To kolejny, głupi serial dla kobiet

Zastanawiałam się, kiedy nadejdzie dobry moment, żeby tu wrócić i coś ciekawego napisać. Nie chciałam pisać czegokolwiek – chciałam, żeby ten tekst wynikał z mojej chęci napisania go. To wcale nie było tak, że nie miałam pomysłu czy, że nie wiedziałam, o czym chcę napisać. Przyznaję, że częściowo pochłonęła mnie praca i, kiedy piszę “pochłonęła”, to dokładnie to mam na myśli. Dochodziło do kuriozalnych sytuacji, że pracowałam od rana do wieczora z przerwami na wyjście z psem czy zjedzenie czegokolwiek. W tym całym chaosie udało mi się zachować moją wyspę pt. Dziś nie pracuję i tą wyspą były weekendy. Nie ukrywam, nauczyłam się odpoczywać, tylko co z tego, skoro nadal wychodziło tak, że nie miałam albo siły albo ochoty pisać wpisu na bloga. Swoim starym zwyczajem, odkładałam to na przysłowie święty nigdy, które jakoś magicznie nie nadchodziło. Zawsze było COŚ, co trzeba było zrobić, gdzieś pojechać, coś zrobić w domu. Możecie uznać, że to wymówki i pewnie będziecie mieli rację. Sama bym ją Wam przyznała.

Sęk w tym, że od kilku tygodni zaczęłam mieć powoli dość tego stanu. Stanu, który z jednej strony powodował, że zleceń mi nie brakuje a z drugiej wprawiał mnie taką kreatywną frustrację, która objawiała się mniej więcej w ten sposób, że mimo iż oglądałam seriale, filmy czy też czytałam, książki, nadal czułam, że to “coś kosztem czegoś”. Doba nie jest z gumy, a ja nie jestem robotem, który jest w stanie siedzieć i pisać przez nie – wiadomo – jaką ilość czasu.

Trwałam sobie w tym stanie w zasadzie do wczoraj. Wczoraj nałożyło się na siebie kilka bardzo dziwnych ale jednocześnie fajnych rzeczy, które ostatecznie sprawiły, że w mojej głowie, i to całkiem głośno, odezwał się głos, który powiedział: Dobra, skończ już z tymi wymówkami, czas działać.

Zaczęłam się zastanawiać, kiedy rzeczywiście zrobiłam coś, co nie tyle sprawiało mi radość, co motywowało do dalszego działania, a w najlepszym wypadku: działy się obie te rzeczy i odpowiedź brzmiała: Nie.

Być może, wyda się Wam to bardzo głupie i naiwne, ale niepozorny serial, który obejrzałam na Netflixie ( a w zasadzie nadal go oglądam, bo ma 4 sezony), uświadomił mi, że ciągłe czekanie na coś, co może nigdy nie nadejść, nie jest niczym dobrym, a już na pewno nie sprawi, że stanę się bardziej produktywna czy kreatywna.

Mowa o The Bold Type, czy też w polskim tłumaczeniu Dziewczyny nad wyraz. Nie ukrywam, opis fabuły niespecjalnie mnie porwał, ale uwierzcie, że kiedy macie w głowie watę zamiast mózgu, nie ma siły, żeby skupić się na oglądaniu czegoś wybitnego czy zmuszającego do myślenia. A przynajmniej tak sądziłam.

Przecież to fairy tale o millenialsach!

Po obejrzeniu zajawki serialu, wzruszyłam ramionami i uznałam, że jest to kolejny serial o Millenialsach, którzy mają bardzo fancy pracę, idealne życie i kasę, która zawsze magicznym trafem się znajduje. A, zapomniałam dodać, że bardzo dużo obstawiam też i na to, że problemy, które będzie poruszał ( o ile w ogóle jakieś będą) The Bold Type, w żaden sposób nie będą adekwatne do mojej sytuacji czy sytuacji moich znajomych. Czy chciałam oglądać kolejną bajeczkę z happy endem, w której świat przedstawiony jest do bólu idealny i pozbawiony twardego spojrzenia na rzeczywistość? Nie. Czy miałam cokolwiek do stracenia? Nie. No, to włączyłam ten pierwszy odcinek w myśl zasady: Zawsze mogę to wyłączyć w każdym momencie. 

Nie oceniaj serialu po zajawce

Jestem wyznawczynią zasady, która mówi, że nie powinno oceniać się książki po okładce, czy filmu po plakacie. Oczywiście, jeśli mamy do czynienia z kultowym już białym plakatem i tomkiem Karolakiem w tle, to możemy mieć jakiś tam pogląd na to, jakiego pokroju to będzie film. W przypadku seriali czy książek, zawsze starałam się dawać im szansę i przeczytać kilka rozdziałów lub obejrzeć przynajmniej 3 odcinki. nie inaczej postąpiłam w przypadku The Bold Type. Po pierwszym odcinku przepraszałam w myślach twórców, że w ogóle mogłam pomyśleć o tym, że to będzie głupie i płytkie. W połowie 3 sezonu, bo na tym etapie obecnie jestem, dziękuję im z całego serca za to, że stworzyli tak mądry, ciekawy a przede wszystkim niewymuszony serial, który wbrew pozorom, wcale nie jest tylko dla kobiet (choć są one zdecydowanie grupą docelową, do której produkcja jest skierowana). 

Hold your horses, jeszcze nie obejrzałaś całości!

Dla wielu z Was, moje zachwyty nad tym serialem mogą wydawać się nieuzasadnione, wszak nie obejrzałam jeszcze wszystkich odcinków. Na tym etapie, mogę jednak powiedzieć, że nie wydaje mi się, żeby dało się tę historię schrzanić, bo uwierzcie, trzeba byłoby się mocno postarać. Jeśli do tej pory poruszono kwestie #metoo, równości rasowej, posiadania broni, raka piersi czy odkrywania swojej orientacji seksualnej, to naprawdę nie wiem, co musiałoby się stać, żeby coś mogło pójść nie tak. Owszem, jest całe mnóstwo seriali, które poruszają powyżej wymienione kwestie. Nie wydaje mi się jednak, aby robiły to z tak dużym smakiem i przede wszystkim, aby przedstawiały problem z różnych punktów widzenia. 

TO NIE JEST PRODUKCJA NETFLIXA!!!

Przez cały czas oglądania The Bold Type, coś mi bardzo nie pasowało. Bo z jednej strony, poruszanie kwestii związanej z równością szeroko pojmowaną oraz tematów, które powszechnie uważane są za kontrowersyjne, to może nie tyle domena, co coś dość charakterystycznego dla niektórych produkcji oryginalnych Netflixa. Czasem wręcz odnosiłam wrażenie, że o ile kwestie te są bardzo ważne i dobrze, że znajdują miejsce w serialach, o tyle z reguły przedstawiane są jednak jednostronnie, a temat nie jest – w moim odczuciu – dostatecznie zgłębiony. W przypadku The Bold Type, nie dość, że mamy różne punkty widzenia, z którymi możemy się zgadzać lub nie, to nigdy też nie dostajemy gotowej i idealnej odpowiedzi. Twórcy paradoksalnie zmuszają widza do myślenia i wyrobienia sobie własnej opinii, co niezwykle cenię sobie w przypadku każdego tekstu kultury, z którym mam do czynienia. 

O czym ten serial właściwie jest?

Celowo nie nakreślam Wam fabuły serialu. Oczywiście unikanie spoilerów to jedna kwestia. Natomiast historia, którą opowiada The Bold Type jest na tyle złożona, że musiałabym chyba książkę napisać, żeby każda z postaci mających znaczenie dla fabuły, dostała dokładnie tyle miejsca, ile potrzebuje. Poza trzema głównymi bohaterkami, mamy bowiem tutaj szereg postaci pobocznych, wcale nie mniej ciekawych, niż główne bohaterki. Każda z nich, zależnie od odcinka, ma swój wpływ na historię. Nie wszystkich lubimy, nie ze wszystkimi będziemy się zgadzać. Czasem zrobimy facepalma, kiedy jedna z bohaterek zrobi coś absolutnie głupiego, by za chwilę rozpaczliwie szukać chusteczek, bo jedna z postaci wzięła do rąk wagę. Serio, wątków jest bardzo dużo i naprawdę nie chcę ani chyba nawet nie powinnam się rozpisywać na temat fabuły.

Nie bój się tego, co nieznane

Nie wiem, czy ostatecznie obejrzenie The Bold Type przekonało mnie do tego, żeby jednak napisać tekst, czy po prostu to był dokładnie ten moment, w którym powiedziałam dość stanowi zawieszenia kreatywności. Może być też tak, że wpływ na to miały obie te rzeczy. Cokolwiek to było, kazało przestać mi się bać tego, co będzie kiedy już napiszę ten tekst. Czy to odpowiedni temat? Czy może powinnam się bardziej wytłumaczyć z tego, że nie piszę? A może wcale nie muszę się tłumaczyć? Pytań jest mnóstwo, odpowiedzi zdecydowanie mniej. Prawdę mówiąc, nie mam pojęcia, czy uda mi się wrócić do regularnego pisania, bo nie jestem duchem świętym i nie wiem, co będzie jutro, za tydzień czy za miesiąc. Boję się tego trochę, nie ukrywam, ale z drugiej strony strach nie może zabronić mi pisać. Pisać tego, co autentycznie chcę napisać, mimo że ostatnio na bloga logowałam się w grudniu. Nie obiecuję Wam, że za dwa albo trzy dni, przeczytacie tu kolejny tekst, choć jest na to spora szansa. 

Na razie mogę wam obiecać tylko jedno: przestałam się bać i już nie rozdzielam włosa na czworo, żeby szczegółowo przeanalizować problem. Wzięłam kilka głębokich oddechów i po prostu zaczęłam pisać.

Nie przypuszczałam jednak, że będzie to takie proste i że sprawi, że nie tylko uśmiechnę się do monitora, ale też będę miała poczucie, że robię coś, co mnie rozwija.

Seriale, książki czy filmy, to rzeczy, które kocham ponad wszystko. Nie zawsze mam coś mądrego do powiedzenia po obejrzanym filmie, serialu czy przeczytanej książce. Czasem nawet jak mam coś do powiedzenia, to nie szczególnie jest to mądre. Zdanie innych jest dla mnie ważne, ale nie w każdym aspekcie. Oczywiście, że nigdy nie wiem, jak zareagują. Nie znam ich myśli. Wiem natomiast, że jeśli wiecznie będę się bała tego, czego nie znam i z góry skazywała to na porażkę, to prawdopodobnie nigdy nie dowiem się, co jest za najbliższym zakrętem. Nawet, jeśli miałby się tam kryć kolejny, głupi serial dla kobiet.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close

Tu mnie znajdziesz! Lajkuj, obserwuj - będziesz na bieżąco!