuła jest mimo wszystko dość prosta, spełnia swoje założenia, a dodatkowo – całość jest nieźle zagrana. To, co jednak stanowi siłę produkcji, to fakt, że nie tylko nas ona bawi, nie tylko skłania do refleksji nad pewnymi kwestiami, ale też niesamowicie potrafi wzruszać. Reżyserka doskonale wie, jakie emocje chce w widzu wzbudzić i osiąga to, co sobie zamierzyła. W żadnym stopniu jednak nie uważam, aby Mr Roosvelt był czymś odkrywczym. Wprost przeciwnie – film garściami czerpie ze schematów i motywów, które doskonale znamy i właściwie można byłoby to zaliczyć na minus. Sęk w tym, ze te wszystkie charakterystyczne dla tego gatunku filmowego motywy czy schematy, są wykorzystane w umiejętny i inteligentny sposób.

Jeśli zatem szukacie ciekawego, ale i niegłupiego filmu na piątkowy wieczór (czy tak naprawdę jakikolwiek wieczór), to Mr Roosvelt jest bardzo dobrym wyborem. Nie jest głupią komedią, nie jest też jakoś szczególnie „ciężki”. Będziecie się na nim naprawdę dobrze bawić, to wam gwarantuję. A dodatkowo, z pewnością nie raz i nie dwa uronicie łezkę – zarówno ze śmiechu, jak i wzruszenia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close

Tu mnie znajdziesz! Lajkuj, obserwuj - będziesz na bieżąco!