Listy do M. 3 czyli cud bożonarodzeniowy w listopadzie

Nie sądziłam, że w ogóle dane będzie mi napisać tę recenzję. Po cichu śmiałam się ze znajomym, że Listy do M. 3 będą hitem. Że pójdę na nie niemalże tyle samo razy, co na Baby Driver. Lepiej – czyniliśmy szeroko rozumianą szyderę z Karolaka. Zresztą, umówmy się – Listy do M były (powiedzmy) że dobre w pierwszej odsłonie. O drugiej należy stanowczo zapomnieć. Zaś trzecia część polskiej wersji „To właśnie miłość” wyszła… Nad wyraz dobrze.

Zanim poleje się wiadro krytyki szeroko rozumianej, ustalmy jedno: Nadal nie uważam, że Listy do M.3 są w jakimkolwiek stopniu filmem wybitnym. Nadal też jestem zdania, że jeśli nie macie Unlimited, albo innego vouchera, to po prostu lepiej poczekać z obejrzeniem do czasu, aż będą w tefałenach ( a będą na bank). Niemniej jednak, jestem miło zaskoczona tym, że trzecia część filmu, w którym Karolak pomyka w stroju świętego Mikołaja, wyszła nieźle.

Umówmy się: Nie oczekujmy nie wiadomo jakiej fabuły. Nie oczekujmy górnolotnych problemów. Oczekujmy czułej i, w gruncie rzeczy, uroczej historii ( a w zasadzie kilku historii) i klimatu świątecznego. Tylko przy takim założeniu, jesteśmy w stanie na Listach do M. 3 bawić się nieźle.

Teraz uwaga, bo zapewne nieprędko wygłoszę podobne stwierdzenie: Karolak gra dobrze. Cieszy fakt, że jego postać została poprowadzona w dość jednak dramatyczny sposób. Mamy tutaj całkiem realny problem, jest nawet moment do zastanowienia się nad tym, z czym mierzy się nasz bohater. Melchior bowiem musi stanąć twarzą twarz z przeszłością. Osią fabularną tego wątku, jest bowiem poszukiwanie ojca, który kiedyś był, ale w sumie to zniknął. Motorem do działania jest w przypadku Melchiora jego synek. I tu też zatrzymam się na chwilę, bo to naprawdę dobrze zagrana postać. Nie dość, że dobrze dobrano aktora, to jeszcze dobrze go poprowadzono. No cud normalnie! W efekcie, wątek Melchiora jest ciekawy, w pewnym sensie jesteśmy w stanie mu nawet kibicować.

Po seansie, miałam jedno, dość dziwne przemyślenie. Mianowicie chciałabym, aby w naszym kraju znalazł się śmiałek, który zrobiłby film o hipisie. Albo nawet nie tyle o hipisie, co o jakiejś grupie ludzi, w wieku powiedzmy po 50 i ich umiłowaniu do ideologii dzieci kwiatów. Myślę sobie, że w tej roli, Piotr Adamczyk byłby rewelacyjny. Zakładając oczywiście, że film i postaci nie zostałyby wzięte na serio. Adamczyk, jest jednym z tych aktorów, których szczerze nie lubię oglądać. Nie wiem, może to kwestia roli papieża, a może po prostu nie pasuje mi on wizualnie. Fakt jest jednak taki, że w trzeciej części Listów do M, wypada dobrze. Raz – że jego postać w żadnym wypadku nie może być brana na poważnie a dwa, że scena kiedy jest totalnie upalony zielskiem, to złoto. Może właśnie to jest jakiś sposób na aktorów, którzy z reguły grają sztywniaków. Dać im do zagrania rolę nałogowego palacza marihuany. W kontraście z postacią graną przez Agnieszkę Dygant, wypada to miodnie. Relacja tej dwójki nabiera charakteru. Co więcej, dialogi nie są drętwe jakby je drwal porąbał, a wypadają nie dość, że komicznie, to jeszcze całkiem naturalnie. Oczywiście przy założeniu, że nie traktujemy tych postaci całkiem serio.

Nie jest jednak tak, że każdy wątek przedstawiony w Listach do M. 3 należy brać pół-żartem, pół- serio. Postać Wojciecha, granego przez ABSOLUTNIE WSPANIAŁEGO I CUDOWNEGO MALAJKATA (i niech ktoś spróbuje powiedzieć inaczej) to świetny przykład na to, że nie zawsze polskie komedie romantyczne muszą być do bólu naszpikowane kloacznymi żartami czy gagami rodem z kabaretów. Wątek Wojciecha moim zdaniem, jest najjaśniejszym punktem całej produkcji. Pomijając fakt, że w postać wciela się Wojciech (!) Malajkat, jest to też bardzo dobre zobrazowanie tego, jak radzić (lub też jak NIE UMIEĆ SOBIE PORADZIĆ) z szeroko rozumianą żałobą. Żona Wojciecha nie żyje i on tego faktu nie jest w stanie zaakceptować. W domu, tworzy swoiste muzeum, sferę sacrum, w którym przechowuje rzeczy żony. Na swoim laptopie ma filmy i zdjęcia ze wspólnych wyjazdów które wręcz maniakalnie ogląda. Nie dopuszcza do swojej świadomości tego, że ona nie żyje i, że ten fakt w żaden sposób nie ulegnie zmianie. Jeśli zestawimy ten wątek z postacią oraz aktorem, no to jesteśmy w domu. Wojciech Malajkat, ze swoim wzrokiem smutnego mopsa, z taką całkiem uroczą nieporadnością i z tym przeraźliwym smutkiem, wypada świetnie. Nie będę Wam więcej pisać, bo jeszcze przez przypadek, zamiast powiedzmy – że – recenzji, wyszedł by z tego wpisu jakiś epos na temat wspaniałości Malajkata ( o którym wszyscy doskonale wiemy, że jest wspaniały).

To, że całkiem nieźle bawiłam się na filmie Listy do M. 3, nie oznacza, że produkcja jest pozbawiona jakichkolwiek wad. Tak, tak, będę narzekała. No bo jak to? Polska komedia romantyczna, a ja mam nie narzekać?

Listy do M. 3 trwają jakieś 1,5h pi razy drzwi. Moim zdaniem, spokojnie można by je przedłużyć o 15-20 min, bez szkody dla całości. Spytacie zapewne, po co? Otóż po to, aby lepiej nam przedstawić nowych bohaterów. Twórcy wprowadzają do serii postać weterynarza Rafała (Filip Pławiak, znany chociażby z Czerwonego Pająka, czy Prostej historii o morderstwie) oraz Zuzy (Katarzyna Zawadzka, Chce się żyć czy też – jeśli ktoś oglądał – Prawo Agaty). Wątek bardzo uroczy, do bólu sztampowy (ale kto by się przejmował) i naprawdę fajnie poprowadzony. Ale mógłby być lepiej. Tutaj stanowczo zabrakło tak z dwóch czy trzech nawet scen, aby ta relacja bohaterów, została nam lepiej pokazana. I tak jest nieźle, ale ja czuję niedosyt. Mam w związku z tym poczucie, że niektóre sytuacje są trochę od czapy, trochę na siłę. Co nie zmienia faktu, że chemia między aktorami wcielającymi się w postaci jest naprawdę fajna. A to, że ich historia jest bardzo, ale to bardzo oklepana? No cóż. Listy do M. 3 w założeniu są swego rodzaju bajką, która po prostu musi skończyć się dobrze. W taki czy inny sposób. W każdym razie, mam cichą nadzieję, że jeśli powstanie kolejna część ( a pewnie powstanie, biorąc pod uwagę to, ile film już zarobił), wątek tych dwojga jakoś wróci.

I ostatni wątek, który chciałabym omówić, czyli Borys Szyc i Magdalena Różczka. Ta relacja to jest jakiś kosmos. Po pierwsze, jest bardzo, ale to bardzo komiksowa. Tak wiecie, jakbyście wzięli do ręki jakiś komiks o gliniarzu i jego lubej, to to będzie właśnie to. On robi niestworzone rzeczy, ale gra twardziela, a ona jest tą subtelną i trochę nieogarniającą niewiastą. Trochę też marzycielką. Idealistką. Ten kontrast, jest bardzo fajnie pokazany, ale twórcy nawet nie próbują udawać, że ci bohaterowie nie są w pewien sposób kreskówkowi czy też waśnie komiksowi. Wiemy od początku, jak ta historia się zakończy, ale co z tego. Jest uroczo, zabawnie i niegłupio. Jak dla mnie – to wystarczy aby los tych dwojga mnie w jakikolwiek sposób obchodził. Poza tym, myślę sobie, że Szyc spokojnie może szukać ról właśnie takich nie do końca branych na poważnie „superbohaterów”. Z jego wiecznym poker face’em – sukces gwarantowany.

W kwestiach technicznych jest powiedzmy, że poprawnie. Nie ma montażu rodem z ubojni. Muzyka, choć wszystkim bardzo dobrze znana i mogąca śmiało uchodzić za „generic soundtrack”, bardzo pasuje. Robi klimacik i nie jest nachalna. Zdjęcia też ciekawe, jedyne co mi zazgrzytało to CGI na samym początku filmu, ale nie dam sobie ręki uciąć, że to faktycznie było CGI. Może ta sukienka faktycznie tak latała.

Całość ogląda się naprawdę, ale to naprawdę nieźle. Nie spodziewałam się, że nie będę się nudziła, specjalnie też polowałam na miejsca w kinie w ostatnim rzędzie, żeby w razie nudy okrutnej, móc sobie chociaż telefon przeglądać na maksymalnie przyciemnionym ekranie. Nie było jednak takiej potrzeby. Parę razy nawet zakręciła mi się łezka w oku, ale spokojnie, wam nie musi. Ja jestem z reguły bardzo wrażliwa więc u mnie o łezki nietrudno. Jednakże tak, jak wspomniałam na samym początku – to nie jest kino w żadnym wypadku wybitne. To całkiem przyzwoicie zrobiona produkcja komercyjna, którą dla odmiany da się oglądać bez wykrwawiających się oczu. Można powiedzieć, że filmowy cud bożonarodzeniowy wydarzył się w listopadzie. No cóż, lepiej wcześniej, niż wcale.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close

Tu mnie znajdziesz! Lajkuj, obserwuj - będziesz na bieżąco!