Jakie czasy taki Camelot, czyli o Legendzie Miecza słów kilka

Pierwszy, zachowany zapis legendy Króla Artura, datuje się na dwunasty wiek. Niemniej jednak, przyznać należy, że wątek Króla Artura oraz Rycerzy Okrągłego Stołu w kulturze i popkulturze, pojawia się nad wyraz często. Wykorzystywany jest on na wiele różnych sposobów. Mit ten został już przysłowiowo przemielony, popkultura nierzadko wykorzystywała wybrane wątki z tegoż właśnie mitu, nierzadko też ulegały one zmianie. Dokładnie to samo uczynił Guy Ritchie w swoim najnowszym filmie. W tym przypadku, z oryginalnej historii o Królu Arturze, zostało jedynie to, że…Został królem. No okej, wspomnienie Merlina i sporu pomiędzy rycerzami a magami, też, powiedzmy, można pod ten mit podciągnąć. Ale to wszystko. Cała reszta jest bardzo luźną (co nie znaczy, że złą) interpretacją całej legendy. I wiecie co? Ja tę wersję kupuję.

O samej w sobie fabule, nie będę się za bardzo rozpisywać. W skrócie: chodzi tu przede wszystkim o to, że tytułowy Artur, odkrywa swoje przeznaczenie. Jednakże nasz bohater, zanim to przeznaczenie odkryje, będzie wychowywał się w…Lokalnym przybytku uciech cielesnych. No i w dużej mierze chodzi o to, że mamy tu klasyczny przykład „Nie chcem, ale muszem” czyli że Artur niekoniecznie chce być tym królem. Ale przeznaczenie jest zgoła odmienne. Wątek próby zmierzenia się z przeznaczeniem Artura, stanowi główną oś fabularną całości filmu.

Zacznijmy od tego, że obsada. Byłabym hipokrytką, gdybym nie przyznała się otwarcie, że w dużej mierze, do seansu przekonali mnie Charlie Hunnam i Jude Law. Spójrzmy prawdzie w oczy – tam jest na czym oko zawiesić, a wszelkie sceny z plecami, bez koszulki, czy sceny walk…No co ja się tu będę rozwodziła – pięknie jest. Poza tym, Charlie Hunnam chyba po raz pierwszy pokazał ze jest nie tyleż „przyjemnym dla oka aktorem” co faktycznie ma charyzmę. Serio, bardzo mi do roli Artura pasował. W zasadzie nie wiem, czy to kwestia takiego „łobuzersko – badguyowego” wyglądu aktora, czy tez moich indywidualnych preferencji estetycznych. Ciężko stwierdzić. Prawdą jest jednak to, że Hunnam „kliknął” w tej produkcji.

Z Judem Law, mam spory problem, bo ja go głównie kojarzę z „Holiday” oraz „Closer”. To są tez kompletnie inne role od tej, którą przyszło mu zagrać w omawianej produkcji. Przyznam jednak, że naprawdę dobrze mi się na niego patrzyło. Co więcej – chyba znacznie bardziej przekonuje mnie Jude Law w roli głównego złego, niż w roli amanta czy ładnie wyglądającego pana. Serio. Ten gniew oraz pogarda dla wszystkiego i wszystkich, to, jak dobitnie oddał naturę Vortigerna (oczywiście tego, którego niejako wykreował Ritchie), bardzo przypadł mi do gustu. Po cichu, składam wniosek, o więcej tego typu ról dla Juda Law.

Aktorzy to jednak nie wszystko. Żeby faktycznie film dobrze się oglądało, niezbędnych jest jeszcze kilka, bardzo ważnych elementów. Z całą pewnością, jednym z nich jest fabuła. Spójrzmy prawdzie w oczy, choćbyśmy mieli samą śmietankę najlepszych aktorów z Hollywood, nie dadzą oni rady sprawić, że film będzie dobry, jeśli jego fabuła będzie o, przysłowiowy, kant dupy. W przypadku Legendy Miecza, mamy całkiem ładnie nakreśloną historię. Jest dobrze zarysowany początek, w którym bez trudu jesteśmy się w stanie zorientować, o co dokładnie chodzi. Akcja biegnie wartko, dzieje się, są pościgi, krew też się leje. Innymi słowy, nie ma czasu na nudę, a to w tego typu filmie, bardzo ważne. Warto tez zaznaczyć, że w trakcie śledzenia całej historii, jesteśmy też w stanie bardzo dobrze poznać naszych bohaterów. Przynajmniej w takim stopniu, aby móc opowiedzieć się po jakiejś konkretnej stronie. Bohaterowie, nie tylko ci pierwszoplanowi, ale też postaci poboczne – mają swój charakter, co w przypadku każdej historii, jest bardzo ważne. Jeśli widz jest w stanie wykrzesać z siebie jakiekolwiek emocje względem choćby jednej postaci, to już jest nieźle. Jeśli te emocje budzą w nim niemalże wszystkie postaci, a my jesteśmy odpowiedzialni za stworzenie tej opowieści, możemy sobie pogratulować. Myślę, że Guy Ritchie, może być z siebie dumny.

Niemniej ważny dla odbioru filmu jest montaż. I tutaj rzecz się ma dość ambiwalentnie. Z jednej bowiem strony – o tak dynamizm, dynamizm i jeszcze raz dynamizm. Ładne cięcia, ciekawie pomontowane sceny, tak, żeby oglądało się to dobrze. To wszystko znajdziemy w Legendzie Miecza. Jeśli jednak już jesteśmy przy kwestiach technicznych, nie mogę pominąć aspektu związanego z CGI. Okej, jest lepiej, niż w przypadku Wonder Woman, ale nadal jest średnio. Znowu mamy niejasne wrażenie, że trochę te efekty zaczynają spamować nam wzrok, trochę mamy wrażenie, że jest ich tu odrobinkę za dużo. Przyznam szczerze, że z CGI, w przypadku Legendy Miecza, trochę przesadzono, choć nie na tyle, by nie dało się tego kompletnie oglądać. Dość, że faktycznie uwierzyłam, że te potwory tam są. Ciekawe jest to o tyle, że jeśli np. porównamy ze sobą magiczne bestie z „Fantastycznych Stworzeń” – gdzie budżet na te konkretne stwory, był naprawdę olbrzymi – to bardzo mocno odstawały one od reszty filmu, niż miało to miejsce w przypadku Legendy Miecza. Na pocieszenie, mamy minimalną ilość slow motion – serio, to, jak bardzo starano się go unikać, cieszy. Ale akurat Guy Ritchie slow motion zawsze dobrze robił, więc może nawet trochę szkoda.

Kiedy piszę jakiekolwiek wpisy, zwykle słucham muzyki. Najczęściej jakiegoś soundtracku, który akurat mi się nawinie. Nie inaczej jest w przypadku tego wpisu. I zgadnijcie, czego słucham? Otóż tak, soundtracku z Legendy Miecza, który totalnie skradł moje serducho. To, jak on jest doskonały, jak pasuje do całości obrazu. Motyw Excalibura – The Legend od Excalibur – to jest mistrzostwo świata. Połączenie rytmów celtyckich, z dobrą, symfoniczną aranżacją – to mnie przekonuje. Podobnie Run Londinium – gdzie bardzo współczesne dźwięki przeplatają się z tymi stylizowanymi na celtyckie. Potęga tegoż soundtracku tkwi w tym, że został on nagrany na bardzo tradycyjnych instrumentach, a następnie lekko zniekształcony, poprzez zastosowanie odpowiednich przesterów. I to działa jak cholera. Także, jeśli np. nie chce Wam się iść do kina, to chociaż posłuchajcie soundtracku. Jest na JuTubie.

Jak już pisałam na swoim fp, zrobienie high-fantasy, które będzie jednocześnie nosiło w sobie znamiona filmu gangsterskiego a także – będzie cechował je odpowiedni humor – to jest sztuka. Ritchie zrobił to dobrze, zresztą trudno się dziwić. To, co wyszło zdecydowanie najlepiej, co nadawało najbardziej rytm całej produkcji, to oczywiście dialogi. Gdyby Legendę Miecza, robił ktokolwiek inny, film wyszedłby groteskowo. No bo sami zobaczcie, jak się mają dość współczesne dialogi, do stylistyki high-fantasy. No nijak się mają, no. A Ritchie zrobił tak, że te dialogi pasują, a nawet pełnią bardzo konkretna rolę w całej produkcji – czyli właśnie nadają jej odpowiedni rytm.

Jeśli chodzi o moją ocenę całości, to cholera, dobrze się na tym filmie bawiłam. Serio, nie sądziłam, że będzie AŻ tak nieźle. Wedle wszelkich przewidywań internetów, Legenda Miecza, miała się okazać co najwyżej przeciętnym filmem. W rezultacie zaś, mamy tutaj całkiem niezłą historię, dobrze zaaranżowaną, z niebanalnymi postaciami. I naprawdę, absolutnie nie przeszkadza mi to, że film opiera się na najbardziej oczywistych schematach. Bo, musicie wiedzieć, że zasada, która mówi o tym, że jeśli coś jest głupie, ale działa, to nie jest głupie, jest tutaj nadrzędną zasadą. Wszystkie schematy filmów opierających się na zdobywaniu władzy, pokonywaniu antagonistów, walce z potworami – to wszystko – w tym filmie dobrze zagrało. Ergo – film nie jest głupi (no dobra, może troszeczkę jest) i ogląda się go z prawdziwą przyjemnością. Tym samym, dostaliśmy Camelot naszych czasów – z epickimi pościgami, walkami, potworami w CGI. Z dialogami rodem z filmów gangsterskich. Dostaliśmy Camelot XXI wieku. I wiecie co? Mi się to Camelot podoba.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close

Tu mnie znajdziesz! Lajkuj, obserwuj - będziesz na bieżąco!