Buntowniczka z wyboru, czyli Lady Bird – recenzja przedpremierowa

Nie ukrywam, że Lady Bird, obok Trzech billbordów za Ebbing, Misouri, był jednym, z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie filmów, nie tylko jeśli chodzi o nominacje oscarowe, ale w ogóle. Moje oczekiwania względem tej produkcji rosły wraz ze wzrostem liczby nagród, które zostały produkcji przyznane. Nie ukrywam też, że tak samo, jak mocno czekałam na ten film, tak wielkie miałam względem niego obawy, w związku z tematem który porusza. Bałam się, że zostanie on przedstawiony w sposób pretensjonalny i groteskowy a co najgorsze – że nie uwierzę w zachowanie czy motywacje bohaterów. Na szczęście tak się nie stało.

O czym opowiada Lady Bird? Akcja filmu rozpoczyna się w momencie, kiedy nasza bohaterka – czyli tytułowa Lady Bird, zaczyna ostatni rok w katolickim liceum w Sacramento. Zupełnie nie podoba jej się perspektywa pójścia do collegu znajdującego się zaledwie pół godziny drogi od miejsca, w którym mieszka. Marzy ona o wyjeździe do Nowego Yorku, jednakże możliwości finansowe rodziny Lady Bird, stoją tutaj na przeszkodzie. Dziewczyna postanawia zatem zrobić wszystko, żeby tylko zrealizować swoje marzenia. My, jako widzowie, obserwujemy te starania, które dziewczyna zawzięcie próbuje zrealizować przez ostatni rok nauki w katolickim liceum.

Przedstawiony powyżej opis fabuły, to jednak nie wszystko. Lady Bird, pod płaszczykiem teoretycznie naiwnej opowieści o realizacji marzeń, skrywa znacznie więcej. Marzenie o dostaniu się na wymarzoną uczelnię, to zaledwie wierzchołek góry lodowej, jeśli mowa o kwestiach poruszonych w produkcji. Reżyserka Greta Gerwig, bardzo sprawnie przemyca do filmu rozterki typowe dla okresu dorastania, takie jak chociażby niemożność porozumienia się z rodzicami, szeroko rozumiany bunt nastolatków, czy wreszcie zawody i rozterki miłosne. Akcenty w produkcji Gerwig, są rozłożone na tyle umiejętnie, że ani nie gubi nam się główny wątek, ani też nie mamy wrażenia, że inne, poboczne wątki, w jakikolwiek sposób go przysłaniają. Wszystko jest tu doskonale wyważone.

Można oczywiście wysnuć zarzut, że fabuła Lady Bird jest mocno pretekstowa i trochę tak jest. Natomiast pod jej płaszczykiem, skrywają się naprawdę spore problemy, które ukazane są w bardzo wiarygodny dla widza sposób. Zaznaczę tylko, że jeśli ktoś z was, nigdy z żadną sytuacji przedstawionych w produkcji nie miał styczności, ich odbiór uderzy was o wiele mniej. Ja – stety lub niestety – miałam styczność z większością sytuacji. Co więcej, niejednokrotnie podczas seansu, dopadało mnie wrażenie, że ja gdzieś już coś podobnego widziałam. Skądś to wszystko znam. Aż za dobrze.

Trafność i realizm przedstawionych w Lady Bird sytuacji, w dużej mierze jest zasługą kapitalnych dialogów. Są one nie tylko bardzo w punkt, ale też nie stronią od humoru, który świetnie przeplata się z tymi, które zdecydowanie nie należą do najbardziej przyjemnych. Szczególnie jednak uderzyła mnie jedna ze scen, kiedy główna bohaterka próbuje nawiązać kontakt z matką, mówi do niej, wręcz krzyczy, a matka uparcie milczy. To jest z pozoru bardzo prosta scena, ale z drugiej strony – któż z nas nie przeżył takiej samej, albo przynajmniej podobnej?

Same dobrze napisane dialogi, nie zrobią jednak filmu – umówmy się. Owszem, to jest bardzo ważny element, jeśli mowa o jego ostatecznej ocenie, ale bez gry aktorskiej i emocji, które tym dialogom będą towarzyszyć, nie mamy co liczyć na jakiekolwiek porządne kino. Przynajmniej ja tak uważam. W Lady Bird, obsada jest naprawdę wspaniała a co cieszy tym bardziej, to że aktorzy naprawdę dali popis swoich umiejętności. O talencie, jaki bez wątpienia posiada Saoirse Ronan, chyba nie muszę nikogo z was zapewniać? Ta młoda aktorka, obsadzona w dość jednak trudnej i wymagającej roli, naprawdę sprostała postawionemu przed nią zadaniu. Zagrała tytułową Lady Bird bardzo wiarygodnie, a przy tym nadała całej postaci bardzo fajnego charakteru. To, czy darzymy sympatią bohaterkę, czy też nie – to już zależy od nas samych. Jej zachowanie, może nas momentami bardzo irytować, ale pamiętajmy, że to nastolatka. Każdy nastolatek, prędzej czy później, będzie w naszej „dorosłej” ocenie irytujący. Sami tacy byliśmy, nawet jeśli wstyd nam to przyznać.

Emocje, zarówno głównej bohaterki jak i innych postaci w filmie, to jednak tylko jedna, z bardzo wielu zalet, którymi mogę niejako obdarzyć ten film. Drugim, nie mniej istotnym aspektem, są tutaj relacje pomiędzy bohaterami, które także – w połączeniu z dialogami i napięciem emocjonalnym – wypadają tutaj rewelacyjnie i bardzo wiarygodnie. Sama rodzina tytułowej Lady Bird, to mieszanka najróżniejszych typów charakterów -od zbuntowanej nastolatki, poprzez nie mniej zbuntowanego i zblazowanego brata oraz jego dziewczynę, ojca, borykającego się z depresją na matce, która ze wszystkich sił stara się to towarzystwo przysłowiowo ogarnąć kończąc. Teoretycznie, zestawienie takiej mieszanki charakterów i osobowości i umieszczenie ich pod jednym dachem, mogłoby skutkować katastrofą. Tak się jednak nie dzieje, bo poza tymi bijącymi po oczach różnicami między bohaterami, znajdujemy wspólny mianownik i jest nim rodzina. Każdy z nich,mimo iż ma swoje zarówno wady, jak i zalety, ma w sobie też miłość, która pozwala tej rodzinie funkcjonować. Oprócz relacji rodzinnych, obserwujemy też relacje tytułowej Lady Bird z jej znajomymi ze szkoły – zarówno koleżankami i przyjaciółkami, jak i pierwszymi miłościami. W tym ostatnim aspekcie, jestem absolutnie zauroczona partnerowaniem Timothee Chalamet oraz Saoirse Ronan. O kreacji stworzonej przez aktorkę już mówiłam, natomiast zobaczenie Timothee w roli tak kompletnie innej, niż ta znana nam z filmu Call me by your name, było doświadczeniem absolutnie cudownym. Chamet wciela się tutaj w postać zbuntowanego, nazwijmy to filozofa, który gardzi wszystkim, co „doprowadza tę planetę do upadku”. Zblazowane, nieco marzycielskie spojrzenie, w którym jest trochę tej chłopięcej urody, stroje przywodzące na myśl klasycznego, szkolnego outsidera – to wszystko, w przypadku postaci Kyle’a zdaje egzamin śpiewająco. Jeśli zatem nie przekonuje was ani temat filmu, ani postać grana przez Ronan, to dla Timothee Chalameta warto się wybrać na film.

Przez całą akcję Lady Bird, obserwujemy nie tylko emocje towarzyszące zarówno naszej bohaterce jak i postaciom pobocznym. Widzimy też bardzo wyraźnie, jak bardzo się ci bohaterowie zmieniają, a powody dla których taka sytuacja ma miejsce, są bardzo dobrze umotywowane. Ja generalnie lubię takie kino, w którym bardzo wyraźnie widzę przemianę bohatera i to taką, w którą jestem w stanie uwierzyć. Pamiętajcie jednak o ty, co zaznaczyłam na samym początku: Film nie „sieknie” was aż tak bardzo, jeśli sytuacje w nim przedstawione, nie będą choćby w minimalnym stopniu wam bliskie.

Tradycyjnie, na sam koniec omawiania filmu, który jest nominowany do Oscara, mam też swoje oczekiwania względem niego. I tak, powiem to z pełną świadomością: To jest bardzo poważne – nazwijmy to – zagrożenie, dla Trzech billboardów, zarówno jeśli mowa o statuetce za najlepszą aktorkę pierwszoplanową, jak i za najlepszy film. Oba filmy są bowiem bardzo mocne w swoim przekazie, ale też kompletnie inne. Oba filmy są też niepozorne – nie ma tutaj nie wiadomo jakich efektów specjalnych. Nie ma przysłowiowych fajerwerków. A mimo to, zarówno Lady Bird, jak i Trzy billboardy, mają spore szanse na zgarnięcie wyżej wymienionych statuetek. I nie, nie mam pojęcia której produkcji bardziej kibicuje. Nie mam też pojęcia, jak to wszystko się rozstrzygnie. Wiem natomiast, że którykolwiek z tych dwóch filmów by nie wygrał, to płakać nie będę. Wiem też jeszcze jedno. Baby Driver widziałam bagatela siedem razy w kinie. Nie sądziłam, że którykolwiek inny film i to w tak krótkim czasie, będzie w stanie być poważnym kandydatem do takiego filmu. Dziś wiem, że Lady Bird ma to moje, bardzo osobiste wyróżnienie zapewnione jak banku.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close

Tu mnie znajdziesz! Lajkuj, obserwuj - będziesz na bieżąco!