Mother! czyli o matko, co to było?!

Uwielbiam uczucie, kiedy idę do kina, kompletnie nic nie wiedząc o danym filmie. To daje mi możliwość wyrobienia sobie własnej opinii, jasnego stwierdzenia, czy coś mi pasuje czy nie. Oczywiście nie zawsze tak robię, ale w przypadku filmów, które mogą mieścić się w pojęciu „ambitne kino” jest tak niemalże zawsze. Nie inaczej postanowiłam zrobić z Mother. Zabijcie mnie, ale Czarnego łabędzia nie widziałam, za to Requiem for a dream, kocham ponad wszystko, choć zdaję sobie sprawę z wad tej produkcji. Niemniej jednak, zakładając, że Mother robi człowiek, który stoi właśnie za Requiem i za – z tego co się orientuję – dobrze przyjętym Czarnym łabędziem, stwierdziłam, że nie może być źle. O słodka naiwności!

Zacznijmy jednak od dobrych cech, bo wbrew pozorom Mother posiada takowe. Smutne jest jednak to, że zaliczają się one li i jedynie do warstwy technicznej. Zdjęcia w Mother zapierają dech w piersiach. Mimo iż akcja całego praktycznie filmu ma miejsce w jednej przestrzeni, to została ona pokazana w sposób naprawdę świetny. Prowadzenie kamery w taki sposób, aby widz oglądał wydarzenia tylko i wyłącznie z perspektywy głównej bohaterki, to bardzo ciekawy i jednocześnie angażujący widza zabieg. Co więcej – mamy tutaj bardzo dużo ujęć długich, kręconych bez cięcia. To widać szczególnie na początku filmu. Mankamentem, który wyłapałam, ale który nie razi jakoś specjalnie po oczach jest to, że kamera trochę lata i absolutnie nie jest to zabieg celowy. Drgania są jednak naprawdę minimalne. Jednakże właśnie dzięki takim długim ujęciom, widz lepiej jest w stanie przysłowiowo ogarnąć całą przestrzeń. Uważam też, że świetnym posunięciem było wprowadzenie zbliżeń na twarz głównej bohaterki. Dzięki temu, bez pomocy dodatkowego wyjaśniania, zostało zobrazowane co dokładnie myśli ona w danej chwili albo też jak się czuje.

Muzyka w Mother, po prostu musiała być dobra, jeśli stoi za nią człowiek, który robił muzykę do Sicario, Arrival, czy Teorii wszystkiego. To kolejny aspekt, który wyszedł. Dobrze dopasowane motywy, szczególnie na samym końcu filmu, mocno oddziałują na widza. W kwestii muzyki, warto też podkreślić to, że twórcy nie skupili się jedynie na tym by cały czas „grało”. Jest kilka fenomenalnych momentów ciszy, która dobrze buduje napięcie.

Aktorsko w zasadzie też nie mam się do czego przyczepić. Po pierwsze umówmy się, mając taką obsadę, szansa na to, że aktorzy nie podołają roli, jest bliska zeru. Emocje, relacje pomiędzy bohaterami – to wszystko jest wygrane najlepiej, jak się tylko dało. Szczególnie podobała mi się kreacja Jennifer Lawrance. Być może wynika to z faktu, że to tak naprawdę ona jest narratorem historii i to z jej perspektywy obserwujemy wydarzenia. Ale muszę przyznać, że nie jest to rola „jednej miny” a w sumie tego bałam się najbardziej. Michelle Pfeiffer też super, aczkolwiek bardzo mało jej na ekranie – jak dla mnie – za mało. Podobnie rzecz się ma, jeśli chodzi o Eda Harrisa. Ich postaci, gdyby tylko bardziej je wyeksponować, dać im się jakoś rozwinąć, z pewnością byłyby lepsze.

I teraz przechodzimy do tego, co w Mother zdecydowanie się nie udało. Zacznijmy od tego, że scenariusz nie ma sensu. Okej, nie oczekiwałam „normalnej” historii, mając na względzie to, jak bardzo oniryczne było Reqiem for a dream. Ale oczekiwałam historii, która chociażby w minimalnym stopniu będzie w stanie mnie zainteresować. Tymczasem tak się nie stało. Drętwe dialogi czy wydarzenia co do których racjonalności można mieć spore wątpliwości, to zaledwie wierzchołek góry lodowej. Co więcej, jako widz, czułam się koszmarnie znudzona. Fabuła się ciągnie jak rozgotowany makaron, im bliżej końca, tym coraz częściej zadawałam sobie pytanie: „jak długo jeszcze?”. No i ja bardzo nie lubię filmów, które rzucają w widza jedyną słuszną jego interpretacją, a Mother dokładnie to robi. Szczególnie w dwóch ostatnich scenach – widz po prostu nie ma żadnego innego pola manewru interpretacji, niż to, które narzucił reżyser. I to jeszcze w sposób tak nachalny, że powinno się za coś takiego karać dla przykładu.

No właśnie, co z tym przekazem? Ano z samym przekazem nie dzieje się nic specjalnego, natomiast ilość motywów, które zostały w filmie wykorzystane, to już zupełnie inna historia.

Przez pierwsze 20 minut filmu, miałam jedno wielkie WTF. Okej, widziałam dwoje ludzi, jakąś przestrzeń, jakąś relację między nimi, ale w sumie nic poza tym. Musiało minąć 20 min, żeby w głowie zapaliła mi się lampka: Aha! A więc to tak! Moi kochani, cała fabuła Mother, została stworzona w oparciu o Biblię. Choć nie, to złe określenie. Cała fabuła Mother jest przełożeniem Biblii, na wizję artystyczną Aronofskyego. I o ile sam pomysł jest świetny, o tyle jego wykonanie już niekoniecznie.

Motywy, które Aronofsky postanawia w pewien sposób zinterpretować, są bardzo wybiorcze. Mamy Raj, mamy Kaina i Abla mamy potop, potem Sodomę i Gomorę, stworzenie człowieka i wreszcie – Apokalipsę. Mamy też w pewien sposób pokazaną alegorię diabła, czy grzechu, ale nie do końca można być jej pewnym. Sęk w tym, że to wszystko nie trzyma się kupy.

Wykorzystanie motywów biblijnych, tylko po to, aby zobrazować proces tworzenia, to nie jest pomysł trafiony. Znaczy ja rozumiem, że musi być ta „iskra boża”, natchnienie czy też – tak często w filmie wspominana „inspiracja”. Ale to nie działa. W efekcie otrzymaliśmy mnóstwo patosu, górnolotnych treści oraz morał taki, że nic, tylko się powiesić.

Co nie umniejsza w żaden sposób tego, że produkcja ma momenty „mocne”, jak chociażby zabranie matce dziecka – to chyba ten najmocniejszy. Okej, to może działać na wyobraźnię, ale czy trzeba było używać do tego takich właśnie zagrań? Polemizowałabym.

To, z czym Mother ma zdecydowanie problem, to z określeniem tego, czym ten film tak naprawdę jest. Bo z jednej strony, mamy pochwałę niewinności i tego, co czyste. Z drugiej strony – ganimy artystów za ich próżność i egoizm, by za chwilę wychwalać ich pod niebiosa. Wszystko super, tylko jest tego stanowczo za dużo, a w efekcie otrzymujemy przerost formy nad treścią. Środki wyrazu, zabiegi stylistyczne przyćmiewają przekaz. A finał tego jest taki, że widz zwyczajnie nie ma pojęcia o tym, co właśnie obejrzał. Ja osobiście mam też spory problem z zasadnością przekazu. Bo nie rozumiem tego, po co w ogóle Mother powstało. Mówi tak „oczywiste oczywistości”, że aż mi się wierzyć nie chciało.

No nie jest najlepiej z Mother, choć absolutnie rozumiem zachwyty. Dla mnie jednak to, że muszę przeczytać komentarz reżysera, żeby w ogóle ogarnąć, co ja właśnie obejrzałam, nie jest wyznacznikiem dobrej produkcji. To trochę tak, jakby na egzaminie ktoś nas zapytał „Co autor miał na myśli”. My podajemy odpowiedź, która wydaje nam się słuszna, zaś klucz odpowiedzi ma na ten temat odmienne zdanie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close

Tu mnie znajdziesz! Lajkuj, obserwuj - będziesz na bieżąco!