Kot Iwan Konwicki, z domu Iwaszkiewicz, czyli biografia najsłynniejszego kota literatury polskiej

Dziś jest światowy dzień książki. I właśnie z tej okazji, mam kilka słów do napisania odnośnie pewnej biografii, którą zdarzyło mi się przeczytać ostatnimi czasy. Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że biografii raczej nie czytam, no, chyba, że są to biografie osób, których życie mnie szczególnie interesuje. W przypadku omawianej książki, postanowiłam jednak zrobić wyjątek. Bo umówmy, się, kto sięga po biografię, w dodatku kota? Co kogo obchodzi jakiś kot – można pomyśleć.

Otóż obchodzi a przynajmniej powinien obchodzić. Kot Wania, nie był bowiem takim zwyczajnym kotem. W zasadzie nie ma pewności, czy to w ogóle był kot.

Kot Wania pojawił się w życiu Tadeusza Konwickiego i jego rodziny dość nagle. I – jak to z reguły bywa – wcale nie miał tam zostać. Wiecie, ja sama przerabiałam ten motyw: nie, żadnego zwierzaka / Kot? Absolutnie nie! Mowy nie ma! / Będziesz miała swoje mieszkanie, to będziesz miała kota!/ Poniszczy meble!/. Mniej więcej tak to wyglądało, zanim z siostrą przyniosłyśmy do domu naszego pierwszego kota. Mądry to był kot, a już na pewno miał w sobie coś z arystokraty. Dostojny i w ogóle, nic nie niszczył, a najchętniej leżałby cały dzień na poduszce (!) i podstawiał łeb do głaskania. Filip (bo tak się zwał kocur), przybył do nas nagle i całkiem nagle zniknął. Nikt tak do końca nie wie, co się z nim stało. Po prostu któregoś razu po prostu już nie wrócił do domu, po tym, jak na wieczór został wypuszczony „na kocie łowy”. Zawsze wracał. Aż do tamtego razu.

***

Kot Wania też był poniekąd arystokratą i trzeba Wam wiedzieć, że to nie tak, że był rozpieszczony czy – borze uchowaj – rozpuszczony przez Konwickich. Troszczono się o niego, a i owszem, ale żeby jakieś większe czułostki, to nie. Czasem domagał się tego, co w jego kocim mniemaniu mu się należało – jak np. szprotek czy pasztetu. Czasem postanawiał ułożyć się na Tadeuszu Konwickim tak, by było mu wygodnie. Kotu, nie Konwickiemu. Czasem polował na wróble i zasadniczo siał terror na dzielni. Nie, żeby hańbił się wychodzeniem poza bezpieczny teren, co to, to nie. Terror siał z balkonu, a jakże.

***

Któregoś razu, otworzyłam rano drzwi domu i zobaczyłam Kota Filemona z myszą w zębach. Dumnego, jak jasna cholera. Kot Filemon to w ogóle łobuz był. Nastał po tym, jak w niewiadomych okolicznościach zaginął Filip, więc siłą rzeczy, wystąpiła potrzeba kolejnego kota. „Bo nie ma kto mruczeć”/ „Komu ja będę do miski sypała?”/ „Jakoś tak pusto w domu, no nie?”/. Przytargałyśmy więc z siostrą, z dokładnie tego samego źródła, z którego pochodził kot Filip, kolejnego kota. W odróżnieniu od poprzednika, Filemon to był diabeł wcielony. Właził wszędzie, gdzie się dało: do szafek, na stół, na blat, DO UMYWALKI. Wszędzie. W głębokim poważaniu miał nasze „psik!”/ „nie wolno”/ „a sio!”. Zasadniczo, robił to, na co akurat przyszła mu ochota, a my – radzi nie radzi, musieliśmy to jakoś znosić. No bo jak? Co? Oddamy go? A w życiu! Młodsza w ogóle nie chciała o tym słyszeć, na samą myśl robiła „podkówkę” i zbierały jej się łzy w oczach. No to został. I podobnie jak Filip – też któregoś razu po prostu zaginął.

***

Kot Wania był niesamowicie mądrym kotem. Wiedział, które wróble aktualnie czyhają na jego życie, w związku z tym, strzegł balkonu. Wiedział, kiedy pan wraca w stanie wskazującym i dbał o to, aby przy powrocie do domu, nie obudził małżonki swej. W czasie choroby, opiekował się swoim panem. Wcale nie dlatego, że bał się o to, że straci żywiciela. To na pewno nie było tak.

***

Gustaw miał być Fridą. Pan Weterynarz jednak wyraźnie powiedział, że mamy do czynienia z pięknym kocurem. Więc w popłochu, pośpiechu i pod presją czasu, musiałyśmy z siostrą wymyślić jakieś równie dostojne imię dla kotki, która okazała się kotem. W przypływie siostrzanego kompromisu, padło na Gustawa. Kompromisu, bo Młodsza akurat przeżywała okres fascynacji Czterema Pancernymi i Psem, a ja Gustawem Klimtem. Zgodzić się należy, że i Gustlik i Gustaw Klimt to postaci warte zapamiętania, zatem kotka która okazała się kotem, została naprędce ochrzczona Gustawem.

***

Z pewnością zastanawiacie się, jaki sens tych wszystkich anegdot? Po co to komu? Otóż dokładnie taka jest biografia kota Iwana. To zbiór publikowanych wcześniej, w różnych tekstach Konwickiego, anegdot, które po latach zostały zebrane w całość. Czyta się to doskonale. Jest bardzo zabawnie, prawdziwi kociarze z pewnością się w tym wszystkim odnajdą. Nie-kociarze też. Książka ma ledwie ponad 100 stron i to jest jakiś jeden wieczór czytania mniej więcej. Czyta się ją lekko i przyjemnie. To wprost idealna lektura na te, w gruncie rzeczy, dość dziwne i smutne czasy. Koty ogólnie są spoko. Koty zawsze robią dobrze na serduszku i niech pierwszy rzuci kłaczek, kto nigdy nie oglądał śmiesznych kotów w Internecie.

Ostrzegam tylko lojalnie. Finał jest mocno wzruszający i polecam wyposażyć się w jakieś chusteczki czy kawałek rozciągniętej bluzy. Ja nie miałam ani jednego ani drugiego.

Wiecie, bo to nie tak, że kot to tylko kot. Zwierzę, to nigdy nie jest tylko zwierzę. To członek rodziny, który irytuje, śmieszy, doprowadza do szału a czasem nawet powoduje w nas chęć popełnienia zbrodni. Ale ostatecznie i tak nam przechodzi. Bo kot, to nie jest tylko kot. Nigdy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close

Tu mnie znajdziesz! Lajkuj, obserwuj - będziesz na bieżąco!