Love, Simon, czyli tęcza i stado dzikich jednorożców

Moja przygoda z Love, Simon zaczęła się dość…Nieoczekiwanie. Przy okazji premiery książki „Slash” Natalii Osińskiej, zaczęłam rozmawiać z moją siostrą na tematy LGBTQ, w których – ku mojemu zaskoczeniu – była dość obeznana. Co więcej, sama w którymś momencie rzuciła, że „koniecznie powinnam przeczytać taką jedną książkę, bo na pewno mi się spodoba”. Spytałam, co to za książka i wtedy właśnie po raz pierwszy zetknęłam się z tytułem Simon i inni homo sapiens. Problem był jeden: NIGDZIE nie byłam w stanie tej książki dostać, a za każdym razem, kiedy rozmawiałam z siostrą przez telefon, słyszałam jej szyderczy śmiech i to, jak się chwali, że ona tę książkę ma. A to, ze książka pierwotnie należy do jej przyjaciółki, to inna kwestia. W każdym razie, w końcu, po długich bojach, udało mi się pożyczyć Simona i nie ukrywam, że przeczytałam go w dwie noce tak naprawdę. Historia wciągnęła mnie na amen, zrobiło mi się ciepło i dobrze na serduszku i w ogóle byłam chodzącą tęczą. A chwilę później dowiedziałam się, że wychodzi film na podstawie tej właśnie książki. Oczywiście, że zadzwoniłam do siostry i teraz to ja byłam tą, która się chwali, że ma CCU i pójdzie sobie do kina tak naprawdę kiedy bądź. W odpowiedzi usłyszałam, że ona ma nadal zniżkę szkolną, więc i tak wygrywa.

Abstrahując jednak od wszelkich sporów z siostrą, w jednym jesteśmy zgodne: Simon i inni homo spaiens, to lektura obowiązkowa dla każdego, bez względu na wiek, płeć czy orientację seksualną, bo właśnie tej ostatniej kwestii dotyka ona najbardziej. Nie zamierzam jednak w żaden sposób porównywać ze sobą pierwowzoru i filmu. Jeśli spytacie dlaczego, to odpowiedź jest prosta: film, zrobił mi zdecydowanie lepiej na serduszku, niż książka. Po prostu. Wyszłam z kina z przeogromnym uśmiechem, zakładam, że wyglądałam jak chodząca tęcza, a w mojej głowie patatajało stado dzikich jednorożców. Do pełni szczęścia brakowało mi tylko puchatego kocyka, najlepiej w kolorach tęczy oczywiście. Ale tak: właśnie tak czułam się po obejrzeniu Love, Simon. I to wcale nie dlatego, że jest to film pod jakimkolwiek względem wybitny. Wręcz przeciwnie – to całkiem prosta historia, w którą jednak włożono mnóstwo serca. I to się czuje.

Dla tych, którzy jednak nie mają pojęcia o czym jest Love, Simon. To prosta historia, która opowiada o nastolatku, który od kilku lat, skrywa sekret : jest gejem. Nikomu o tym nie mówił, aż do momentu, kiedy udało mu się nawiązać kontakt z jednym z uczniów jego szkoły. Sęk w tym, ze ani Simon, ani Blue, nie wiedzą kim są. Być może mijają się codziennie na korytarzu szkolnym. Być może nawet mają razem lekcje, choć nawet jeśli – to nie są świadomi, że są gdzieś obok. Jedyny kontakt, jaki ze sobą mają, to właśnie pisane do siebie maile. Pewnego dnia, Simon zostaje zaszantażowany przez ucznia swojej szkoły, który to przypadkiem odkrył jego sekret. Martin – bo to on szantażuje Simona, chce, aby ten pomógł mu się zbliżyć do jednej z dziewczyn. Simon, chcąc nie chcąc na to przystaje.

Akcja filmu, przebiega dwutorowo – z jednej strony mamy wątek Simona i Blue, z drugiej – próbę wywiązania się ze zobowiązania danego Martinowi. Okej, wcale nie danego, tylko wymuszonego, umówmy się. Simon stara się swoim zachowaniem nikogo nie skrzywdzić, a już szczególnie nie chce tej krzywdy wyrządzić swoim najbliższym przyjaciołom: Abby, Nickowi i Leah. Nie jest chyba niczym odkrywczym to, że wszystko idzie zupełnie nie tak, jak Simon sobie założył?

Pod względem fabularnym, Love, Simon, jest klasycznym YA – wykorzystuje chyba wszystkie możliwe dla tego rodzaju motywy i co najważniejsze – robi to bardzo dobrze. Warto jednak zwrócić uwagę na to, że jednak nie fabuła jest najważniejsza w przypadku produkcji, jaką jest Love, Simon. Ważniejsze dla mnie okazały się relacje bohaterów oraz to, z czym każdy z nich w jakiś sposób próbował się zmagać.

Oczywiście najważniejszą kwestią jest „comming out” naszego bohatera oraz strach, który mu towarzyszy przy tym. Widz jest w stanie bardzo dobrze wczuć się w sytuację Simona, a tym samym – nawiązać z nim emocjonalną więź. Ja już wiele razy mówiłam, ze nie ma chyba nic gorszego, niż bohaterowie, którzy są nam tak bardzo obojętni, że bardziej się nie da. W przypadku filmu Love, Simon, taka sytuacja w ogóle nie ma miejsca. Zarówno nasz główny bohater, jak pozostałe postaci, są JAKIEŚ. Każda z nich, jest w stanie wzbudzić w nas konkretne uczucia, a co za tym idzie – pozwolić nam się zaangażować emocjonalnie w historię przedstawioną na ekranie.

Sama konstrukcja postaci, pod względem ich charakteru też wypada bardzo dobrze. Główny bohater jest dokładnie taki, jakim może być nastoletni gej, który boi się przyznać, że nim jest. Postaci poboczne, także posiadają właściwe dla nich cechy charakteru: mamy zawodnika szkolnej drużyny piłkarskiej, mamy trochę nieśmiałą, ale wierną przyjaciółkę ( a nawet dwie) i wreszcie mamy też „tego złego” – irytującego do granic możliwości Martina, którego motywacja też jest dla nas w pewien sposób zrozumiała. Za pomocą tych postaci, film bardzo dobrze obrazuje problemy nastolatków: ich lęki, fascynacje oraz typowe dla wieku dojrzewania sekrety.

Warto jest też zwrócić uwagę na wartości, jakie Love, Simon nam przekazuje. Pod płaszczykiem bardzo prostej historii o dojrzewaniu i pierwszej miłości, zwraca on uwagę na kwestię odkrywania przez nastolatki swojej seksualności. Proces ten, nie zawsze jest taki, jakbyśmy sobie wymarzyli – dochodzenie do niego także wymaga czasu oraz nierzadko jest przypłacone rozczarowaniami. To wszystko my, widzowie dwudziestokilkuletni już dobrze znamy. Nastolatkowie z kolei, będą w stanie bez najmniejszych trudności, utożsamić się z wybranymi przez siebie bohaterami. Z całą pewnością zobaczą też sytuacje, które może nie dotknęły ich bezpośrednio, ale z całą pewnością znają je chociażby ze szkoły czy otoczenia swoich rówieśników.

To, co jest też bardzo istotne, to fakt, że Love, Simon, nie skupia się jedynie na akceptacji lub też jej braku ze strony rówieśników. Film bardzo wyraźnie porusza też kwestię rodziny. Wydaje mi się, że bez tego czynnika, nie byłby on tak pełnym i dobrze zrealizowanym filmem. Oczywiście przykładem na pokazanie relacji w rodzinie, jest rodzina naszego głównego bohatera. Tutaj należą się ogromne pochwały dla Jennifer Garner. Doskonale sprawdza się ona w roli kochającej, ale też wyrozumiałej matki, która nie jest w tym wszystkim zbyt nachalna. Doskonale pokazuje ona, że właściwym zachowaniem rodzica w sytuacji, kiedy wiemy, że nasze dziecko może mieć jakiś sekret, jest to, abyśmy nie próbowali wyciągnąć go z niego na siłę. Jeśli bowiem uda nam się zbudować relację z nastolatkiem, której podstawą będzie zaufanie, wówczas – prędzej czy później – sam wyzna nam swój sekret, jak tylko będzie na to gotowy. Josh Duhamel, wcielający się w rolę ojca Simona, także wypada tutaj bardzo wiarygodnie. Jest co prawda klasycznym przykładem ojca, który nie do końca wie, jak zareagować na informacje o tym, ze jego syn jest gejem, ale z drugiej strony – reaguje najlepiej jak umie: miłością i to miłością bezwarunkową. Nie ukrywa on jednak, że jest to dla niego trudne, ale też nikt nie oczekuje od niego, że będzie udawał, iż jest inaczej.

Jest jednak jedna rzecz, która niesamowicie mnie zirytowała w Love, Simon. Wbrew pozorom, to wcale nie jest zakończenie, bo ono akurat było totalnie takie, jakie być powinno: słodkie, tęczowe i w dodatku tak wzruszające, że chyba tylko osoba mająca zamiast serca kamień się na nim nie będzie wstanie w jakikolwiek wzruszyć. To, co mnie wkurzyło niemiłosiernie i jest skazą w moim odczuciu na Love, Simon, to postać Leah.

Zacznijmy od tego, że w postać Leah, wciela się nie kto inny, jak Katherine Langford. Wiem, nazwisko z pewnością niewiele wam mówi. Ale jak powiem Hannah Baker, to nagle wszyscy wiedzą, która to aktorka. Sęk w tym, że Hannah Baker była niesamowicie irytującą postacią. Taką wiecie, aż do bólu. Liczyłam, że w Love, Simon, aktorka dostanie zupełnie inaczej napisaną postać – co w sumie byłoby zgodne z treścią książki. Tak się jednak nie dzieje i Leah – mimo że nadal jesteśmy w stanie ją zrozumieć i wczuć się w jej sytuację – jest potwornie, ale to potwornie nijaka. Przez lwią części filmu, miałam wrażenie, że postać Leah, została niemalże żywcem przekopiowana z 13 reasons why. Na szczęście, pod sam koniec, Leah się rehabilituje i przestaje być tak irytująca. Niemniej jednak, samo poprowadzenie jej wątku, nie jest ani oryginalne ani też zrobione w jakiś wyjątkowy sposób.

Co innego relacja Simona z tajemniczym Blue. Tutaj, twórcy pokusili się o kilka, ciekawych rozwiązań, aby zwodzić widza najdłużej jak się da.  Osoby, które czytały książkę, mogą się czuć nieco zmęczone ciągłymi próbami zmylenia widza, aczkolwiek cały czas musimy mieć na względzie to, z jaką formą próbuje zmierzyć się film. Powieść w dużej mierze epistolarna (wszak maile, to też listy) jest bardzo trudna do zekranizowania. Sądzę jednak, że twórcy wybrnęli z tego zadania dość dobrze i te próby „zmylenia widza” są zrobione najlepiej, jak tylko było to możliwe.

Nie mogę też przejść obojętnie wobec ścieżki dźwiękowej, która jest taka, jak sam film: pogodna, ciepła i radosna. Co prawda nie jestem w stanie wam wymienić wszystkich utworów i wykonawców, którzy pojawiają się w Love, Simon, ale jest ich sporo. I tak, to jest kolejna ścieżka, zaraz po tej z Baby Driver, której będę słuchała w wakacje.

Cieszę się, że Love, Simon wszedł do kin. To ciepła, idealna na gorszy dzień ( na lepszy też, spokojnie), historia, którą warto jest obejrzeć. Pozwala ona nie tylko na zrozumienie pewnych zachowań nastolatków, ale też na to, aby znów poczuć taką nastoletnią radość i trochę też beztroskę. Myślę też, że Love, Simon jest wspaniałą historią nie tylko dla nastolatków, ale też ( a może zwłaszcza?) dla rodziców. To film, który porusza bardzo ważne kwestie, uświadamia, ale też „odczarowuje” tę strefę tabu, jaką jest inność seksualna. Mamy XXI w i tak, jak w którymś ze swoich postów na Facebooku Tattwa napisała, że nie chodzi po tolerancję, a właśnie o przyjęcie czegoś za normalne, tak ten film właśnie to nam uświadamia. To, kogo kochamy, jacy jesteśmy i jak się z tym czujemy – to tylko i wyłącznie nasza sprawa. Nie musimy się bać, tego, że ktoś nas nie zaakceptuje, choć oczywiście może się tak zdarzyć. W tym momencie nie mówimy już o jako takiej inności. Przyjmujemy za normalne to, że na świecie panuje różnorodność. I wcale nie musimy jej tolerować. Musimy po prostu uznać ją za coś, co jest naturalne i co jest czyjąś prywatną sprawą.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close

Tu mnie znajdziesz! Lajkuj, obserwuj - będziesz na bieżąco!