Tranquila, czyli o tym, dlaczego potrzebujemy La casa de las flores

O La casa de las Flores, słyszałam już tak mniej więcej od Sylwestra. Mój przyjaciel mówił mi, że koniecznie muszę ten serial zobaczyć. Spojrzałam na opis na Netflixie i wywróciłam oczami. „Telenowela meksykańska ?” „O rodzinie z sekretami ?” – pomyślałam, że szkoda mojego czasu na takie głupoty. Niewolnica Izaura czy Zbuntowany Anioł, to telenowele, które oglądałam jak miałam 12-13 lat. Teraz mam 30 i absolutnie nie uważałam, aby La casa de las flores było czymś, czego potrzebuję w swoim życiu. Szkoda czasu na głupoty – dokładnie to sobie powtarzałam.

Przyszedł jednak bardzo ciężki czas i wtedy – po raz kolejny, usłyszałam „Anka, obejrzyj La casa de las flores. To jest serial, który bardzo dobrze Ci zrobi. Zaufaj mi”. Włączyłam. Trzy dni później cieszyłam się jak dziecko oraz znalazłam swoje ulubione słówko: Tranquila! (nie mylić z tequila).

Zacznijmy jednak od tego, o czym jest La casa de las Flores. Tu pojawia się spory problem, bo nie mam pojęcia, jak opowiedzieć Wam fabułę, jednocześnie nie zdradzając za dużo. Tam się naprawdę bardzo dużo dzieje! Główną osią fabularną są losy rodziny de la Mora. Od 50 lat prowadzą oni kwiaciarnię, czyli tytułowy Dom Kwiatów. Na jego czele stoi Virginia – matka trójki dzieci, żona i… No oczywiście, że kochanka. Dla Virginii najważniejsze jest przede wszystkim dobro jej rodziny a cena, którą przyjdzie jej za to zapłacić, nie ma dla niej najmniejszego znaczenia. Każde jej działanie, każda jej decyzja, motywowana jest tym, aby chronić rodzinę. W efekcie, wychodzi to bardzo różnie. Jesteśmy świadkami kuriozalnych sytuacji, które jednak nie wzbudzają zażenowania, a bawią. Na jaw wychodzą sekrety i kłamstwa rodziny. Widzimy, jak bohaterowie za wszelką cenę starają się zachować swój status quo, ale nie zawsze wychodzi to tak, jak powinno.

Trójka rodzeństwa, czyli Paulina, Elena i Julian, to także postaci nietuzinkowe. Wątek każdego z nich jest nie tylko ciekawy, ale też niezwykle ważny, jeśli chodzi o wzmocnienie przekazu serialu. Tak, ta meksykańska telenowela ma przekaz! Gdybym miała jednak ocenić, który z wątków rodzeństwa jest najciekawszy, bez wahania wskazałabym Paulinę. A zaraz po niej Juliana. Niestety, Elena i jej historia wypada dość blado, ponieważ jest całkiem stereotypowa. Nie twierdzę, że mało istotna, jednakże w zestawieniu z wątkami pozostałej dwójki rodzeństwa, jej wypada dość słabo.

Postaci drugoplanowe także odgrywają dość istotną rolę dla fabuły. Wątek przyjaciółki domu – Carmeli czy wątek męża Pauliny, jak również Diega, czyli partnera Juliana – każdy z nich jest na swój sposób interesujący. Do tego stopnia, że mogę śmiało powiedzieć, że wpływa on w dość znaczny sposób na fabułę. A w przypadku telenoweli meksykańskiej, zachowanie spójności fabuły nie zawsze wychodzi. Tym bardziej, że stylistycznie La casa de las flores, stanowi kompilację Mody na sukces, Gotowych na wszystko i Bajecznie bogatych Azjatów. Różnica jest jednak taka, że o ile w Modzie na sukces nie wiadomo co się działo i, kto z kim i dlaczego, o tyle w La casa de las flores jest to bardzo proste do ogarnięcia.

Kiedy mówię o La casa de las flores, nie mogę też pominąć kwestii narracji, która została w serialu zastosowana. Fabuła rozpoczyna się bowiem dość tragicznym wydarzeniem. W czasie urodzin nestora rodu de la Mora, w głównym pomieszczeniu kwiaciarni, zostaje znaleziony wisielec, którym jest Roberta – wieloletnia kochanka męża Virgini jak również przyjaciółka rodziny. To właśnie ona, zza grobu, opowiada nam historię tej rodziny. Myślę, że całkiem dobrym porównaniem jest tutaj określenie jej jako czegoś, na kształt antycznego chóru. Komentuje bowiem ona bardzo trafnie bieżące wydarzenia, ale jednocześnie daje furtkę widzowi do samodzielnej ich oceny. Nierzadko też, bezpośrednio zwraca się ona do poszczególnych bohaterów. W mojej ocenie jest to absolutnie dziwny zabieg, ale paradoksalnie – sprawdził się bardzo dobrze!

Przejdźmy teraz do kwestii związanych z tym, co w La casa de las flores jest najciekawsze, czyli problemów, które ta telenowela porusza. Na samym początku, zaznaczę jedno: jeśli oczekujecie, że będą to romanse, zdrady i różnego rodzaju dramy pt. „ale to nie jest moje dziecko!”, to tak, znajdziecie je tutaj. Ale oprócz tego, znajdziecie też bardzo dobrze zarysowane problemy społeczne, które wiążą się przede wszystkim z…Innością. Rodzina de la Mora, chce być idealna. Wzorowa. Chce być podziwiana. Chce mieć realny wpływ na to, co się wokół niej dzieje. Ale stare, ludowe porzekadło, które mówi, że „Z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu”, nawet tutaj się nie sprawdza. Motyw zdjęcia rodzinnego jest tutaj bardzo ważny – jest klamrą kompozycyjną całości produkcji. Sęk w tym, że żadne z tych zdjęć, nie jest idealne. Tak samo, jak nie jest idealna rodzina, która pozuje do tego zdjęcia.

Tradycyjne podejście do związków, zaręczyny oraz „umieszczenie na rodzinnym portrecie” – to kwestie, które cały czas przewijają się przez serial. Julian, wikła się w długoletni związek z Lucią, tylko po to, aby stwarzać pozory. W rzeczywistości, od wielu lat jest jednocześnie związany z Diegiem, doradcą finansowym rodziny. Julian ukrywa swoją tożsamość seksualną, ponieważ boi się odrzucenia przez matkę. Prowadzi podwójne życie i absolutnie nie jest mu z tym dobrze. Co więcej, w pewnym momencie odkrywa, że wcale nie jest gejem, a biseksualistą. Kiedy zbiera się na odwagę, aby powiedzieć matce o swoim związku z Diegiem, matka zaczyna robić wszystko, aby „wyleczyć” syna. Dopiero po czasie dociera do niej, że to bezcelowe. Musi jednak sporo zrozumieć, aby zaakceptować inność Juliana i wcale nie jest to dla niej łatwe. Obawa przed tym, „co powiedzą ludzie”, jest przez długi czas bardzo silnie w niej zakorzeniona.

Od pierwszych odcinków dostajemy strzępki informacji o tym, co stało się z małżeństwem Pauliny. Nikt z rodziny nie mówi o tym głośno, wszyscy unikają tematu. To rodzinne tabu. Dopiero w sytuacji zagrożenia, kiedy okazuje się, że pomoc byłego męża jest niezbędna, Paulina decyduje się do niego zadzwonić. Scena rozmowy jest bardzo mocna. Pokazuje, jak wiele wysiłku kosztuje to Paulinę. Otacza się ona rodzeństwem, nie chce być w tej sytuacji sama. Kiedy Jose Maria, czyli były mąż Pauliny, przyjeżdża, dowiadujemy się, co było przyczyną rozpadu małżeństwa. Ten wątek jest najciekawszy ze względu na postać Pauliny i jej podejście do rodziny jako takiej. Paulina chce być jak jej matka: chce trzymać rodzinę w całości, jest to dla niej najważniejsza wartość. Robi wszystko, żeby pomóc każdemu z jej członków. Chroni syna, ojca, matkę i rodzeństwo. Zapomina jednak o tym, że jej własna rodzina, jest dla niej najważniejsza. Przez długi czas, nie jest w stanie zaakceptować tego, co się stało z jej mężem. Przyznaję, że śledzenie tego wątku było dla mnie zdecydowanie najciekawszym elementem fabuły.

La casa de las flores to zaledwie 13 odcinków po mniej więcej 30 minut, zatem przy dobrych warunkach, jesteście w stanie obejrzeć ten serial w dwa dni. Przyznaję, że ja go trochę bingwatchowałam. Dostarczył mi mnóstwo radości, jak również sprawił, że zapomniałam o tym, że jest źle. Był lekiem, którego bardzo potrzebowałam. Był czymś bardzo przyjemnym, co sprawiło, że dni stawały się lepsze. Poza tym, całkiem zabawne jest oglądanie telenoweli, która jest w języku hiszpańskim. Szczególnie, kiedy większość bohaterów mówi jednak dość szybko i żywiołowo, a jedna z nich, mówi wolno i trochę jak robot. To dość ciekawy i całkiem zabawny kontrast. Trochę żałowałam, że te 13 odcinków tak szybko się skończyło. Ale wiecie co? BĘDZIE DRUGI SEZON!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close

Tu mnie znajdziesz! Lajkuj, obserwuj - będziesz na bieżąco!